DeBeściak

[464 słowa, 2 minuty czasu czytania]

Z górką 50 lat temu, jakoś w październiku, 1972 r., odbyła się międzynarodowa premiera Fiata 126p na Salonie Samochodowym w Turynie.
Było to takie Porsche na miarę naszych możliwości.

No jak nie(?) jak tak!
Bagażnik z przodu? Jest.
Napęd na tył? Jest.
Coupé? Jest.
Silnik z tyłu? Jest.
Chłodzony powietrzem? Jest.

Prosche bardzo, typowe Porsche.

Zdawałem takim na prawo jazdy, miałem takim pierwszy dzwon, zrobiłem takim pierwszy milion kilometrów… ok, może trochę mniej, ale niewiele.
Mimo, że to było tak dawno, iż ludzie dopiero co przestali polować na dinozaury, to ja już miałem pociąg do pociągów, oraz dryg do innych urządzeń mechanicznych służących przemieszczaniu się.

Spaść z roweru i zaorać sobie pół twarzy? Proszę bardzo!
Przygnieść nogę Motorynką? Już się robi!
Upalić pół uda rurą wydechową Simsona Enduro? No kto, jak nie ja!
Świsnąć Ojcu kluczyki, rozbić przód o czyjś tył w nie najbliższym mieście wojewódzkim i udawać głupa? Służę uprzejmie!
Driftować traktorem? No nie, aż tak to nie… ale tylko dlatego, że nie miałem traktora.

W każdym razie, szlifując umiejętności z językiem na wierzchu i mozołem bieszczadzkiego wypalacza węgla drzewnego, chuchałem na tak spisany, że już niemal wypisany mazak, gdy zaznaczałem nim dni do zrobienia prawka!

Miałem ję co prawda w dupię, gdyż jak niemal codziennie pokazują teraz w tv – to nie prawem jazdy się jeździ i nawet sądy to potwierdzają „po raz 10 odbieram panu prawo jazdy i szerokiej drogi” – ale niefortunnie jest ono czasem pomocne w innych sytuacjach.
Otóż dokument ten zamyka zdradziecką, antyjeździecką argumentację „nie, bo nie!” przeróżnej Przerażonej Starszyzny, nieszczęśliwie posiadającej samochody, których to ja nie posiadałem.

„W końcu nie będą mieli jak Mi_ odmawiać swymi tanimi i żałosnymi wymówkami, zabraniając samodzielnej wycieczki nawet nad głupie, oddalone o nędzne 700 km, morze!” – myślałem.

I tuż przed tym, jak pisak nawet po koleżeńskim, zbiorczym, nierozcieńczanym spirytusowym chuchu przestał współpracować – nadszedł Ten Dzień!

Ale luz, testy miałem tak obcykane i wkute na blachę, że wyryte osobnymi ścieżkami zwojów w głowie.
Technikę jazdy też już doprowadziłem do takiej perfekcji, że Schumacher nieśmiało dopytywał o korepetycje.

Już podczas kursu byłem pokazywany jako przykład DeBeściakowości, wzór do naśladowania mistrzostwa oraz precyzji. Pan Instruktorz przy takim jak ja Kursarzu Szos po prostu odpoczywał.
Tak się ze mną doskonale jeździło eLką, że zapominał Mi_ instruktować – tylko noga przez okno, papierosek, fotel w pozycji półleżącej i relaks.

Miast pracować, przykładowy pracownik przykładowej firmy szkoleniowej typu „Skręt”, skręta sobie paląc, podziwiał moje skręty.

Nikt tam z innych współzdawaczy nawet nie zazdrościł, nie patrzył krzywo i zawistnie, gdyż było wiadomo: rośnie druga Kubica.

Dlatego też, kiedy z zupełnym spokojem podszedłem do egzaminu (to była przecież czysta formalność), a po nim wróciłem do domu, nikomu nawet nie chciało się pytać – Jak było?
Tylko:
– Zupę zjesz? Lekcje zrobione? Acha, byłbym zapomniał… tak dla formalności, jak tam na tym egzaminie, wszyscy zdali na to prawko?
– Nie, jeden nie zdał!
– O, znam gamonia?
– Chyba tak. To ja.

Pycha kroczy przed upadkiem, a pod górkę rusza się z zaciągniętego ręcznego!

2 myśli na temat “DeBeściak

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑