H-Hour

[1375 słów, 7 minut czasu czytania]

D-Day tak jak np. H-Hour, był tylko elastycznym, stricto technicznym terminem, który odnosił się do dnia rozpoczęcia jakiejś hipotetycznej (nie mylić z hipoteczną) operacji militarnej i nie miał konkretnego znaczenia, ale pozwalał za to zachować konkretną datę jej rozpoczęcia w tajemnicy.

Tak było do czerwca 1944 roku.

Gdyż od tego momentu najbardziej znanym (jeśli nie jedynie znanym, a i to tylko wybranym, posiadającym 6 klas podstawówki wykształciuchom Europejciuchom) przykładem „D-Day” jest 6 czerwca 1944 roku, kiedy to alianckie siły lądowe, powietrzne i morskie przeprowadziły na plażach Normandii we Francji, najambitniejszy amfibijny desant w historii plażowania.

Aliancka ta Inwazja obejmowała – przypominam to tym którzy uważają, że lepiej się alienować niż aliancić, a Unia jest do dupy – zjednoczone siły zbrojne Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Polski i innych państw alianckich, a określenia „D-Day” używano wtedy właśnie po to, by zachować bezpieczeństwo i poufność tej opracowanej na bezprecedensową skalę operacji.

I tak już zostało.

Chociaż oczywiście różnie o tym mówią. Np. Francuzi uważają, że D znaczy “Disembarkation,” (wyokrętowanie), inni twierdzą, że to „Debarkation” – debarkanizacja czyli rozładowywanie barki i nie mylić z ostatnio modną dekarbonizacją, jest też bardziej poetyckie „D-Day” – skrót od Dnia Decyzji “Day of Decision”.
Ja uważam, że to wymyślili Polacy, kiedy z rana, Tego Dnia jeden góral wstał wcześniej, popatrzył w niebo i orzekł: To będzie Dzień Dobry… albo Do Dupy.

Tak czy inaczej, w tym zajściu przy zejściu na ląd brało udział 160 000 osób żołnierskich, i na bank wielue z nich było na tyle dobrze poinformowanych co do czekających ich zadań, że na trzeźwo by tego nie unieśli.
Wiedzieli, że 6 czerwca to jeszcze przed sezonem, woda ma z -15, dominuje mgła, piach mokry, brak solidnych parawanów, a w ramach pilnujących ustalonego porządku ratowników, bronią plaży wysoko specjalizowane jednostki niemieckie z ciężkim sprzętem i są dobrze okopane przy pomocy zbrojonego betonu na najlepszych plażowych miejscówkach.
No i mają z głębi lądu heavy-metalowe wspomaganie pocisków o różnej wadze i średnicy.

Ogólnie – przejebane.

Czasem naprawdę najlepiej nie wiedzieć na co się zapisałeś.
Jednak Ci Co Wiedzieli Jak Jest mogliby coś chlapnąć na boku wrogiej agentce w zacisznym Willisie, w stanie niepełnej trzeźwości.
Dlatego nie ma się co dziwić, że używano szyfronimów, kryptonimów, akronimów, anonimów i mimów innych niż teraz 1234 lub hasło „hasło”.

Jednak (tu na chwilę uderzam w ton wzniosły i ronię łzę aż mi się klawiatura zwiera a z tyłu rzewnie grają skrzypki).
Wszyscy Oni, niedoinformowani i przeinformowani mieli wtedy jaja z granitu, i teraz już się takich nie produkuje.

Wylądować na obcej ziemi albo nawet gorzej – obcym kontynencie, udać się pod ciężkim ostrzałem na obcego wroga, iść przez obce ziemie do obcego kraju i zabijać obcych lub być przez obcych zabitym? A co mnie to…
A weź, jeszcze się fryzura zniszczy, torebeczka pobrudzi, a tatuaże odkleją, i nie ma wifi? WTF!

Chwała tamtym Bohaterom.

Ach właśnie… Willis…
Powiedzieć, że „Willys MB Jeep” odegrał jakąś rolę w walce o wyzwolenie Europy spod okupacji hitlerowskiej, to nic nie powiedzieć.
To wszechstronne auto odegrało jedną z ról kluczowych i na stałe wpisało się w historię motoryzacji i ratowania świata.

80 lat temu kiedy miało miejsce to epickie „D-Day” i siły alianckie wylądowały w Normandii i tym samy drogą morską, powietrzną i lądową rozpoczęli wyzwalanie Europy, a wśród żołnierzy, samolotów, łodzi desantowych i statków ten jeden samochód stał się częścią historii.
Willys MB Jeep – zaraz po barce desantowej bez której nie dałby rady – to prawdziwy symbol lądowania aliantów na plażach Normandii i ma wyjątkowe miejsce w panteonie motoryzacji.

Produkowany był od 1941 do 1945 roku dla armii amerykańskiej i brał udział we wszystkich bitwach świata, i o wyzwolenie Europy spod okupacji hitlerowskiej również.
Kiedy armia amerykańska rzuciła w sieć enigmatyczny post z zapotrzebowaniem „Hej ludzie, bo ten, no potrzebny prosty, ale solidny (uprasza się o nieproponowanie hybryd i elektryków) pojazd z napędem 4×4. Klima, komputer pokładowy, podświetlenie ambient, oraz komfortowe fotele nie są konieczne, a radio mamy swoje. Czas start – macie 49 dni bo się szykuje mała awanturka w Europie i czas goni”.
Na szczęście to Willys-Overland i American Bantam Car, a nie Red is Bad odpowiedzieli na wyzywanie.
Dzięki temu, zamiast milionów do podziału u jednego z kolesiów i patriotycznych ciuchów, powstał jeden z pierwszych samochodów z napędem 4×4 w historii motoryzacji.

Ale, ale… To nie było tak łatwo jak u nas: Macie tam może respiratory, maseczki albo coś? Nie, ale mamy koszulki z nadrukami! Ok, mogą być.
Historia Dzielnego Willisa rozpoczęła się od przegranego przetargu. 5 sierpnia 1940 zamówienie na budowę 70 samochodów wygrał konkurencyjny Bantam Car (nie mylić z Batmanem), który podjął się budowy prototypu w wymaganym czasie 49 dni.

Willys, miał konstrukcję tańszą i u nas od razu by wygrał (a finansowa nadwyżka do podziału pod stołem), ale oferty nie otrzymał m.in. dlatego, że potrzebował na jego wykonanie 120 dni.
To dlatego, że w chwili przetargu Willis nie miał gotowego projektu, a jedynie analizę kosztów i potrzebnego czasu i podchodzili do sprawy poważnie.

W Polsce jakby taki jeden z drugi przegrał przetarg zostałby od razu opisany jak cieniaś, nieudacznik i jedź na swoją prowincję słoiku i nie bierz się za biznesy jak nie umisz (sprawdzić czy nie Sasi, wtedy może zostać).
Na szczęście tam było i jest inaczej. Im więcej kto podejmuje prób, mimo upadków i niepowodzeń, tym bardziej jest szanowny za swój upór i determinację.
Dlatego właśnie, pomimo przegranego w przetargu, Willys-Overland rozpoczął na własne ryzyko projektowanie i budowę prototypu (a… dobra, jak armia nie weźmie, to może na wsi, albo w Australii się przyda).
I tak oto, pomimo kłopotów i niepowodzeń, w końcu pierwszy prototyp samochodu terenowego Willys Quad (podobnego do Bantama) przedstawiono 11 listopada 1940 r.

Auto z sukcesem przewiozło przez poligon skrzynkę wódki i grantów bez zawleczek, zaraz po tym wyczynie nie potrzebowało ładowarki żeby jechać dalej, a umyte szlauchem wyglądało dokładnie tak samo jak przed myciem.
Widząc ten spektakularny efekt końcowy, już w grudniu 1940 wojsko zamówiło 1500 sztuk ulepszonego modelu Willys MA, aż w końcu, gdzieś w pierwszej połowie 1941 armia amerykańska wybrała konstrukcję Willysa jako podstawowy samochód terenowy.
W lipcu tego samego roku US-Army zleciła firmie Willys-Overland produkcję 16 tys. egzemplarzy, a chłopaki tak się zapamiętały w robocie, że w niecałe pięć lat zmontowali ponad 640 tys. egzemplarzy, które w większości wysłano na wojnę (ponoć do teraz Australii wykłóca się o te swoje 5 sztuk).

Willisem jeździli żołnierze i generałowie. I się nie bali, a ważył tylko nieco ponad tonę (to 1000 kg, a teraz SUVy do bezpiecznego wożenia dzieci pod drzwi szkoły ważą 2200 i strach) i został stworzony, żeby poradzić sobie praktycznie w każdych warunkach drogowych.

Zima i -60? Czekaj ubiorę tylko czapkę, bo upały zelżały.
650 kg kartofli i 4 działka Gatling? Zapakuj na pakę i pakujemy na pole.
Czołg się zakopał? Podepnij linkę, poholuję.

Tak go zrobili, żeby jeździć przy każdej pogodzie i z każdym rodzajem ładunku, a z ewentualną naprawą mógłby sobie poradzić nawet niepiśmienny analfabeta z tundry, nawalony od tygodnia dyktą i z oburęcznymi odmrożeniami.

Czterocylindrowy silnik benzynowemu Willys Overland MB rozwijał moc 60 KM (to mniej więcej tyle, co Jambo-Jet z plastiku lub motorynka) i rozpędza ten lekki pojazd terenowy do 105 km/h (tyle, co teraz elektryki w autostradowym tunelu aerodynamicznym za cieżarówką, żeby dojechać w pobliże ładowarki, a resztę się dopcha) i pozwalał pokonać na jednym tankowaniu 300 km (do Berlina mieli 270, to im jeszcze 30 zostało w zapasie).

Było to auto łatwe w utrzymaniu i naprawie gdyż się nie psuło, bo nie miało co.
Podczas „D-Day” nosił nazwę Willys MB, określenie Jeep pojawiło się później (do teraz nikt nie wie po co).
W podstawowej konfiguracji nie miał klimatyzowanego schowka, podparcia lędźwi, ABSu i czujników parkowania, ale za to był wyposażony w poręczny karabin maszynowy i dwa podręczne pistolety maszynowe (skrzynka grantów na czarną godzinę schowana w nawiasie), była także radiostacja (już chyba wspominałem).

Jeep już na zawsze pozostanie symbolem, który dopomógł nie tylko w wygraniu II wojny światowej.
Dość powiedzieć, że kiedy nadeszła ta chwila, gdy w kluczowym momencie należało sprostać wyzwaniu zdobycia wysokooprocetowanego towaru pakowanego w kruche szkło i w skrajnie trudnych warunkach polowych, podjąłem się wyzwania. Mój wybór padł na Willisa.
I tym dzielnym, wyposażonym w topór, którym przełamię wszelki opór, łopatę, by łatwo pozbyć się świadków, oraz karabin na wypadek masowego oporu, ruszyłem w ciemne (miejskie oszczędności energetyczne), niebezpiecznie pełne scyzoryków miejsce – Kielce.

2 myśli na temat “H-Hour

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑