Praktyka String Theory

[ #szosopasta na 758 słów, 4 minuty czytania ]

Świat, jaki znamy, jest trójwymiarowy, czyli: prawo-lewo, dół-góra, przód-tył. Po uwzględnieniu czasu dostajemy czterowymiarową czasoprzestrzeń, w której żyjemy.

String theory… Teoria Strun (Stringów) głosi, że podstawowym budulcem materii nie są punktowe cząstki, lecz rozciągłe struny o wielkości ok. 10⁻³¹ metra, a w dodatku czasoprzestrzeń ma co najmniej 10 wymiarów.

Oprócz czterech wspomnianych na początku – trzech przestrzennych, no i czasu – teoria strun przewiduje co najmniej sześć dodatkowych wymiarów! Są nam niby niedostępne w codziennym doświadczeniu ani w dotychczasowych eksperymentach za sprawą kompaktyfikacji – zwinięcia do skrajnie małych rozmiarów, sięgających skali Plancka, wyznaczającej granice stosowalności znanej fizyki.

A ponoć jest i jedenasty wymiar!

Trudna jest w cholerę ta teoria, a przecież celem jest, by propagować – poprzez takiego jak ja nieuka – naukę w sposób prosty.

Kurczę, więc jakby tu ją – naukę i stringi – przybliżyć Masom Dziesięciu Wiernych Czytelników w sposób zrozumny?

Hmm, to może na przykładzie?

Dobra, spróbujmy…


Wszystko zaczęło się dawno temu i niewinnie. Nim osiągnąłem etap:

— Kapitanie, kurwa!
— Co, kurwa?
— Port, kurwa!
— Gdzie, kurwa?
— Tam, kurwa!
— Zawijamy, kurwa!
— Tak jest, kurwa!

Wpływamy, kurwa, patrzymy, kurwa, a tam… kobiety lekkich obyczajów!

Zanim doszło do tych standardowych dla marynarskiego fachu, codziennych wydarzeń, czytało się z wypiekami na twarzy te wszystkie zapierające dech i chowające jajka w podwozie szalone opowieści rodem spod Czarnego Rogera.

Oszałamiające, wabiące swym aromatem zatkanych kanalizacji i patroszonych ryb słoneczne Karaiby, gdzie piraci ze stalową ręką i drewnianą nogą, wyszczekane papugi, sztaby złota i bitcoinów po najlepszym kursie oraz łupienie niewinnych oraz orzechów, palenie kaszteli i blantów, a także picie na umór przednich rumów.

A w każdym porcie inna kobieta!

Niby inna, ale nie łódź się, żeglarzu, bo tak… no… taka sama jest to – w myśl zasady: „Kobiety nie zmienisz, możesz zmienić kobietę, ale to niczego nie zmieni!” – kobieta.

Tak romantycznym jest pływanie po morzach i oceanach. Poznajesz cały świat, z ponurą pogodą i szkorbutem jesteś za pan brat, a za towarzysza masz swój wierny wór i fujar… i fajkę.

Ech… się marzyło: tym romantycznie rozchwianym krokiem chodzić po kei, na klacie wytatuować „aj lov ju Mama forewer”, a kotwicę na wytrenowanym od ciągnięcia bukszprytów przez potężne kubryki aż do samych bulajów ramieniu.

Mieć jeden biały podkoszulek w granatowe paski i drugi, na zmianę, granatowy w paski białe – dla odmiany.

Nie dbać o bagaż.
Nie dbać o bilet.
Patrzeć, jak zgliszcza złupionych portów zostają w tyle!

Ach, jak wspaniale być marynarzem!

Tak miało być – dumałem sobie, kiedy wielokrotnie trafiony celną „kurwą” – bo „marynarz trafiony celną kurwą nabiera chyżości ruchów i bystrości spojrzenia” – nagle otrząsałem się z przysypiania (a przecież to dopiero trzecia rano) na wachcie.

Kiedy jako „majtek” stałem romantycznie w uj w ciemności nocy, na rozchwianym listopadowym (i przy okazji ja się tu pytam: gdzie kto widział jakieś listo, kurwa, pady na morzu?!?) achterdeku.

Stałem tam sobie sam, wypatrując kier lodowych, wielorybów, atomowych łodzi podwodnych oraz rozbitków – i to wszystko na Bałtyku.

Stałem, nie dość że w nocy, to jeszcze i w zimie. Zamarznięty na kość – bo sztorm czterdziestka w dwunastostopniowej skali Beauforta, temperatura powietrza udaje -1, a odczuwam -140 (wyraźnie odczuwam, termometry już dawno popełniły samobójstwo), woda rześkie -86 i nawet morsy kręcą przed nią w zadumie swe wąsy.

Ba, nawet wiatry jakieś takie niespokojne!

Stałem i dumałem pod czternastoma warstwami kapoków, szlafroków, golfsztromów, gumiaków i sztormiaków (bo brałem i ubierałem wszystko, co miałem).

Dumałem – gdzie to romantyczne piracenie, ciepłe Karaiby i co ja tu, kurwa, robię?

Tak, ciężką jest droga do zostania Zajebistym Kapitanem Żeglugi Niewielkiej, Hardcorowym Offszorowcem, Inszorowym Motorowcem, Postrachem Kałuż i Kanałów, Testerem Mazutu oraz Piratem z Karaibów i Perły z Lamusa. Wiedzie przez trudny żeglugowy szlak.

Szlak treningów, wyrzeczeń, obaleń przeróżnych przedmiotów, ćwiczeń teoretycznych i praktycznych, kiedy wymiary góra-prawo, dół-przód i lewo-tył (dobrze choć, że nie lewa trwa!) mieszały się radośnie w bębnie losującym, razem ze stadkiem śniadaniowych pawi w kingstonie…

Mam tu więc zajebisty problem z czterema wymiarami, a gdzie tam dziesięć?

Chesus, kolejnych sześć, a twierdzi się, że nawet dwadzieścia sześć wymiarów? To ja nie zniosę!

I kiedy przeszedłem ten szlak i nie trafił mnie szlag, kiedy nadszedł ten dzień i zdawało mi się, że zdaję prosty egzamin na Oficera Co Po Morzach Może się Poniewierać, wtedy właśnie donośnie wydawałem komendy wyjścia z koi i odejścia od kei mym wiernym podkomendnym:

— Cumę dziobową rzuć!
— Aye aye, sir! – potwierdziła załoga i rzuciła.
— Brest dziobowy rzuć!
— Aye aye, sir! – jeszcze raz potwierdziła załoga i rzuciła.
— Stringi zrzuć!
— …E… to ten… jeśli można, wolałybyśmy jednak RZUCIĆ rufowe SZPRINGI – odrzekła nie tylko damska część załogi…

Właśnie!

Tak to właśnie wygląda stringowa teoria w praktyce.

Proste?

Hmm… ech, kurde… chyba od dupy strony jest ten przykład.

2 myśli na temat “Praktyka String Theory

Dodaj własny

    1. Pieszo ale do przodu, w bok, do tyłu, do tyłu w bok, do przodu tyłem, bokiem w bok, przodem w tył, tyłem bokiem do przodu, przodem na boki…? Bo to właśnie jest strong string perpedes teoria

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑