Zęby mądrości

[1536 słów, 8 minut czasu czytania]

Kiedyś, dawno temu, kiedy znudził mi się bezustanny ucisk w szczęce, poszedłem na przegląd.

Od czegoś trzeba było zacząć.

Mój dentysta, po wyroku (nie był dentystą „po wyroku”, tylko dentystą który po wglądzie – zawyrokował), skierował mnie najpierw do profesjonalnego gabinetu badań nad energią jądrową. Tam zrobili mi jedno z tych panoramicznych prześwietleń całej dolnej połowy czaszki – kiedy to wtyka się w gębę jakiś czop zakończony dziwnymi rurkami ze stali nierdzewnej, każą go za karę gryźć, głowę wsadzają w imadło, a resztę osobistej personalnej osoby (OPO) owijają szczelnie ołowiem.

Aparat rentgenowski, wielkości zderzacza hadronów z CERN, obraca się wokół OPO, siejąc przez szczelinę promieniami, a cały personel gabinetu pada na podłogę za również ołowianą – tylko że podwójnie – ścianą. Powstaje z tego dziwna odbitka przedstawiająca szczękę trójwymiarową, zrzutowaną na płaszczyznę – jedną.

Widać tam tylko głowę faceta przejechanego kilka razy przez walec drogowy, ale próbuję myśleć o niej jako o rzutowaniu geometrycznym, które miałem w szkole. Byłem w tym na tyle dobry, że tymi rysunkami mogłem sobie dorobić na czarnorynkowe bilety kinowe od koników.

W narożnikach tej plastikowej, przerażającej płachty tworzywa tkwiły zęby mądrości – i nawet dla niezorientowanego w temacie mnie wyglądały szokująco. Każdy był mniej więcej wielkości kciuka – choć może to jedynie zniekształcenie podczas rzutowania, tak jak spuchnięta Grenlandia u Merkatora – znajdował się w sporej odległości od pozostałych zębów, przez co lądował w tej części czaszki, którą przeważnie nie zajmuje się dentysta, tylko… ja wiem? Podolog? Do tego był ustawiony pod złym kątem – i to nie odrobinę przekrzywiony, ale prawie do góry nogami i tył na przód.

Zwaliłem to wszystko na karb „Merkatorskiej Grenlandii” i, uzbrojony w mapę Szczęki, wyruszyłem na ulice. Najpierw w miasto, potem województwo, a jak będzie trzeba – w kraj, by znaleźć odpowiedniego dentystę. Ruszyłem na szeroko pojęty środkowoeuropejski rynek usług stomatologicznych, by poszukać kogoś, kto usunąłby te moje zęby.

Kogoś, kto podoła.

Bo to chyba były jakieś niesamowite zęby. Zrodzone z reliktowych włókien DNA, prosto z epoki zbieractwa i łowiectwa, przystosowane do rozdrabniania kory drzew wymieszanej z chrząstkami mamuta na łatwo strawną papkę. Te głazy żywej emalii zabłąkały się jakoś do drobnej – dobra, nie takiej znowu drobnej – mej czaszki, w której zwyczajnie nie było na nie miejsca.

Dało mi to do myślenia, a wiele spraw się wyjaśniło. Pomyśleć, że przez tyle lat nosiłem ze sobą zbędny ciężar. W dodatku ile marnowało się cennego miejsca w głowie! Tak, to ostatecznie wyjaśniło brak sukcesów na polu naukowym, szkolnym, w nauczaniu podstawowym i w ogóle w nauczaniu.

Szukałem wykonawcy, a odwiedzani stomatolodzy, kiedy kładli zdjęcie szczęki na podświetlacz, wgapiali się w nie i bladli. A może to tylko blade jarzeniowe światło? Chyba jednak nie, bo nieszczerze tłumaczyli się, że te moje zęby są wrośnięte bardzo głęboko w czaszkę – tak jakby zęby mądrości zwykły rosnąć całkiem gdzie indziej.

Górne, dla przykładu, siedziały tak głęboko, że oplatały korzeniami części mózgu odpowiedzialne za postrzeganie koloru niebieskiego (z jednej strony) oraz za powstrzymywanie niewiary w kiepskie filmy (z drugiej). Natomiast pomiędzy tymi zębami a światem zewnętrznym – światłem, powietrzem i śliną – leżało wiele warstw skóry, mięśni, chrząstek, głównych przewodów nerwowych, tętnic zasilających mózg, pękatych zbiorników węzłów limfatycznych, dźwigarów i belek kostnych, tkanki łącznej. A wszystko to – póki co – działało, dzięki Bogu, świetnie.

Do tego jeszcze parę gruczołów o niezbyt dobrze poznanych funkcjach i wiele innych rzeczy, które czyniły z Szosy Szosę. Tak czy siak, wychodzi na to, że siedziały tam same urządzenia z kategorii „lepiej nie ruszać”.

Najlepszym więc sposobem na ekstrakcję byłaby gilotyna i żaden dentysta nawet nie chciał się zastanowić nad możliwością zabiegu, dopóki mu nie podpiszę dokumentu o przejęciu odpowiedzialności. Był to dokument zbyt gruby, by go zszyć, o objętości segregatora, i którego główna klauzula mówiła, że w rezultacie zabiegu głowa pacjenta może wylądować w słoju z formaliną w jakiejś galerii osobliwości tuż za armeńską granicą.

I tak wędrowałem z jednego gabinetu do drugiego, jak obsypany wrzodami wyrzutek, wałęsający się po nuklearnej pustyni, wypędzany z każdej wioski kamieniami przez przerażonych chłopów.

Aż pewnego dnia wszedłem do gabinetu, gdzie recepcjonistka niemal się mnie spodziewała (fama poszła w świat?) i od razu zaprowadziła do sali na badanie. Potem włączyła podświetlacz i powiesiła na nim zdjęcie mych zębów.

Cofnęła się o krok, skrzyżowała ręce i patrzyła nań z niedowierzaniem.

– Ach tak – mruknęła. – To są te słynne zęby mądrości!

I była to ostatnia moja wizyta u stomatologa w ciągu następnych kilku lat.

Wciąż czułem w czaszce ten ucisk, ale trudno, niech będzie.

Przecież to jeszcze nie taki najgorszy syf w porównaniu z tym, co musieli cierpieć inni ludzie.

Żyłem z tym przez kilka lat, aż na jednym ze spotkań biznesowych podsłuchałem dentystę wychwalającego pod niebiosa jakiegoś genialnego, młodego stomatologa, który niedawno się tutaj sprowadził.

Musiałem gryźć się w język, żeby od razu nie zacząć zasypywać go pytaniami, co właściwie znaczy „genialny” w kontekście stomatologii. Jasne jest, który makler jest genialny, a który nie, ale jak odróżnić genialnego stomatologa od zaledwie bardzo dobrego?

Każdy garnitur zębów mądrości można usunąć tylko raz, niemożliwe więc jest, by stu dentystów wykonało tę samą ekstrakcję — a tylko wtedy można by jakoś naukowo porównać ich wyniki.

Lecz było widać z samego wyrazu twarzy rozmówcy: tamten dentysta, ten nowy, jest genialny.

Kilka dni później rozmawiałem już z tym GenialStomem, który był młody, bardzo bystry i miał więcej wspólnego z innymi geniuszami — z których żadnego nie znałem, przeważnie hakerami — niż z innymi dentystami.

Nie jeździł mercem, miał w poczekalni świeże numery „Młodego Technika” i nosił brodę.

No i zatrudniał sztab pielęgniarek oraz innych akolitek, które stale ekscytowały się jego genialnością, chodziły za nim, pilnując, by nie wpadał na większe przeszkody, i przypominały mu o obiedzie.

Ten gość, jako pierwszy, nie zbladł, ujrzawszy merkatorentgenogram mych zębów.

Uniósł podbródek z dłoni, na której go opierał, wyprostował się nieco i przez parę minut milczał. Głowa poruszała mu się nieznacznie, gdy zaczynał kontemplować kolejny narożnik układu współrzędnych i podziwiać groteskowe usytuowanie zęba — jego paleolityczny ogrom i długie, sterczące korzenie, sięgające w niezbadane przez anatomów obszary czaszki.

Kiedy wreszcie się odwrócił, emanował tą świętą aurą, czymś na kształt ekstazy religijnej.

Odkrył chyba jakąś kosmiczną symetrię, jakby moja szczęka i jego genialny mózg stomatologa zostały miliardy lat temu wyrzeźbione przez architekta Wszechświata specjalnie po to, by spotkać się tu i teraz, przed podświetlaczem do zdjęć.

Nie powiedział nic w rodzaju:

„Pozwól, że pokażę ci, jak niewielka odległość dzieli ten korzeń od zwoju nerwowego, który odróżnia cię od małpiatki” ani

„Wie pan, mam bardzo napięty plan, a w ogóle to zamierzałem zająć się nieruchomościami” ani

„Zaraz, chwileczkę, tylko zadzwonię do prawnika”.

Nie powiedział nawet:

„Kurde, te sukinsyny rzeczywiście głęboko siedzą”.

Młody, genialny dentysta powiedział tylko:

— No dobrze.

Stał nad niepewnie przez kilka minut, a potem odwrócił się na pięcie i wyszedł, okazując tym samym całkowity brak ogłady towarzyskiej — i to na stówę mnie do niego przekonało.

W końcu jeden z asystentów kazał mi podpisać dokument o odpowiedzialności, w którym wyrażam zgodę między innymi na przepuszczenie swego ciała przez piłę tartaczną, jeśli dentysta uzna, że tak trzeba. Tym razem wyglądało to jednak na formalność, a nie wstęp do nieuniknionej sagi sądowej o rozstrzygnięciu w stylu tureckim.

Nadszedł wielki dzień i kiedy się pojawiłem, wszyscy — asystenci, asystentki, sproszeni goście oraz ekipy telewizyjne — zerknęli z podziwem, jakby chcieli powiedzieć:

„O rany, gość naprawdę przyszedł!”

I ekipa odpowiedzialna za udaną operację na tym froncie błyskawicznie przystąpiła do akcji.

Zasiadłem w fotelu. Najpierw zastrzyk, zaraz potem wszedł dentysta i zapytał mnie, jaka jest różnica między Windowsem a macOS i czy w ogóle jest jakaś.

— To jedna z tych gadek, po których ma pan poznać, kiedy tracę przytomność, prawda? — zapytałem, bo ja się dobrze znam na tych sztuczkach.

— Hmm — on na to. — Właściwie jest jeszcze drugi powód. Widzi pan, ja się naprawdę zastanawiam nad przesiadką z Windowsa i chciałbym się dowiedzieć, co pan o tym myśli.

— No cóż. Ja mam znacznie więcej doświadczenia z Linuksem niż z macOS, ale z tego, co widziałem, macOS wygląda na całkiem przyzwoity system operacyjny, no a na pewno poważniejszy niż zwykłe Windows…

Przerwałem, by nabrać oddechu, i zauważyłem, że nagle wszystko się zmieniło.

Stomatolog i jego pomocnicy wciąż tu byli, mniej więcej w tych miejscach co przedtem, kiedy zaczynałem to zdanie, ale teraz okulary dentysty były przekrzywione, szkła zbryzgane krwią, twarz spocona, maska poplamiona czymś, co wyglądało, jakby pochodziło z otchłani Hellboya, a powietrze w sali było mętne od rozpylonego pyłu kostnego.

Pielęgniarki, znużone i ledwie trzymające się na nogach, wyglądały, jakby potrzebowały operacji plastycznych, liftingów i paru tygodni urlopu w najlepszym europejskim SPA.

Na mej piersi, kolanach i na podłodze pełno było zakrwawionych szmat i rozdartych w pośpiechu opakowań po opatrunkach. Bolała mnie potylica, poobijana o zagłówek przy wstrząsach spowodowanych stomatologicznym młotem pneumatycznym. I wszystko inne chyba też.

Kiedy próbowałem skończyć zdanie:

„Jeśli więc może pan trochę dopłacić, sądzę, że przesiadka ma sens”,

zauważyłem, że usta mam pełne czegoś, co uniemożliwia mówienie.

Lekarz ściągnął maskę i podrapał się po przepoconej brodzie. Nie patrzył na mnie, ale gdzieś bardzo daleko.

Po czym wydał ciężkie, przeciągłe westchnienie. Ręce mu drżały.

— Jaki dziś mamy dzień? — wymamrotałem przez zwoje waty.

— Jak już panu mówiłem — powiedział genialny, młody stomatolog — za ekstrakcję zębów mądrości mamy zmienną stawkę, zależnie od stopnia trudności zabiegu. Obawiam się, że w tym wypadku będę musiał policzyć maksymalnie, plus dodatki i szkodliwe oraz premie dla personelu.

Po czym wstał i chwiejnie wyszedł z pokoju, garbiąc się, nie tyle pod ciężarem stresu, ile świadomości, że nikt nigdy nie przyzna mu Nobla za to osiągnięcie.

2 myśli na temat “Zęby mądrości

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑