Obcy

#szosopasta na 786 słów, 4 minuty czytania

Nawet pomimo tego, że w atmosferze egzoplanety K2-18b, oddalonej o 124 lata świetlne od nas, wykryto związki chemiczne, które na Ziemi są produkowane wyłącznie przez organizmy żywe, to że w najbliższym czasie odwiedzą nas kosmici, jest mało prawdopodobne.

Wszak naszymi arcyważnymi przekazami typu: piłka nożna, przemówienia prominentów, mądrości influencerów i filmy o kotach — spamujemy wszechświat od zaledwie 100 lat.

Czyli nasze przekazy dotarły na odległości max 100 lat świetlnych, a to jest jakieś 50 tysięcy planet.
Niby dużo, ale — no co to jest — kiedy w kosmosie, szacunkowo i tylko w tym widzialnym, są 2 biliony galaktyk (2 000 000 000 000), a każda galaktyka zawiera kilkaset miliardów gwiazd.

To daje cirka ebaut jakieś 200 tryliardów (200 000 000 000 000 000 000 000) gwiazd we wszechświecie, plus minus ze 2 (dwie).

Nawet jak ktoś tam het odebrał historyczne przemówienie Hitlera, histeryczny taniec Rutkiewicza, hiperprzebój Zenka czy megamiliardowy film o kocie — nim zrozumiał, podrapał się po czułce: „WTF, i co tu odpisać?”, i odpisał — to i tak trzeba zaczekać, aż odpowiedź wróci lub opcy chłopcy przylecą wywrzeć słuszną antyspamową zemstę.

I kolejna stówa (lat) w plecy.

Bo nie jesteśmy z Obcymi przesunięci w przestrzeni, ale i w czasie.
Jednak co do faktu, że ktoś tam jest — to pewnik!

No, sami przecież widzimy — jeśli są warunki, czyli niebo w nocy bezchmurne i człowiek jeszcze niedobity — że niemożliwe, żeby tam nie było życia!

I nic, nawet Paradoks Fermiego, nie zmieni tam tego.

Jesteśmy — my, Ziemia — może małą i zagubioną gdzieś na peryferiach, ale ładną, atrakcyjną i fajną do odwiedzenia miejscówką, więc w końcu, skoro tak się ogłaszamy na cały Wszechświat w ten czy inny sposób, kiedyś przybędą na pewno.

Może w potężnych kosmicznych statkach, z lekka poobijanych od potyczek z Obcymi, osmalonych od przelatujących komet — jako flota groźnych wojowników lubieżnie zerkających na nasze flory.

Może w schludnych, dobrze utrzymanych okrętach wycieczkowych, w zorganizowanych kolumnach, i grzecznie, taktowanie, nieinwazyjnie będą zwiedzać, porobią zdjęcia, posprzątają po sobie i polecą dalej, bo czas nagli, proszę Kosmitaństwa — pierścionki na Saturnie czekają, a i atmosfera na Wenus już podgrzana!

Może otworzy się przypadkiem jakiś portal nadprzestrzenny i wyjdzie przez portal Obcyludek w modnym portalu z krokiem w kolanie?

Albo jakaś delikatna, zwiewna niczym puch struktura, która oblepi wszystko, co żyje, z łatwością zawładnie samymi mackami naszymi umysłami, sił i woli pozbawi oraz wykorzysta jako źródła energii, jak takie tanie bateryjki Durnecelki.

Nie wiadomo tego, więc zostawmy, bo odległa to przyszłość.
I nie bez kozery odległości w kosmosie mierzy się właśnie latami — w dodatku świetlnymi — mimo iż tam ciemno, że oko wykol, w większości to ciemna materia i energia.

TymiTam Obcymi nie ma się co martwić póki co.
Mamy swoich…


I niezupełnie bez związku z obcymi, dawno temu, wylądowałem w takiej właśnie fajnej, atrakcyjnej wizualnie, unikatowej jak Ziemia w naszym mikrosystemie miejscówce.

W Wenecji.

Po niełatwej przeprawie — gdzieś późną nocą (musiałem jechać w pociągowym klozecie, bo jak się bez biletu jedzie — to wiecie… się bałem konduktora) — ledwie żywy z tego stresu i zmęczenia (ciasno dość, a SedesoJoga wychodzi Mi_ słabo), upadłem na pomost przystanku autobusu wodnego i tak już tam zostałem, do rana.

A rankiem, skoro świt w dzień roboczy, obudził mnie przyciszony gwar uciszających się wzajemnie Wenecjan, oczekujących na pracowniczy autobus wodny.

Oni stłoczeni po jednej stronie pomostu, ja rozwalony po drugiej — i skoro tak się uciszali wzajemnie, żeby mnie nie obudzić — jak to Włosi — to mnie obudzili.

Wstałem, ukłoniłem grzecznie i przemówiłem językami świata doskonale mi nieznanymi:

– Señoras y Señores! Gracias za Buenos Aires, Buongiorno, i Una Cerveza und Espersso per fawor i Auf Wiedersehen!

Dygnąłem, śpiwór zwinąłem i poszedłem szukać tej Uny Serwessy und Espersso ino dużo!

Wąskimi, śpiącymi w półmroku, pustymi uliczkami dotarłem na jakiś plac, potem na kolejny i następny.

Na pustych tych placykach, przy okolicznych pałacykach, w studzienkach i kałużach, pluskały się gołębie, a koty, leniwie leżąc i liżąc, miały wylane — bo najedzone były rybami.

Było swojsko i lokalnie, kiedy błądziłem obskurnymi, cichymi uliczkami, przecinając kanały na wąskich mostkach, pod którymi zamiast romantycznych gondolierów pływały komercyjne dostawczaki.

Ludzie włoscy — niezmiennie szykowni (kurwa, jak oni to robią?) — nawet jak z włosami w nieładzie, to artystycznym, w przykrótkich spodniach i mokasynach bez skarpet i sandałów, z rękami obarczonymi teczką i kubkiem kawy, śpieszyli załatwić swoje sprawy i do pracy.

Starsze panie z wózeczkami wracały z zakupami.

Śmierdziało wodą i glonami.

Fajnie tam wtedy było — w tej „rannej”, ale dobrze opatrzonej godzinie — na tych małych placykach i lokalnych targach warzyw, zagubionych gdzieś poza komercją.

To był przez chwilę prawdziwy, oryginalny, niepodrasowany świat. Antyk Autentyk.

Siadłem sobie nad Canale Grande, pomachałem nogami, zjadłem pomodori — com dostał dwa za gratis.

Było miło, było fajnie i było lokalnie.
A potem nadlecieli oni… Znaczy, przypłynęli, nastatkach.
W tysiącach liczeni turyści przez duże Ty.
Nagle czara mi prysła.
…I tymi właśnie bym się bardziej martwił obcymi – naszymi.

2 myśli na temat “Obcy

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑