183/365 #szosopasta, 1065 słów, 6 minut czytania.
Czy jest jakaś różnica między „na” i „w”?
Nie wiem, w dobie mylenia „Witam” z „Dzień dobry”, „bynajmniej” z „conajmniej”, „dzień dzisiejszy” z… no właśnie – powiedz to samo tylko „pojutrze”, kiedy ciągle jeździ się na Chorwację, i „panie, zawsze tak jeździłem i był dobrze!”… to jest, zdaniem większości, zwykłe czepianie się słówek, brak lepszego zajęcia i robienie z siebie ą-ę.
Przecież jak wiadomo, o co chodzi, to co to komu szkodzi?
Dokładnie tak samo sobie pomyślałem kiedy… Ok, ale może po kolei.
„Sundowner” to taki rytuał mający swoje korzenie w kolonialnej przeszłości Wielkiej Brytanii, zwłaszcza z czasów jej imperialnych zapędów w Afryce i Indiach.
Termin ten pochodzi od słowa sundown (sandał), co – w starożytnej mowie narodów zza Odry i Nysy Łużyckiej – mogło oznaczać „pić okowitę w samych sandałach”, ale po angielsku oznacza prozaicznie „zachód słońca” i dotyczy zwyczaju spożywania napojów alkoholowych o zmierzchu. Bo każdy powód jest dobry.
Nim stał się globalnym fenomenem (o którym pierwsze słyszę), był częścią rytuałów relaksacyjno-towarzyskich w gorących, tropikalnych klimatach. Czy to z powodu upałów, czy zdrowotnych zaleceń, a może po prostu jako pretekst do picia po zakończeniu dnia pracy (a nie przed, jak w Polsce) – tak czy inaczej, zachód słońca był idealnym momentem na odprężenie, spotkania towarzyskie i rozpoczęcie magicznego procesu nawadniania się alkoholem.
W ciągu dnia nie było sensu pić – gorąco jak cholera, nawet pod falowanym przez służącego baldachimem. Zanim zadziałało, i tak było wypocone. Więc myślmy po gospodarsku – szkoda trunku! Dlatego dopiero pod wieczór serwowano napoje alkoholowe.
Miały one pomóc się zrelaksować, nawodnić i ochłodzić po upalnym, ciężko przepracowanym przez naszą tanią siłę roboczą dniu. I dlatego właśnie stały się popularnym zwyczajem wśród kolonistów.
Najlepszymi wtedy „sundownerami” były Gin & Tonic (nazwa „tonic” pochodzi ponoć od słów pewnego degustatora-entuzjasty z Polski, który powiedział pojednawczo: „oj, tonic, że ci się za dużo ginu nalało”) oraz whisky – głównie dlatego, że były łatwo dostępne dla Brytyjczyków. Przypływały żaglowcami – dla niepoznaki i zmylenia Holendrów zwanymi „herbacianymi” – pięć razy dziennie razem z pocztą. Tak punktualnie, że klepsydry można było ustawiać.
Gin and „Tonic, że ci się go za dużo nalało” był szczególnie popularny w Indiach, bo tonic zawierał chininę – środek zapobiegający malarii. Genialne dodanie do niego ginu odmieniło świat, a drink szybko stał się nie tylko wszechświatowo smaczny, ale też wyjątkowo skuteczny na malarię oraz wszystkie inne dolegliwości – włącznie z duchowymi. Zawsze wiedziałem, że wóda jest najlepszym lekarstwem na wszystko – jedynie pozostaje kwestia dawkowania.
Nie wierzysz? Nawet w Starożytnym Rzymie stosowano ten napój – co uwieczniono w filmie dokumentalnym Gladiator, gdzie zatroskana siostra namawia Cezara, by drinknoł sobie this Tonic na ból głowy.
„Sundowner” z czasem stał się symbolem spirytusowej… spirytystycznej… no… duchowej towarzyskości, która transgranicznie – bez pytania o rodzaj wyznania, debet na karcie, kolor skóry czy orientację w terenie – spontanicznie łączy ludzi, czasem nawet – chcąc nie chcąc – w pary.
Błyskawicznie spotkania na „sundownery” (luźne tłumaczenie na polski: chlanie) rozprzestrzeniły się na cały świat, jako okazja do rozmów, odpoczynku, budowania relacji, odstresowania i uzupełnienia płynów.
Zwyczaj ten przyjął się też na obozach (nie tylko pracy), wycieczkach szkolnych, fakultatywnych, objazdowych, wczasach All Inclusive i na pielgrzymkach. Bo przecież każda okazja jest dobra.
I w związku z kolonializmem, palmami, pragnieniem przygód i potrzebą uzupełnienia płynów – wpadłem na doskonały pomysł!
Może zróbmy szybki wypad do Zanzibar – gdzie z „sundownerem” w dłoni, niczym pionier, kolonialista, kapitalista i ciemiężyciel – obejrzymy zachód słońca na pięknej wyspie?
– Żono, co Ty na to – przez Szczecin do Zanzibaru na drinka polecim?
– Tak! – odrzekła szczęśliwa Ona. I poleciał szykować kremy, kostiumy i miejsce na rolce w Instagramie.
Jak wymyśliłem tak ruszyliśmy, a nasza wyprawa – pod kryptonimem „Sundowner na lodzie, dwa razy, ino migiem” – już po dwóch godzinach i kilku przekroczeniach przepisów była w pełnym pędzie.
Byliśmy w transie, byliśmy w trasie. Do Zanzibaru!
Pewną ręką, spokojnie prowadząc, dumałem nad kulturotwórczą i pchającą cywilizację do przodu szklaneczką czegoś mocniejszego. Tą, która wzeszła we wschodnich Indiach (bo od Kolumba, poprzez Colombo, aż po Trumpoluda – są też Zachodnie). Praktyczną tradycją, która – po całym dniu spędzonym w trudzie pod baldachimem – pomagała kolonizatorom zejść, a słońcu zajść. Przy okazji wypalając pasożyty i amebę z żołądka.
Pomoc ta musiała być nieoceniona – dumałem jadąc – skoro od tamtej pory, na całym świecie, zawsze i wszędzie jakaś grupa gdzieś będzie, która tę tradycję z zamiłowaniem, pietyzmem i namaszczeniem kultywuje.
Po wielu godzinach podróży, kiedy popołudniowe słońce przechodziło w głęboki pomarańcz, w końcu dotarliśmy na miejsce – i na cza, gdyż niebawem na sundowning czas.
Ta wyspa jest niesamowita. W większości to park narodowy – bez drzew, z piaskiem, wysoką trawą i porostami. Architektura ascetyczna i minimalistyczna. Nic dziwnego, że Polański się tu kręcił i nawet coś nakręcił.
Dosłownie w ostatniej przedzachodniej chwili wpadamy na parking pełen Porschów, Mercedesów, Ferrari i Bentlejów.
Kelnerzy uwijają się z owocami morza, łypiąc czujnym okiem.
Opaleni mężczyźni w sztormiakach i mokasynach przepijają do siebie.
Kobiety, świeżo po plastyce, plotkują przez smartfony.
Dzieci biegają.
Pieniądz czuć.
No i kiedy tak stoimy, moja Towarzyszka pyta w końcu:
– Daleko jeszcze na ten Zanzibar?
– Nie! – mówię dumnie. – Jesteśmy na miejscu.
I pokazuję jej napis nad wejściem do baru:
„Willkommen im Sansibar auf Sylt”
(„Witam w Zanzibarze na Sylcie, utrudzony wędrowcze z grubą, bezlimitową kartą kredytową”).
Ale, ale! Już czas przecież na obiecanego sundownera!
Którego – po zapoznaniu się z cenami w tym Zanzi-barze – zaraz po udaniu się na plażę… sam tam uważę. Z półproduktów przezornie przykitranych w bagażu.
No to jak, jest różnica między byciem „w Zanzibarze” a „na Zanzibarze”?
No, niestety – nadal nie wiem.
Ani w jednym, ani na drugim – nie byłem.

wyrozumiała jest Ci Ona. Moja głowa by się już turlała, lalala
PolubieniePolubienie
Tu nie zdziwił się nikt 🙂
PolubieniePolubienie