Misja Odkamieniacza

199/365 #szosopasta na 930 słów, 5 minut czasu czytania.

Zadanie było może i zbędne dla mego przetrwania, ale na szczęście banalnie proste.
I tak, wcześniej czy póżniej trzeba było to zrobić, a miałem akurat wolne pół godziny, wziąłem się więc za to.
Najpierw przeczytałem uważnie, na pergaminach czy innych papirusach, krwią ziomków spisaną (lub jakimś sokiem poplamioną) instrukcję okamienienia ekspresu do kawy:

„Opuścisz teraz zydel swój przytulny, albowiem czas już po temu.
Zanim jednak udasz się w miejsce dzikie, posępne, w pułapki obwite i obce – KUCHNIĄ zwane, udaj się najsampierw do stajni, o konia swego zadbaj, obroku mu przyspórz, a czy zad ma czysty obczaj.
Potem miecz zdobyczny, a śmiertelnie niebezpieczny – Claidheamh dà làimh – zabezpiecz, bo to twój druh najwierniejszy, ale w tej awanturce potrzebnym nie będzie!
Przyjmiesz teraz incognito „Odkamieniacz” i udasz się w misję.
Bo udasz się odkamienić swój podający życiodajny eliksir ekspres!
Przywdziej wpierw szyszak, o nagolennikach racz nie pomnieć, a rękawice swe blaszane miej w zanadrzu, jako i suspensorium.
Teraz, gotowym będąc, zawrzyj go, tego ekspresa, w mocarnych swych ramion uścisku.
A gdy chętną dłonią otoczony już będzie, chyżo i jednocześnie pociśnij umocowane na nim sterowania – przyciski, co zwą się po brycku „on/off” i po italiańsku „espresso”.
Bacz pilnie, by po 5 w klepsydrze ziarn sekundowych przesypaniu, usłyszeć anielskich ptasi trele, co z wnętrza Expres się wydobędzie magicznym jakimś sposobem.
Po tym przecudnej urody, niczym trąbka na rycerskie zawody, sygnale – zluzuj swych paluchów naciski na przyciski, a kolejne lampki, niczym z kuszy pociski – „odkamieniania” i „espresso” – poczną migać w Ciebie zachęcająco, i niczym dziewka zza drzewka – znacząco.
Wtedy, i tylko wtedy, na ten tychmiast ciśnij „espresso” jeno, a magia ponownie zacznie się dziać i ekspres cudem jakimś odkamieniać.”


Przeczytałem, przetarłem twarz, potarłem włos, nalałem „setkę” i ruszyłem z tą akacją-operacją.
Prosta była w swych teoretycznych krokach ta instrukcja — można śmiało rzec: prosta jak dla USAniczyka.

Dlaczegóż więc, po wykonaniu powyższych czynności — nieskomplikowanych nawet i dla Jakuta z obustronnymi odmrożeniami i po tygodniowym chlaniu — nic się nie dzieje?
Nie wiem.

— Dobra, spoko, luz, spróbujemy jeszcze raz.
To samo.
— Dobra, no to jeszcze raz…
To samo!
— …Jeszcze raz!
To samo.

Luzik, nie ma problemu, mam przecież, skoro się za to wziąłem, już nie pół godziny, a całą sobotę na tę zabawę.
Nalałem kolejną setkę.


Zabawne, słyszałem kiedyś, że jak w urządzeniu AGD mija gwarancja i się nie zepsuło, to pewnie zepsuł się w nim element odpowiedzialny za zepsucie.
Może tu też tak – jak się psuł i szedł na dno swej zawodnej, zawodowej kariery, pociągnął za sobą te dwa cholerne przyciski służące do okamienienia?

— Wdech, wydech i oddech, i na spokojnie.
Pamiętaj, jesteś kwiatem lotosu na spokojnej tafli górskiego jeziora.
W absolutnej ciszy medytujesz niczym mnich i nic nie jest w stanie wytrącić cię z równowagi.

Tak?
No pewnie!
No dobra, to co? Jedziemy od nowa tę procedurę.

Uspokojony, jak ta tafla i kwiat, i góry, i jezioro, i niebo, i wszystko razem…

Delikatnie, niczym w Krainie Kwitnącej Wiśni opadający kwiat wiśni, ale stanowczo – jak kontroler biletów w interwencji – swoją silną, spracowaną, ultrapewną, lecz łagodną niczym kot w drzemce ręką numer jeden naciskam przycisk numer jeden – włączanio/wyłączania.

A drugą – równie spracowaną i tak delikatną, że jak wracam do domu po robocie, to muszę chodzić naokoło, bo wszystkie okoliczne wiewiórki czekają pod drzwiami do nią głaskania – obie w idealnej harmonii, w synchronizacji bardziej precyzyjnej niż przy ustawianiu teleskopu Webba w punkcie Lagrange’a – naciskam i przytrzymuję oba przyciski.

Podśpiewując, chyba z godzinkę „godzinki”, odczekuję obiecane – teraz już mierzone z dokładnością atomową – pięć sekund, a kiedy grzmią wekspresowe trąby jerychońskie, zwalniam owe przyciski.
I?
Nic!
Jasne. Nie ma sprawy.
Cóż, skoro to tak…
Nalałem setkę, zakasałem rękawy a żarty się skończyły:

Komputer włącz.
Darkweb – wejdź.
Potwierdzasz? Wejdź mówię!
Wpisz klucz szyfrowania.

Z menu wybieram pozycję „Nowy klucz”.
Wyskakuje okienko zawierające kilka możliwych długości klucza: 256, 512, 768, 1024, 2048, 3072 oraz „Własną”.
Wybieram tę ostatnią opcję i wpisuję: 4096. Użycie 768-bitowego klucza utajniłoby tę sesję przynajmniej na kilka dobrych lat prawie przed wszystkimi instytucjami na świecie, a złamanie klucza 1024-bitowego stanowi już gigantyczną trudność.
Ale ja tu nie idę na łatwiznę, bo łączę się z Kręgiem Piekieł i oddziałem „Wszyscy Diabli”.

I już — „Jesteś zalogowany, wybierz opcję, aby połączyć się z konsultantem”:

  1. Morderstwa na zlecenie
  2. Narkotyki, psychotropy, doping
  3. Handel ludźmi
  4. Handel bronią
  5. Organy, klonowanie, przeszczepy, glonojady
  6. Porwania
  7. Cracking, Haking, Stalking
  8. Zamachy, Obalenia rządów
  9. Tajne Serwisowe Instrukcje demontażu ekspresów do kawy

— Poproszę 9.
— Czy jesteś pewien, że chcesz oddać duszę, wszystkie oszczędności… (a nie, ciebie to nie dotyczy) i nerkę, za udostępnienie Tajnej Serwisowej Instrukcji demontażu ekspresu do kawy? Y/N?
— Y.
— Ar ju Siu?
— Sprawdzam. Tak. Jestem Siur!

Doskonale. Przesyłamy instrukcję.
W instrukcji do instrukcji znajdziesz instrukcję, jak uruchomić instrukcję.
Ot, prościzna. Teraz mi się nie wywiniesz… Diablo Maszyno!


Trzy do ośmiu, a może dwanaście godzin później, kiedy słońce kilka tysięcy kilometrów na zachodzie rozbiło się o widnokrąg i rozlewało swe termojądrowe paliwo po całym niebie, gdzieś tu, na wschodzie, w okolicach jakiegoś spokojnego jeziora, obok stosu części, sterty śrubek i chrupiącej pod lekkim naporem pustej flaszki oraz rozsypanej wszędzie kawy — głęboko oddychając, ale całkowicie spokojny i opanowany — powtarzałem sobie mantrę:

Jestem oazą spokoju.
Pierdolonym, kurwa,
zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu,
na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora.
Jestem wręcz jak jebany wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów!

I kiedy tak sobie medytowałem…
…w drzwiach przerażająco zazgrzytał klucz, a po chwili ktoś przemówił dziwnie znajomym Mi_, kobiecym głosem:

— A co tu… O, Na Jaśnie Pana Zakuty Łeb… się wydarzyło!?!
— Nie wiem.
— Co to są za części?
— Ekspres.
— Ten zaginiony przed laty pociąg do Warszawy, kurwa!?!
— Nie, nasz, do kawy.
— A coś ty tu z nim… Ale zaraz… Piłeś?
— Nie.
— Piłeś!
— Nie!
— Powiedz: Gibraltar.
— Piłem.

2 myśli na temat “Misja Odkamieniacza

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑