Yippee-ki-yay, motherfucker!

Cała ta draka zaczęła się w windzie… Nie, chyba wcześniej, w restauracji.

Zresztą, teraz to już nieważne, uwięziony niczym frajer w tej klatce Faradaya czuł się jak zamknięty w jakiejś cholernej pętli czasu (Looper, 2012), i dusił się.

Jednak, jak zwykle, wystarczyła mu jedna króciutka chwila nieuwagi, lekkie rozluźnienie i luka w źle zawiązanym worku.

– Ma ktoś ogień? – rzucił luźno – a kiedy zaczęli się śmiać z tego głupiego przecież dowcipu, w końcu ma worek na głowie, pierwszemu pociągnął z czoła.
Czoło ma najtwardsze kości (Red, 2010), pociągnięty gość nawet nie poczuł, kiedy odpłynął, jeśli na zawsze, to na pewno na dość długo.

Drugi zginął, zgrabnie trafiony nadgarstkami w szyję – żadna krtań nie wytrzyma takiego ciosu „trytytki panowie, wiąże się więźniowi na plecach”.

Trzeci, czwarty i piąty też nie mieli wiele czasu. Pistolet wypożyczony od tego pierwszego, osuwającego się po ścianie, przemówił do nich swoim oszczędnym, stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu szczekaniem (Last Man Standing, 1996).

Odpowiedzieć, czy podać ognia, nie miał już kto.

Zakładając pożyczone buty – no jasne, jak zwykle za ciasne – uśmiechnął się półgębkiem (Die Hard, 1988). Tym swoim szelmowskim, zawadiackim uśmieszkiem i zaklął pod nosem:

– Nie tak to miało być, kurwa, zupełnie nie tak (12 Monkeys, 1995).

Oswobodził się ze śmierdzącego wora i więzów, zaciągnął i odetchnął głęboko czystym, świeżym dymem papierosowem, przeładował pożyczoną broń, obciągnął koszulkę na podkoszulce i pogwizdując, już rozluźniony, spokojnie czekał na nieuchronny parter.

– To wszystko miało być prostsze, to w co się znowu władowałem… (Hudson Hawk 1991) – dumał, a gdy winda zatrzymała się w końcu na parterze…

Parteru nie było.

„Jasna cholera, jestem zwykłym, starszym, zmęczonym życiem gościem (Sin City 2005) który po prostu chciał chwilę odetchnąć. Zawsze musi być Hard?”

Gdy kolejnych dziewięciu śmierdzących cebulą, nieprzetrawioną wódką i czosnkiem, w pełnym umundurowaniu i uzbrojonych w ciężką broń żołnierzy kazało mu paść na kolana. Padł. Ale nie na kolana, lecz szybkim rzutem za resztki frontowej ściany.

Wyszarpując karabin leżącemu tam od niedawna obywatelowi, któremu wcześniej przezornie wpakował odrobinę ołowiu w głowę (dla dociążenia i żeby się nie wiercił na ziemi) skosił tych śmierdzieli jedną celną serią.

A potem, gdy zobaczył, co się dzieje na ulicach… Po prostu się wkurwił (Die Hard 2, 1990).

Front budynku całkowicie zniszczony pociskami pancernymi, ulice zorane gąsienicami, wszędzie dymy, wyjące syreny, wpadający na siebie, bez sensu uciekający ludzie, płaczące kobiety chroniące swe dzieci, chaos, zniszczenie i ból.

Istny armagedon (Armageddon, 1998). Tego było już dość:

– Chcecie wojny? Będziecie ją mieli (Tears of the Sun, 2003).

Nagle potraktował to osobiście.
Przeładował zdobyczny karabin i wybiegając, krótkimi seriami ścinał kolejno każdego umundurowanego pajaca.

Przyczaił się na przejeżdżający czołg, a gdy ten się zatrzymał, celnym rzutem granatu odesłał jego załogę na bezterminowy urlop.

Już miał iść dalej, kiedy przypadkiem rzucił okiem, najpierw na karabin, a potem czołg (The Jackal, 1997).

No jasne, czołgiem przecież będzie mu jakby poręczniej.

Przecież potrafi latać i jeździć wszystkim (The Fifth Element, 1997).

Przedzierając się przez ulice, niemal mimochodem, od niechcenia, kosił wroga setkami.

A gdy już umościł wygodnie tych kilkadziesiąt ton w przytulnym zaułku, przyjął prawidłową pozycję snajpero-działonowego, zajął się sukcesywnym i hurtowym złomowaniem sprzętu ciężkiego, dumając nad tym, jak się w to wszystko w ogóle wplątał. I kiedy to się stało, że zupełnie niechcący, przeszedł do ofensywy.

Zapamiętały w walce, brocząc lecz nie bacząc na rany, za małe buty, przecięte czoło i zakrwawioną koszulę, siał śmierć, zniszczenie, dziesiątkował szeregi wrogów i przesiadał się z jednego pojazdu na drugi (Die Hard: With a Vengeance, 1995).
„Yippee-ki-yay, motherfuckers!” (Die Hard, 1988).

Po rozwaleniu wszystkich czołgów, wziął się za transportery opancerzone, potem przyszedł czas na wyrzutnie rakiet, a po nich zajął się helikopterami. Strącał je po kolei, kopami, tuzinami i kopami tuzinów (RED 2, 2013).

A gdy już nie miał czego strącać, bo nawet samoloty bały się nadlatywać, zaczął dumać, jak szybko może przejąć i zatopić ich okręty.

Potem zabierze się za broń nuklearną tych skurwysynów (Unbreakable, 2000).

W nagłej ciszy zadzwonił telefon. Zdziwiony, bo przecież nie miał przy sobie telefonu, odebrał go… leżącym obok zwłokom:

– Hej, tu Chuck Norris, czy możesz już ewentualnie przestać? Oni się poddają, uciekają i ogłosili bezwzględną kapitulację! Właściwie jakby co, to my też się poddajemy. Kim Ty jesteś i co tu robisz? Właśnie niechcący zakończyłeś nam wojnę! (The Expendables 2, 2012)

– Jestem Bruce i to oni zaczęli pierwsi. Ja chciałem tylko innego hamburgera. Uprzedzałem, że nienawidzę majonezu! Ale z tym że zabiję kelnerowi rodzinę, psa i sąsiadów to przecież tylko żartowałem ( The Whole Nine Yards, 2000).

Mimo wszystko (Sixth Sense, 1999), po raz kolejny, urodzinowo – Zdrowia, Brusie Willisie!

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑