Jakaś społecznościówka pokazała mi ludziokolejkę na Santorini. Długi, wijący się wąż spoconych istot, męczący od samego patrzenia — a co dopiero stać w nim naprawdę — ciągnął się i ciągnął aż do… widoku.
A konkretnie do zrobienia zdjęcia widoku.
„I przechodzi dalej! No ruchy, ruchy, co tak stoi! A Pan? Tyś tu nie stał, od czterech godzin cię obserwuję! Gdzie jest szef komitetu kolejkowego ze swoim zeszytem?”
Zdębiałem. Pewnie nie jestem człowiekiem światowym, skoro nie pojmuję tej idei, więc dla ochłody rozemocjonowanej głowy przypomniałem sobie jeden z najlepiej słabo pamiętanych, ale najfajniejszych urlopów.
Gdzieś dawno temu, pod Limanową. Dotarliśmy tam przez zaspy, we czterech, starym Wartburgiem na letnich oponach.
Po pierwszej próbie jazdy na nartach okazało się, że sam zapał to jednak trochę za mało.
A zaraz potem zostaliśmy zasypani śniegiem.
Nie było świata. Nie było widoków. Nie było internetu.
Nic nie było.
Czterech gości, karty, książki i herbata.
I to wszystko, co było.
I zajebiście też było.
Czyżby tym ludziom na Santorini nikt nie powiedział, że te wszystkie widoczki są tylko dekoracją, w miliardach powielaną i tego wysiłku nie wartą?
Że nieważne gdzie, lecz z kim.
Bo jeśli ludzie są super, to i bez dekoracji jest super.
A jeśli ludzie nie są super, to nawet między najpiękniejszymi dekoracjami jest po prostu do dupy.



Dodaj komentarz