Kilobywatel

Ach, kiedy czytam mrożącą krew żyłach kryminalną tę treść z gazety to myślę: szkoda biednej dziewczyny, i szkoda, że wtedy nie było takiej powszechnej elektryfikacji transportu personalnego.

Teraz widząc to przemieszczające się na granicy postrzegania, bez krzty wysiłku i miłosierdzia dla speszonych pieszych, elektrohultajstwo na swych hulajelektronogach.

I pytam przy okazji: co to za hulajnoga w sprzęcie w którym już hulać nogą nie trzeba?

Widząc te czasem opasłe gravele, a nieraz elektrośmigłe, opływowe szosy, na których nawet dorodne matrony dostojnie, od czasu do czasu z lekka pedałując, przepływają chyżo ścieżkami na działki.

I zupełnie bezwysiłkowo, z godnością, gdyż wspomagane ukrytymi mocami akumulatorów mijają mnie na wiernym mym Wigrym 4 z 80r.

Albo z zazdrością lookając na wszystkie te piękne superelektrosuvy na stacjach, podpięte pod ładowarki, których właściciele na spacery przyautostradowe nie chodzą, a bardziej — skoro jest te pół godziny do dyspozycji, zanim się sprzęt podładuje — to na przepyszne hot-dogi, zapiekanki, chipsami popychane, a pepsi popijane, się udają.

To tak patrząc i widząc tę elektryfikację, że już… nomen omen… żywcem się ruszać nie trzeba, słabo widzę szczupłą przyszłość obywateli.

Aż z żalu łza się w oku kręci, bo do takich pięknych jak z obrazka przestępstw już powodów nie będzie.


Dodaj komentarz