Gwiazdozbiór psa – hmm… recenzja?

Książkę Hellera przeczytałem już bardzo dawno temu.


Nie jest długa, monumentalna i noblolubna, ale ma swój niesamowity klimat — trochę melancholii i smutku, trochę wiary w przyszłość i nadziei, a przede wszystkim jakieś niezwykłe pogodzenie się z trudną rzeczywistością.

Akcji jest tam sporo, ale wydaje się, jakby była drugorzędna.

W tej książce są karabiny, strzelanie, walka o życie — jasne — ale stanowi ona tylko tło — nieuniknioną konsekwencję światowych wydarzeń.

Tam nie chodzi o tanie „bang bang”. Chodzi o pogodzenie się z życiem i śmiercią, o pozostanie człowiekiem i szukanie drugiego człowieka.

Jedna z lepszych książek w moim życiu. Wracałem do niej kilka razy i za każdym razem czułem się wybrańcem, bo mało kto, z tych co znałem, ją znał. Nikt.

Teraz, gdy okazało się, że na warsztat wziął ją sam pan R. Scott, nie wzruszyło mnie to zbytnio.

Ale kiedy zobaczyłem trailer, wiedziałem: o nie, nie obejrzę tego… dzieła.

Znów zobaczyłem, że kiedy Hollywood zabierze się za taki materiał, wytnie to, co najważniejsze: wewnętrzny monolog Higa, powolne tempo, zapach sosen, łowienie ryb i całą tę przejmującą melancholię.

Zostanie facet, broń i wrogowie.

I więcej popcornu poproszę.

O nie, nie zepsuję sobie książki.

Bo tak jak kijek można łatwo pocieniować, a trudno go pogrubasić, tak film można zobaczyć, ale gniota odzobaczyć się nie da.

„A to będzie gniot”.

Nie poszedłem i, jak zwykle, ale teraz już na spokojnie czekałem, aż mój profesjonalny filmoznawca pod postacią filmoznawczyni przedstawi mi recenzję filmu osoby, która wie, bo się zna.

Poszła, wyszła.

I już widzę te trzy kropki w wiadomościach.

Pisze, tak, dużo, migają i migają.

To będzie długa i rzetelna recenzja. Ale przecież wie, jak lubię tę książkę, więc na pewno bardziej się stara.

O, już jest: „Miałeś rację”.


Dodaj komentarz