Nie ma takiego miasta – Lądyn

„– Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój, tak…
– Ale Londyn – miasto w Anglii.
– To co mi pan nic nie mówi?!
– No mówię pani właśnie.
– To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć, gdzie to jest. Cholera jasna.”  

Był czas, że byłem cichym, spokojnym, wycofanym typem.
A im więcej trenowałem, tym bardziej taki byłem.
Trzymałem się na uboczu, nie wadziłem nikomu, chyba że trzeba było dostać lub spuścić łomot (zależnie od okoliczności, tego się wcześniej nigdy nie wie), to wzywano Mi.

I w takich to Mi_okolicznościach, i tak jak w „Misiu” – nagle ciut niespodziewanie – lądujemy sobie kiedyś w całym tym Lądyńskim Londynie.  

Impreza jakaś jest akurat, ludzi dużo, ja nicniemówiąco-małomówny, taki ubocznie małoobecny, ale zaproszony to obecny, przynajmniej ciałem. Zapatrzony w okno, zdziwiony, że tu dwa krany do jednej wody i w drugą stronę jeżdżą samochody, stałem sobie z boku i dumałem nad upadkiem najpierw Imperiów, potem Cywilizacji, a Ludzkości na koniec.

Ale, jak to na każdej imprezie, zawsze trafi się ktoś, kto wie wszystko, zna wszystkich, dusza towarzystwa, dziadek dobra rada…
Taki WodziRyj.  

Do każdego się radośnie dopnie, każdemu udzieli ciętej riposty lub rady, gdyż wie najlepiej, a szczególnie bryluje, jak się z lekka nabombluje, nosek przypudruje, lub czymś innym zdopinguje.
Wtedy nie ma zmiłuj, nikomu nie podaruje, nawet tym, co podarowali jemu.

Nie przeszkadzając nic nikomu, gdyż, jak już się rzekło, mówiłem wtedy nic, siedziałem grzecznie i coś piłem, ale, no cóż, po kilku „setkach”, w sposób naturalny, nadeszła i moja kolej.
WodziRyj skupił swe radosne oblicze na mej cichej osobie.  

Już wcześniej miałem go, kur-de, dość, ale co tam, niech sobie brzęczy.
Siłą spokoju z pokoju go przecież nie wyprowadzę.
Teraz sytuacja ciut się zmieniła, gdyż stałem się obiektem jego alkoholowych westchnień, intelektualnych uniesień i prześmiesznych żartów prześmiewczych.  

Wcześniej – jak on do wszystkich – to ja nic.
Później – jak on do każdego z osobna – to ja nadal nic.
Ale teraz – jak on do mnie, to ja – skupiłem się w sobie, sięgnąłem w głąb głowy i w końcu mówię:  

– Kolego, ja w przeciwieństwie do ciebie nie znam się na niczym, niczego ciekawego w życiu nie robiłem, nie mam dobrych rad ani ciętych ripost, w żartach słabym, a jedyne, czego się nauczyłem, to okrzyku…
– Okrzyku?
– No tak, wiesz, trenowałem sztuki walki, a ponieważ byłem dość słaby w te klocki, dlatego jedyne, czego się tam nauczyłem, to właśnie okrzyku…
– A to ciekawe. Jakiego? Może zademonstrujesz? – i Ryj wodzi triumfalnie konspiracyjnym wzrokiem z lekkim półuśmieszkiem typu „paczta teraz, będą jaja od wieśniaka”
– Dobrze, proszę bardzo: SPIER-DA-LAJ!!!

2 myśli na temat “Nie ma takiego miasta – Lądyn

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑