Blue Monday

Blue Monday, taki, w tłumaczeniu na nasze hmm… Poniedziałkowy Dół?
Najdepresyjniejszy dzień w roku.

Dobra, wiadomo: żeby dni były coraz dłuższe któryś musi być najkrótszy, skoro tak, jeśli ma być już tylko lepiej, ok, niech ten dzień będzie najgorszy.
Niech przybędzie, pobędzie i wybędzie, z głowy będzie.
Nawet dobrze się składa, że to na początku roku. 

Było tak…
Jadę pięćdziesiątką, pomimo ograniczenia do 50. Przekora taka Polaka.
Droga długa i prosta jak pas startowy dla Wahadłowców, czyli 4572 metrów z dobiegami po obu końcach – 308,4 metra każdy.

Pusto wkoło, a ja 50…
Prosto z przodu… a ja 50!
Ruch drogowy jak intelekt w internecie – ilości śladowe – a ja? 50!
50 i ani centymetra więcej, był Blue Monday, co ja się tu będę wychylał.

Jadę i dumam nad tymi skomplikowanym obliczeniami dzięki którym udało się ustalić kiedy to ten Superdepresant występuje i to z dokładnością co do dnia!
Jakie głowy nad tym się pochyliły, jakich komputerów kwantowych instalowanych gdzieś w próżni użyto, ile na to poszło energii atomowej – tak wyliczyć!
Majstersztyk.

To jest panie Technika! Na to są specjalistyczne wzory, za to się płaci sumy bajońskie. 
Ale zawsze mówię, że warto.
Gdyż jaka to wygoda dla ludzkości, jakie ułatwienie i udogodnienie tak wiedzieć, przygotować się wcześniej – nakupić wódki, spożyć ją bez wyrzutów bo i powód ważny, a potem już z górki.
Acha, i ogórki!

Wystarczy przetrwać, a to tylko parę godzin, ograniczyć wydatki energii do minimum, oddychać ino ino, a diesel przy tej prędkości też paliwo wącha ino, i nie mówi się ino, ino „tylko”!
Nagle z tej zadumy nad losem wytrąca mnie podmuch wiatru, aż Mi_ rzuciło na pobocze!

Brrrrrum, to obok przymknął z prędkością dostępną jedynie startującym Wahadłowcom oraz Tuningowanym Golfom, tuningowany golf. Czwórka chyba.
Biały cały, wydechy wielkie jak komory turbin silników Jumbo Jetów, tych co wahadłowce wożą, na bokach fantazyjnie piękne nadruki jak tatuaże na przedramionach Silnorękich.
A skomplikowane opisy zastosowanych technologi: GTR, DPF, TDI, Monotlenek diwodoru, DHMO… mignęły mi tylko na jego tyle. I tyle.

Już nikł z oczu, hen tam z przodu. Na końcu naszego „pasa startowego” jeszcze ciasnym skrętem Zawodowcy spod Tesco wszedł w zakręt i znikł.
Uspokoiłem tor jazdy i nerwowe komórki, ustabilizowałem skołowany obłędnik, i dalej, refleksyjnie, w stylu „na Poniedzielskiego”, pojechałem dalej.

Zazdro mnie lekkie ogarnęło – bo kurka, taki to ma dobrze, wylane ma na Blu Mondaje, wielkie są u niego jaje, ile może zapodaje i depresji nie poddaje.
Minęły całe wieki kiedy i ja dotarłem do owego zakrętu, potem był sobie chwilę las, następnie kolejny zakręt, a za nim? Co stoi?

Stoi Golf, a za nim… Mondeo stoi, taki Ford modnie przystrojony niebieskimi migającymi z dachu światełkami, jak niegdyś deski rozdzielcze Volkswagenów co to Niemiec płakał jak sprzedawał.
Stoi i miga.
Ech… Selavi – pomyślałem – that’s right, it’s correct! 

W przyrodzie bilans musi się zgadzać, jedni mają Blue Monady a inni Blue Mondeo.

2 myśli na temat “Blue Monday

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑