1973 roku, 26 lipca, gdzieś wieczorem, w Hongkongu odbyła się premiera „Wejścia smoka”. W Polsce „Wejście smoka” pojawiło się w kinach 22 czerwca 1982 r., prawie dziewięć lat później. Trwał stan wojenny, władze szukały różnych sposobów, żeby odciągnąć młodych obywateli od polityki, a próby z „Czasem Apokalipsy”* jakoś im nie wyszły.
Jednym z bardziej udanych pomysłów była Lista Przebojów Programu III, nadawana od 24 kwietnia 1982 r. Drugim wyjściem było wejście, „Wejście smoka”.
Bilet na „Wejście smoka” kosztował 120 zł, jeśli udało się go kupić, jeśli nie, u konika 400 zł „trzymać w okładce, nie miąć, nie używać, 5 lat będzie służył”.
„Kurier Polski” z dumą donosił, że przed warszawskim kinem „Relax” ustawiła się kilometrowa kolejka, przebijając o 23 metry rekord kolejki po papier toaletowy. Poprzedniego dnia wieczorem zawiązał się tam (przed kinem) społeczny komitet kolejkowy, posiadający na stanie 5 brązowych zeszytów w kratkę, 4 ołówki, pachnącą gumkę do mazania i śpiwór oraz determinację „że po moim trupie”.

W ogóle wtedy były trochę inne czasy. „Ludzie dobrej roboty, bo są nimi przecież”, starali się robić to, co robią – dobrze. Przykładowo jeden z dyrektorów zakładów cukierniczych odmówił zmiany receptury produkowanych wyrobów, gdyż pogorszyłoby to ich jakość. Domy wczasowe budowano w celach wypoczynkowych, a panie biletery…
Panie biletery, gdy film był od lat 18-tu, pilnowały tego zasadniczo, bez wyjątków i z sumieniem.
Tzn… wróć – sumiennie, bez sumienia.
Dlatego dobrze się stało, że „Wejście” miało swoje komunistyczne wejście z lekka opóźnione (podtrzymując chlubne tradycje PKP: „Film jest opóźniony o 4 733 640 minut, opóźnienie może nie ulec zmianie”). Dzięki temu strategicznemu spóźnieniu miałem trochę czasu, żeby – będąc odrostkiem – jakoś jeszcze ciut podrosnąć. Dorosnąć trochę bliżej do tej magicznej, nienegocjowalnej, wymarzonej (no bo kto by nie chciał być dorosły i chodzić spać, kiedy chce, nawet godzinę po dobranocce?) dorosłej liczby.
Siet, ale mimo że czułem się gotowy i ze wszech miar dorosły, to w praktyce trochę mi jeszcze wtedy do 18-tki brakowało i było to widać… niestety. I teraz (tzn. wtedy) zagwozdka: jak wyjść, pójść i wejść na „Wejście”, jeśli nie masz wyjścia i podrobiłeś, ale nawet z podrobiną ziemniakiem legitą nadal nie masz 18 lat i wejścia nie ma?
Panie biletery się z takimi nie certolą, a nie jesteś „pociechą” żadnej z ich koleżanek i nie wymienią twego „wejścia” na talon-asygnatę węglową, lub kilo schabu z pod lady.
Cóż, w zeszycie (taki brązowy, z papieru celulozowopodobnego, w opakowaniu zastępczym) trzeba dokonać pewnych na zimno skalkulowanych obliczeń teoretycznych, aby potem przekuć je w działania praktyczne, tak aby móc się później powoływać na wyższe, może nawet najwyższe instancje, przy których nawet bileterom miękną nogi i zemdlone padają na podłogi: „Pani nie wie, kto jest mój tato!?”.
W ataku desperacji, dysleksji, dystopii i emocji pogryzłem ołówek tak, że bobry robią na tym do teraz szkolenia, ale koniec końców naszkicowałem z błędami i bez dykcji plan, którego już po chwili sam nie potrafiłem odczytać, i jeszcze rozlałem na to w nerwach atrament od chińskiego pióra.
A dobra… rzuciłem tym wszystkim w kąt i poszedłem do mamy.
– Mamo, mogę iść na „Wejście smoka”?
– A idźże…
– O, naprawdę mogę?! (kurde, łatwo poszło)
– A idźże mi stąd, nigdy w życiu, to film jest dla dorosłych, na nowennę byś poszedł!
Tako to się traktuje pączkującą młodzież, przyszłego karatekę, mistrza sztuk podpatrzonych w „Świecie Młodych”, teoretyka, który chce się uczyć od najlepszych praktyki? Tak?!
Oj, to ja teraz nie mam wyjścia. Skoro tak, żeby wyjść na „Wejście”, muszę wyjść, pójść i zadzwonić do ojca. Skoro tak to, to do Taty!
Wtedy, droga młodzieży (Apple! Zrób coś z tymi cenami), nie było, że wyciągam komórkę „Memory fajf, Siara, i wszystko jasne”. Wtedy trzeba było się udać z bilonem do „Budki”. Taka zielona, popisana, z wybitymi szybami „Telefoniczna”. Akurat była jedna niedaleko, zakosiłem więc bilon z portmonetki od niechętnej sponsorki i poszedłem.

W środku srebrny automat z okrągłą tarczą i cyferkami oraz z urwaną słuchawką. No dobra, w sumie… było do przewidzenia. Od razu mogłem iść do następnej. Jest następna, i słuchawka też… nie ma sygnału.
To do następnej, gdyż w życiu nigdy nie należy się poddawać, a siedzenie i martwienie się jest jak bujanie w bujanym fotelu – niby coś robisz, ale do przodu cię to nie posuwa.
Dobra, jest budka, dobra! Słuchawka, sygnał, ale z nerwów zapomniałem numeru telefonu na zakład do ojca, a książki telefonicznej w „budce” nie ma (jeśli w ogóle kiedykolwiek była, to pewnie ktoś przedsiębiorczy zabrał i zdał na makulaturę, by uzyskać przydział na pozakolejkowy papier toaletowy lub zużył ją w jego charakterze).
Wracam do domu, spisuję numer przezornie na ręce i na przedramieniu chińskim piórem (takie bordowe ze „złotą” skuwką – wyjątek). Wracam do budki, dzwonię, czekam 15 minut, aż ojciec w trybie pilnym zostanie ściągnięty gdzieś tam z terenu i już po 25 minutach:
– Halo?
– Tato, mogę iść na „Wejście smoka”?
– Możesz… pi… pi… pi…
– Halo? Halo?! Halo tato, tato? Obywatelu, jesteście tam jeszcze?
Nie ma, już poszedł. Ta, Ten To się w tańcu nie pergoli, no ale… jest zgoda!
Wieczorem, czyli po południu, przed 16, ubrany jak struś w Boże Ciało, a przejęty jak spółka na azjatyckim rynku, wychodzę, idę i wchodzę do kina. „Wchodzę” to taki eufemizm na „zostaję wciągnięty i przeciągnięty przez dziki tłum koneserów bestsellerów, przyszłych mistrzów karate, światowców i ludzi szerokich horyzontów”.
Kasa na lewo od wejścia i już z daleka doskonale czuć tę atmosferę… ludzie po robocie umyć się nie mieli czasu. Poza tym to nie jest dzień kąpielowy, nie sobota, a „Old Spajsa” się wtedy na co dzień nie używało, bo drogi i jeszcze w Polsce niewynaleziony.
Narodu przybyło jak – na mecz Ruchu z Realem Madryt – miliardy, chyba ze dwa. Zapach ujemny. Bilet albo śmierć! Dobra, to śmierdź.
Gdy przyciśnięty do szyby — czekając i dumając, czy wyjdę z tego pocięty i razem ze szkłem, przez okno, czy się nie dam i drzwiami, z biletem — rozmyślam nad kruchością szkła i życia oraz obliczam, jaki nacisk powierzchniowy i jak rozłożony spowoduje, że szkło oraz młody ja pozostaniemy w jednych kawałkach.
Po długiej walce, przemieszczaniu się w stylu „na celebrytkę” (jak glonojad) i „po egipsku” (z profilu), ale nieodpuszczeniu i litościwym gówniarza dopuszczeniu, w końcu kupiłem, dostałem, zdobyłem! Mam!
Zostawiam zrozpaczone niedobitki spóźnionych pechowców, tych, co jeszcze liczą, że może kupią bilet na 19-tą. (Nie wiedzą, że może i kupią, może nawet na 19-tą, ale na pewno nie na ten film). Przez lobby pakuję się do foyer. Ech… jest elegancko, glamurowo, wielkoświatowo.
Reszta publiki, po „zrobieniu” kilku piw w okolicznym parku, ze swadą chłoporobotniczą weszła już na salę projekcyjną. Tu się w końcu oddycha – smród przemieścił się za nimi. Pluszowo-welurowe otomany stoją rozłożyście, plakaty z wielkimi produkcjami PRL wiszą na ścianach, a wykładziny, tylko z lekka poprzecierane, zaległy u mych stóp. Story są klimatycznie zasłonięte. Całość tworzy atmosferę wielkiego, niemal jak z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, story, sory – kina.
Wchodzę w drgawkach adrenaliny, emocji i młodości… Oj, ależ się będzie działo!
– Bilet…
– Proszę – z dumą podaję bilet wydarty paszczy śmierci.
– Ale ten film jest od 18 lat!
– Ale mnie tato puścił!
– Ale co mnie to obchodzi?


takie to czasy były.
można powiedzieć że „głód” w nas rozwijał twórczość.
Dobry tekst, zdjęcia również
PolubieniePolubienie
Można tak powiedzieć, tekst mój (czy dobry nie wiem), zdjęcia wiadomo – kradzione
PolubieniePolubienie