
[1124 słowa, 6 minut czasu czytania]
Na Cyprze, gdzieś w okolicach południa, jednego z Cyprysów dopadła nagła potrzeba drzemki. Takich sytuacji nie wolno lekce sobie ważyć, należy natychmiast zwolnić, zatrzymać się, przyjąć stosowną pozycję – czule obejmujesz kierownicę, układasz bokiem swe umęczone oblicze na tych objęciach – i oddać się sjeście. I on nie zlekce sobie tego zważył, nie przejął się, że jest w pracy, ale pozycję przyjął i zasnął… Tak jak jechał, tak się zatrzymał i elegancko, żeby nikomu nie przeszkadzać, połową pojazdu na poboczu, a drugą połową w krzakach zaparkował i uciął sobie drzemkę na środku ronda.
Dzisiaj, o barbarzyńskiej 5:15 w nocy, której to godziny dawniej używano tylko do napadów na państwa ościenne, a teraz do proimprezowych inwazji na McDonald’s, jechałem pustymi ulicami, gdy kogoś też dopadła nagła potrzeba drzemki. Nagła, bo kierowca dopadnięty tą potrzebą, jak się już z rozmachem zatrzymał, to kilkadziesiąt metrów dalej, i w myśl uświęconej tradycji – częściowo na drodze, a częściowo w fasadzie czyjegoś domu, oraz po ułańsku, fantazyjnie – kołami do góry.
Dlaczego to było BMW? A co niby mogłoby to być innego?
Nie rozumiem zupełnie tego fenomenu. BMW to są naprawdę wspaniałe maszyny, stworzone dla ludzi, którzy kochają jeździć. Wychodzi jednak na to, że kochać to mało, trzeba też umieć.
BMW ma dość mocno zszarganą opinię. Zaczęli filmowi bandyci, pseudomafiozi w czarnych skórach z przykładowego Pruszkowa. Jeździli tymi przysadzistymi czarnymi be-em-ami na ekranach, wyczyniali tam cuda, złoczyniąc. Patrzyć na to było i śmieszno, i straszno, ale się utarło, a paru amatorów wzięło z nich przykład w realu.
Następnie do BMW wsiedli biznesmeni, żeby pokazać, na co ich stać. I chociaż nie zawsze było ich na nie stać, to dobrze było się w nich pokazać. A umiejętności i kultura na drodze bardzo często nie szły w parze z możliwościami linii leasingowych i „osobistom kulturom osobistom” oraz były odwrotnie proporcjonalne do mocy pod „maskom”.
Narobili dziadostwa na drodze nie raz!
Czas, kilometry oraz ceny zużytych bemek leciały, aż nadeszła pora Miszczuf spod Tesco. Śmigając pojazdami starszymi od siebie, ściągniętymi jako szrot z zagranicy, siali zamęt i zniszczenie nie tylko na pustych placach (bo to coś ma napęd na tył, a Miszczuf innym nie jeździ).
To, że takie BMW ma minimum 23 lata i kosztuje mniej niż rower, gdyż jego wartość jest adekwatna do stanu technicznego, to bez znaczenia. I tak wiadomo, że nie ma kasy na naprawy, zresztą… kto by inwestował w taki złom.
Cóż, nie bez powodu to młodzi mężczyźni stanowią większość laureatów Nagrody Darwina za wyeliminowanie z populacji swoich genów w wyjątkowo kreatywny sposób.
Dorzućmy do kompletu nieustające wiadomości o wypadkach na drodze z BMW w roli głównej i już – opinia została ugruntowana.
Nim się obejrzeliśmy, etykieta została – tu mówię z całą Mi_mocą – mocno krzywdząca dla wielu normalnych użytkowników tych M-ega pojazdów.
Te auta są i ładne (chociaż nie ładne, co ładne, tylko co się komu podoba), i doskonale się nimi jeździ (jeśli się umie i ma gdzie).

Kiedy napęd jest gdzie indziej (z tyłu) niż sterowanie (z przodu), to naprawdę, pomimo wszechobecnych systemów wspomagania „systemów minimalizowania problemów”, trzeba umieć.
Ja, jeśli mowa o BMW, największą słabość mam do M5 i krótkometrażówek „The Hire”.
BMW M5 to diabół, a The Hire z Clivem Owenem, Madonną, Beastie Boys i Guyem Ritchiem to lektura obowiązkowa (sprawdź na YT łatwo zajdziesz).

I tak, wędrując kiedyś przez nasz zadziwiający kraj trzech darmowych autostrad i sześciu różnych systemów za nie płatności, zobaczyłem duży folder reklamowy:
„DNI OTWARTE! Przyjedź, Wstąp, Zaglądnij! Nie Pożałujesz!
Pojeździsz BMW M-Performance M2, M3, M4 i NAJnowszym M5!
Przewidziano atrakcje, konkursy oraz nagrodę!
Otwieramy we CZWARTEK, ale nie zawracaj rano tyłka o CZWARTEJ!”
O kutwa, naplułem do kawy! Naprawdę? Mogę pojeździć M5, nowym BMW M5? Tym skrytotajnym poskramiaczem Subaryn spod świateł?
Jeśli tak, skoro jest okazja, żeby pojechać, pojeździć i się przejechać, to pojechałem.
A wcale blisko nie było, proszę ja Ciebie!
Kiedy dotarłem na miejsce, widzę, że faktycznie: ludzi dużo, baloniki, ozdóbki, ładne i że mają rozmach, a babeczki też niczego sobie. No, te do jedzenia!
Impreza się kręci, hostessy się kręcą, naród się kręci, lody nie, a pogoda do jazd wymarzona – dzień słoneczny, bez opadów, drogi suche, temperatura umiarkowana, na Sanie ponoć przybyło.
Zacieram ręce z radości: „Oj, będzie jeżdżone, oj, będzie! Bo jeśli ktoś jeszcze nie wie, to ja trochę lubię jeździć!”
Oglądam te całe M2, M3, M4… Cóż za wspaniałe auta, aż się rwą do jazdy!
Do wyboru: sedany, coupé i sport – taki i siaki, i owaki!
Carbony, Alcantary, Spojlery i Slicki.
A M5? – A właśnie, a gdzie M5?!
Coś go nie widać. Ach, no pewnie, że nie! Przecież to jest nowość, w dodatku rodzynek. Czy kogoś to dziwi, że zapewne ktoś, gdzieś, tam – jeździ?
Dzień z „M” trwa, chociaż ja i tak jestem lepszy – ja mam już dzień z M. („M.” kryptonim opresyjny… tfu, operacyjny Mi_żony) i to od wielu lat.
Ale wracamy na salony.
Gdzie się nie ruszysz – „M”-carsy. Możesz wsiadać, odpalać, niektóre stoją pod dachem, żaden na dachu, a wiele sztuk gdzieś tam, na zewnątrz się kręci i jeździ i nęci.
Piękne panie stoją po kątach. Jak stare Polonezy opuszczone, porzucone i mocno zazdrosne, coś piszą zajadle na smartfonach swymi hybrydami. Nudzą się jak mopsy i podoba im się raczej średnio – klimatu nie czują zbytnio, no ale przecież musiały przyjść.

Rozgorączkowani panowie tego jednak nie widzą. Ci mają obłęd w oczach i języki przygryzione zaschłymi z wrażenia wargami. Oni, dla odmiany, pełna ekstaza, poczucie klimatu i wzajemne zrozumienie.
Liczą, ile mogą oddać nerek za wydech rasowany i jak przekonać do zdania sprzętu narzeczoną.
Już dumają, czy jedno płuco może wystarczyć do życia, bo co prawda, to fakt — bez takich kutych, 21-calowych felg na pewno dłużej żyć się nie uda.
Wszędzie „M”, gdzie nie spojrzę — „M”, a jak spojrzę, też: M-Power, M-Cars, M-Design.
Normalnie jak w domu (w domu też mam „M” – taką ma ksywę moją żona – przypis aut.).
Nawet jakieś 760 M-Coś-Tam-Za-Milion stoi sobie majestatycznie na środku.
Ok, wszystko fajnie, ale proszę pana sędziego, gdzie jest moje M5?
Bo mimo tych wszystkich pięknych „M” — dla niego tu jestem! Kilka setek kilometrów przejechałem, żeby się przejechać, więc się nie rozglądam, lecz czekam, bo chcę pojeździć.
Czas płynie, ale nikt nic nie wie.
„Chyba gdzieś ktoś pojechał, zaraz ponoć wrócą.”
„Pewnie w końcu będzie.”
„Jazdy testowe jakieś trwają, intensywne!”
Tak czy siak — tu nie ma, cały czas nie ma.
I przepraszamy, ale dokładnie to nie wiemy.
Dzień z M-Power mija, a M5 omija mnie.
Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie.
Clive Owen und Time Over!
Dzień się kończy, więc postanawiam: koniec tego pieszczenia lakierów, kierownic i siebie.
Idę stanowczo zapytać do recepcji. Niech tam zapytają głównego zarządzającego tą imprezą — mistrza ceremonii!
Poszedłem i grzecznie, z lekką tylko nutą asertywnego nacisku, mówię:
— Przepraszam bardzo, a BMW M5 to gdzie jest?
— Nie wiemy, bo wie pan, mieliśmy tylko jedno i parę dni temu się sprzedało!


sprzedało, hahaha.
A szwagier mówił, że na serwisie bo cóś odpadło
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Aha, czyli w jajo mnie zrobili… tradycyjnie
PolubieniePolubienie