Dolce Vita

[560 słów, 3 minuty czasu czytania]

Chyba czas na kawę. Wschód słońca już za mną. W przenośni i dosłownie, bo i za plecami, i słońce ponad horyzontem wysoko już. Jadę gładką, idealnie równą drogą. Wczesny ranek gdzieś na południowych rubieżach kontynentu. Takie miejsca na takie wyprawy, nieważne – w Europie, Afryce czy Ameryce – są najlepsze.

Na te okoliczności nie ma wspanialszych przyrody okoliczności: po lewej morze, we wszystkich kolorach morskości, ciągnie się po horyzont, po prawej skały, pokryte każdym znanym ludzkości (pominąć mężczyzn, ci znają tylko ładny, brzydki i pe… i różowy) kolorem zielni, lgną do nieba.
Pusto, można bez wyrzutów i konsekwencji ciąć zakręty, trafiać idealnie w wierzchołki łuków, wpadać w kontrolowane poślizgi, kręcąc tyłem jak rasowa modelka. Ale nie, nie robię tego. Jadę spokojnie, delektując się każdym kawałkiem asfaltu, każdym łukiem, gdyż prowadzę stal, skórę i konie mechaniczne obleczone w czyste srebro.

Żadnych wspomagaczy, komputerów i plastików, a za muzykę służy odkręcone okno i lekkie przegazowanie silnika od czasu do czasu, gdy dźwięk, odbijając się od skał, wraca falą muzyki lepszej niż najlepsze wykonanie dzieł Mozarta.
Dla ignorantów, żyjących w pułapce marketingowego przekazu, najbardziej liczy się moc, prędkość maksymalna i przyspieszenie. Cechy na poziomie dialogów z filmów serii „Fast and Furious”, a takie, jak mały moment bezwładności wokół osi pionowej, nadsterowność czy podsterowność, to rzeczy z pogranicza zaawansowanej fizyki kwantowej.

Ale co tam, zostawmy „szybkich”, niech śmigają podświetlonymi na zielono podwoziami z nitroturbognojami pod maską. Wystrzeleni w tych swoich zabawach, z uszkodzonymi od szybkiego startu szyjami, są na pewno też „i wściekli”.
Zapewniam, każdy z nich chciałby się ze mną zamienić w tej chwili, chwili świadomego posługiwania się maszyną klasyczną, doskonale niedoskonałą i nieskończenie wspaniałą w swoich brakach!
Silnik cudownie mruczy, a droga wije się wzdłuż wysokiego brzegu.

Ściśnięty między obijanym wściekłymi falami klifem a ścianą skał, przemykam, prąc do przodu i smakując każdą chwilę. Ciepła bryza wpada przez odkręcone okno i miesza się z dźwiękiem V12. Temu silnikowi z 1967 r., o pojemności 3286 cm3, nie jest obcy śródziemnomorski styl bycia, ponieważ większość swojego życia spędził właśnie tu. Jego właściciel uwielbiał szybką jazdę, więc 300-konne auto na pewno było dobrze wykorzystywane i zapewne nie zawsze w najlepszych warunkach.

Jadę! Nie, nie jadę, przemieszczam się w czasie i przestrzeni cudem inżynierii na kołach, Ferrari 275 GTB. To już od dawna nie jest pojazd do jazdy, być może nigdy nim nie był i tylko omyłkowo ktoś w tym celu barbarzyńsko z niego korzystał. To jest dzieło sztuki i tylko dla takich chwil się żyje, żeby podziwiać. Skórzane fotele obejmują cię jak ukochana, mocnym, ale przyjaznym łukiem swoich ramion. Drewniana, wąska obręcz kierownicy idealnie przenosi wszystkie drogowe informacje, bez pośredników, sztucznych dodatków.


Bez udawanego pomagania przy pomocy wspomagania. Ręczna skrzynia z ciężko, ale precyzyjnie wchodzącymi biegami, pozwala na kontrolę obrotów i momentu. Relikt czasów, kiedy człowiek, jeśli umiał, decydował o wszystkim.

Przemierzamy tę granicę między morzem a niebem jak dwa srebrne rekiny patrolujące swoje terytorium. Jest coś hedonistycznego w prowadzeniu zabytkowego V12 wzdłuż wybrzeża, ale nie w brutalny, ostry, rozpustny sposób.
To jak szczytowa elegancja, czysta mechaniczna doskonałość i niezrównane piękno.
Dolce Vita! Jak Słodkie jest ży…

– Żesz Ty! Ej… co się tak wijesz pod to kołdro jak ryboskazaniec w siatce przed wigilio? I pospane! Koszmary miałeś? Już piąta? To wstawaj, skoro cię dręczą majaki jakieś, odgarnij śnieg z chodnika i odśnież samochód przy okazji. Miłego dnia! „Zenek, wstań, śnieg na dworze! Zenek, wstań, bo ci przyłożę…”

2 myśli na temat “Dolce Vita

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑