Murek

[697 słów, 4 minuty czasu czytania]

Bond, James Bond, jaki jest, pewnie nie każdy widział, ale każdy mniej więcej wie. T(f)ajny agent od dostarczania rozrywki.

Kilka godzin niewiarygodnych, kolorowych, okraszonych pięknymi widokami i dobrą ścieżką dźwiękową quasi-romantycznych fantazji. Ot, świetna zabawa i nic więcej. Agencje wywiadowcze promujące zachodnie wartości, pokazujące, jak powinny wyglądać służby szpiegowskie, zawsze wygrywają.

Pan Fleming nieustannie puszcza oko. I ok.

Aż tu pewnego dnia Le Carré wchodzi „z buta”. Jego książki zszokowały wszystkich, pokazując prawdziwe, chociaż zmyślone, przygody agentów praktykujących brudne i bezpardonowe zagrywki taktyczne w imię bezpieczeństwa narodów, nie zawsze demokratycznych.

Trudno się dziwić, był jednym z nich. O tak, ten to potrafił człowieka związać fabułą, rozbroić postaciami, sterroryzować dialogami, a na koniec obezwładnić puentą.

Jedną z lepszych, nazywaną nawet „najlepszą powieścią szpiegowską wszech czasów”, jest Ze śmiertelnego zimna. Dlaczego o tym wspominam?

Bo w pewnym mieście, w niej wspomnianym, schludnie podzielonym, praktycznym eksperymencie „na żywej tkance” różnych wizji społecznych, tyglu gotujących się emocji, miksie historii i niezrozumiałych decyzji ludzi z wizją, mających taki rozmach, że potrafiących z dnia na dzień, w środku Europy, postawić mur – sprawy nagle przybierają nietypowy obrót.

W Berlinie Mur runął. Chwilę stał, ale jak wszystko, w co święcie wierzę, co pojebane i stworzone w mrocznych, obłąkanych ludzkich głowach, trafił go szlag.

Wtedy właśnie, gdzieś w czasie obalania Muru, tylko że gdzie indziej, miała miejsce akcja jak ze świata agentów specjalnej… troski.

Przechodząc obok bloku (mieszkalnego) kolegi i widząc, że jest u siebie (świeciło się światło), postanowiłem go odwiedzić.

„Wszedłem” więc do niego. Tak się wtedy robiło – nie było telefonów pod ręką, żeby zadzwonić i dowiedzieć się, że teraz to nie, że może innym razem. To były takie czasy. Żeby się z kimś spotkać, trzeba było do niego pójść! A jak go nie było w domu, to trzeba było go poszukać! I cieszyłeś się, gdy ktoś ci pokazał kierunek, w którym on poszedł.

Ludzi, mimo braku nielimitowanego internetu, sms-ów, WhatsAppów, Messengerów, e-maili, wideokonferencji i telefonu przy każdej dupie, się odwiedzało.

Jak to było możliwe? Po prostu – przy okazji, bez przygotowań, specjalnych zaproszeń i wcześniejszego dzwonienia, gdyż zadzwonić to sobie wtedy mogłeś… 2 x w parapet.

A teraz?

Wpadłem więc w odwiedziny, a w ramach uproszczenia procedur „wszedłem jak stałem” po balkonach. Oj spokojnie, to było tylko 3. piętro. Myk, myk i już jesteś. Cóż to jest dla wysportowanego nastolatka z nieograniczoną wyobraźnią? Nic nie poradzę, że miał pokój po przeciwnej stronie drzwi!

Zapukało się w okno, gospodarz otworzył, powieka mu nawet nie drgnęła (jak to u zajebistego twardziela):
– A zapraszam, zapraszam! Wchodzić, wchodzić, nie ma co tak stać na krawędzi, jeszcze się spadnie no, i przeciąg jest.

Od tego czasu minęło wiele lat, kiedy więc przydarzyła się okazja, by uczcić ten wspaniały czas obalania murów i przeskakiwania barierek – postanowiłem skorzystać.

Przejeżdżam właśnie nieopodal i myślę: Zrobię niespodziankę, wpadnę, jak to onegdaj bywało – niezapowiedziany i niespodziewany. Po pierwszym szoku może będzie nawet i śmiesznie. Szybka kawka i bon ton, lecę dalej, nie przeszkadzam, pardon.

Osiedle piękne i strzeżone. Płoty, zasieki, barierki, a budka strażnicza w stylu dopasowanym. To jest porządna dzielnica, tu porządek i bezpieczeństwo to podstawa, i za coś się w końcu płaci!

Podjeżdżam przed szlaban, opadnięty:
– Dzień dobry, pan do kogo? – trzeba przyznać, strażnik kulturka!
– „Służbowo, na statek”!
– A „Miś”, Bajera! Znam, znam.
– No tak, brawo, z tym że nie, ale nieważne. Ja do Pana XYZ, niespodzianka.
– Umówiony?
– Słucham?
– Czy jest pan umówiony?
– A co to pana Szwajcara obchodzi?
– Obcych na teren nie wpuszcza się. Muszę zadzwonić i zapytać, czy mogę pana wpuścić.
– Człowieku! To ma być niespodzianka! Jak mamy go mile zaskoczyć, gdy będziemy dzwonić i pytać, czy mogę wjechać? Co to jest w ogóle, audiencja u Papieża?
– Proszę pana, to osiedle strzeżone. Nie ma pan pilota od bramy, a ja wykonuję tylko swoją pracę, proszę mi nie utrudniać. Nie wpuszczę pana na teren bez wyraźnej zgody właścicieli. Mam całą gromadkę dzieci i kredyt z WIBOR-em, ja nie mam wyboru.

Klomby, wozy i powozy, kostka brukowa, sznyt i styl, ładnie, ale do tego domofony, kamery, skanery, lidary, ochrony i kordony.

Cholera jasna, ależ się ten nasz lokalny świat zrobił niebezpieczny, a kiedyś to się mury burzyło.

Lubię Berlin. Dobra, wiem, brudny, ludny i pełen Niemców… ale przypomina mi, że wszystko jest możliwe.

4 myśli na temat “Murek

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑