„To tylko numer”

[919 słów, 5 minut czasu czytania]

Jak zapewne nie każdy doskonale wie, 5 października jest dzień Bonda. Jamesa Bonda.
No, tego tam gościa, co od ponad 60 lat hurtowo, na licencji, killuje wrogów, przy okazji ratując świat.
Znany znawca kobiet, alkoholi, broni i sztuki (w tym walki).

Od wielu lat i 25 odcinków śledzimy te niewiarygodne przygody w stylu „Nieśmiertelność high level”.
Z podziwem i zazdrością obserwujemy, jak o 3 w nocy, prosto od stolika do bakarata, kładzie się spać i jeszcze nie zaśnie a już się ze 6 razy obudzi po czym wstaje uśmiechnięty, niewymięty i wypoczęty o 3.15 nad ranem.

Co sam osobiście widziałem – nigdy rano nie jedzie mu z ust, i nawet jak dłużej pospał, ale wstał, to i tak w koszuli prosto z krochmalu wyjętej, a kantką spodni mógłby obierać jabłka, ścinać głowy wrogom lub się golić (gdyby musiał, ale nie musi, gdyż ogolony jest zawsze).

Siedzimy, z wypiekami śledzimy i widzimy, że coś się zmienia. Z biegiem czasu, przez te wszystkie lata życia na krawędzi, palenia jak smok, picia tylko drogich, ale za to w dużych ilościach, alkoholi, sukcesów i ekscesów seksualnych rodem z Ludwikowego Paryża i Katarzynowej Rosji, krwi, co hektolitrami przelewa, widzimy, że dojrzewa.

Bon vivant, niepoważny żartowniś, co wszystko ważył sobie lekce, podszczypywacz kobiecych serc, zaczyna rozumieć, że nie zawsze ten garnitur musi być nieskazitelny, że nawet starszą toyotą da się dobrze rozwalić wrogów.

I kiedy w końcu nauczył się robić naleśniki, zauważył, że nóż może być też użyteczny w kuchni, oraz kiedy, jak człowiek cywilizowany, próbuje spać do 8… wtedy umiera.
Z jednej strony trochę bez sensu… bo Bond umiera? Ale z drugiej, każdy przecież kiedyś umrze, a jak już się musi, to dobrze jest mieć za Co i w imię Czegoś.

Dobra, zdarzyło się, trudno, ale umieranie zostawmy jego wrogom, gdyż na bank Bond Will Return, a ja tu nie o tym. Ja tu mówię, że póki się żyje, to każdy może być jak Bond. James Bond!

Tak, jeśli sięgnąć głębiej, wyjść poza tę ekranową powierzchowność, luksusowe błyskotki, niewiarygodne wyczyny i te wszystkie dziewczyny… Pomijając powyższe, Bond jest miłującym swe rzemiosło rzetelnym rzemieślnikiem, solidnym zawodowcem, poważanym, choć nie zawsze poważnym, pracownikiem.

Fachowcem światowej klasy.
Kimś, kto przedkłada jakość nad ilość.
Przyjacielem, który istotnie nie ma zbyt wielu znajomych, ale za to potrafi ich solidnie pomścić.
Jednoosobową Działalnością Globalną, która sprawy zlecone zawsze doprowadza do końca.
Człowiekiem, na którym można polegać, który, choć czasem nas zwiedzie i w dziwne strony los go powiedzie, to nigdy nie zawiedzie.

A wszystko to z czym? Z lekkim uśmiechem na ustach i celną ripostą oraz okiem.
Przecież każdy może, a nawet powinien, taki być!

I nie chodzi o to, aby nabyć drogi zegarek, wypasiony wóz, kontener broni czy modny garniak!
Każdy zegarek, nawet Omega, w złożeniu i po założeniu służy do pokazywania czasu.
A Aston Martin, jak każde inne auto, nominalnie nadaje się do przemieszczania.
I nawet cud garnitur od Toma Forda, po konkretnej wymianie argumentów siły z interlokutorem agresorem, będzie tak samo wymięty, jak ten od p. Tomka z forda.

Killowanie waltherami czy innymi berettami to też nie jest ta droga, o której tu mówię.
Nie o to chodzi, żeby iść i „zdejmować klamką” kogo popadnie, na potęgę.
Może światowej klasy zawodowiec z licencją to tak, i na filmie to nawet wychodzi dość zgrabnie, ale normalnie zabijanie nie jest fajne. Jest takie… bezsensownie ostateczne. I brudne.

O ileż lepiej jest, zamiast tak brutalnie zabijać, elegancko młotkiem przetrącić komuś kulasy, dyskretnie złamać kilka palców drzwiami lub, czy… ja wiem? Przetrącić nerkę sztachetą?
Jak delikwent będzie wył z bólu, sikając krwią przez miesiąc, to będzie miał czas i okazję, żeby się dokładnie nad sobą zastanowić. Może coś zmieni w życiu, a tak? Zamienić wroga w kawał mięsa… I co on z tego zrozumie?

Przypominam przy okazji, życie to nie film. Jak idziesz „na robotę”, załóż kominiarkę!

Naprawdę dużo nie trzeba, by być jak Bond.
Ot, wystarczy myć zęby i nogi wieczorem (współśpiąca kobieta ci podziękuje), ubrać się jakość, może być niegarnitur, byle z pomysłem i gustem, i z pewnym fatalizmem, podszytym ciętym poczuciem humoru, podchodzić do rzeczywistości.

Ja wiem, niełatwo jest być wyluzowanym, kiedy zło przyjebuje precyzyjnie, jak w zegarku, co poniedziałek, ale trzeba próbować.
Arogancją jest zakładać, że mamy jakiś większy wpływ na rzeczywistość. Nieraz nie mamy wpływu nawet na to, gdzie są skarpety.

Ona, ta rzeczywistość, opływa nas jedynie, a my możemy się tylko do niej dopasowywać i uśmiechać. Najlepiej lekkim, sardonicznym uśmiechem.
Ot, czasem, z godnością osobistą, i tylko jak zajdzie potrzeba, nie mówię, że co wtorek! Zamiast filmować, stanąć w tramwaju obok tego, kogo tam w danym momencie nie lubią panowie o mało skomplikowanych fryzurach i myśleniu.

Tak, to trudna sprawa, można wtedy dostać w ryj, ale… kurde, za to potem można spojrzeć sobie spokojnie w lustro przy goleniu, żeby być ogolonym, jak Bond.

Jasne, rozumiem też, że ciężko teraz w Polsce pić colę bez alkoholu, ale czasem można, jak Bond, spróbować alkoholu bez coli.
Dobrej whisky bez dodatków się napić, a być może będzie się po tym wstrząśniętym, jakie to dobre, i zmieszanym, że się wcześniej mieszało.

Chodzi też o to, a przynajmniej tak myślę, żeby mówić, co się myśli, i robić, co się mówi. Nawet ponosząc tego konsekwencje… Potem jest łatwiej, człowiek nie gubi się w zeznaniach.

Tak sobie właśnie dumałem, jak tu być Bondem naszym powszednim, gdy nagle coś wybiło mnie z rytmu… „007! 007! Zapraszam!”
Otrząsnąłem się, wstałem i podszedłem do kontuaru – To pan ma numerek 007? Fajnie, c’nie, normalnie jak Bond… hmm. Proszę, oto pańskie zamówienie, hamburger i frytki. Bond apetit, mister!

2 myśli na temat “„To tylko numer”

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑