Spadające Nieba

[1179 słów, 6 minut czasu czytania]
„Jest rok 50. przed naszą erą.
Cała Galia została podbita przez Rzymian… Cała? Nie!
Jedna, jedyna osada, zamieszkała przez nieugiętych Galów, wciąż stawia opór najeźdźcom i uprzykrza życie legionom rzymskim stacjonującym w obozach Rabarbarum, Akwarium, Relanium i Delirium…”
A w osadzie tej nieustraszonej, niejaki Asterix, Obelix i ich kumple, krnąbrni oportuniści, opoje ale dzielne woje boją się tylko jednego: że pewnego dnia niebo spadnie im na głowy.
Tak, dokładnie tak jak oni, czułem się tamtego dnia, kiedy otwarto Tatry Słowackie.
Bo one są zamykane, te Tatry S., na zimę, cztery spusty i ponad pół roku. A potem nagle – niczym monopolowy o 13-tej za PRL, w tych czasach najweselszego baraku w całym obozie, i teraz to już nie wiem, czy słusznie minionych – otwierane.
W dniu ich (Tatr) otwarcia czekałem niecierpliwie jak o 12.55 beneficjenci trunków wysokooprocentowanych ratujących życie poprzez spożycie i uzupełnienie niezbędnego poziomu alkoholu we krwi.
Kiedy – no w końcu! – karteczkę na przedszlakowym szlabanie obrócono na „OTVORENÉ” – wysuszony z tęsknoty, ale przygotowany w pełni profesjonalnie: koszula z flaneli od ruskich z rynku, buty z nubuku z gwarancją nieprzemakalności „pod warunkiem niechodzenia w deszczu”, śpiwór samoobrony z wypełnieniem 100% puchowym typu poliester i gwarancją przeżycia w ekstremalnych warunkach do plus 15 st. Celsjusza i „pod warunkiem nocowania w schronisku” ruszyłem eksplorować, łoić, zdobywać… – Hej Tatry!? Czy Tatry mnie słyszą? Nie macie szans!
Bo dlaczego chodzi się w góry?
Bo są!
Ruszyłem z przytupem! To jest Słowacja, to są Tatry, tu się oddycha…
Cóż, już po chwili muszę przyznać, że ledwie się dycha. Te ich szlaki są tak dziwne, iż słabszego człowieka może tu trafić szlag. Ciągną się ciągle pod górkę i to pod stromą, a kondycja – po zimowym oczekiwaniu wzbogacanym dietą wysokochmielową zawierającą nieśladowe ilości hamburgerów – raczej słaba.
Lecz, podleczony ruchem i wysokiej jakością mieszanką tlenu i innych gazów, już po chwili (czyli bardzo późnym popołudniem), kiedy osiągnąłem możliwie najwyżej położoną przełęcz zdatną do przebycia i się nie zabicia, z tym profi-kicz-sprzętem, było mi już z górki.
Oj tak… schodziło się chwacko, aż nagle i zupełnie nieplanowo, zaczęło się ściemniać. Zaraz potem — dziwne, przecież to czerwiec — zaczęło się też mocno schładzać, a na koniec, gdy z pokrytych naprzemiennie połaciami śniegu i kosodrzewiną, wniknąłem w bory leśne górskie nieprzebrane, niewidoczne niebo zasnuły chmury, a z nimi burze.
Spadł deszcz. Jak u Asterixa, tylko naprawdę – Niebo zwaliło mi się na głowę. Apokalipsa była bliska, zobaczyłem ją z bliska.
Ależ się błyska… hmm… a może to piekło właśnie upomniało się o mą potężnie już zmytą, a nadal nieczystą duszę?
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem, ale wiem — tak właśnie musi wyglądać wycieczka po Piekle: bez rekreacyjnych przejażdżek łodzią po malowniczej rzece Styks, bez powolnego schodzenia do tej nudnej przynęty na turystów — Jaskini Plutona, bez zatrzymywania się po drodze, by kupić karty wędkarskie na Jezioro Ognia.
Przedzierając się przez mroczną słowacką puszczę jak zagubiona duszyczka w poszukiwaniu bocznego wejścia do raju lub wyjścia z piekła, dumam, co tu robić. Bo też, cóż innego, poza zdumionym dumaniem, można zrobić w tak niezręcznej sytuacji?
Ani iść, ani stać, ni się chować, ni turlać.
Idąc przez las o gęstości dżungli Borneo, kiedy wkoło piorą takie pioruny, że niby noc, a jasno jak na słońcu w dzień.
I co ja mam — dumam — zrobić z tymi dobrymi radami Wujka Dobra Rada: żeby się nigdy pod drzewem nie chować?
A idź ty w (zestaw przekleństw) wuju (zestaw przekleństw) z tymi swoimi (zestaw przekleństw) radami!
W dupę se je (zestaw przekleństw) wsadź (zestaw przekleństw) ciulu!
Jak mam się kurwa (zestaw przekleństw) nie chować pod drzewem w lesie, co jest jak bór z czasów Krzyżackich – nieprzebrany – (zestaw przekleństw)?
Cóż, skoro to iglasta dżungla i nie ma różnicy, czy stoję, czy idę pod drzewem, lepiej może iść, może gdzieś dojdę?
Ponoć, jak napisano w papierowej nawigacji „TATRY. Mapa turystyczna”. Podziałka 1:50 000. Rok 1948. Ministerstwa Komunikacji oraz Tadeusza Zwolińskiego. Warszawa Zakopane 1948. wyd.2., papierowa, wielobarwna, składana: „idź prosto w dół, za jakieś 7 godzin skręć w prawo, leź dalej prawym pasem, no jak leziesz? Jak leziesz, prawym leź, a za 4,5 km będzie stara spalona od pioruna, chatka”.
No to poszedłem, bo co tak tu będę sam stał.
Aż w końcu, po chyba stu latach subiektywnego cierpienia w tym góralskim czyśćcu górskim – uprany, ale uparty i nieumarty „doszedłeś i jesteś u celu”.
Gromowładny Zeus musiał spożyć niezłą ilość dobrego towaru i popić sporą ilością okowity, skoro wtedy we mnie nie trafił.
Standardowy Homo Sapiens składa się średnio w 65% z wody, gdy dotarłem na miejsce, niestandardowy Zasapany Homo Tatrus Debilens składał się z wody w 130% plus 100% nieprzemakalne buty nubuk tak przemoczone że nadające się już tylko do wywalenia.
I właśnie to wszystko —> Ci Galowie z 30 Asteriksowych komiksowych tomów, Tatry te Słowackie + Zeus — przypomniały mi się podczas pewnej jazdy, hmm… zjazdy… ekskapady… a może już górskiej przeprawy morskiej?
Najpierw, jak to w górach, było fajnie, widoczki, przesmyki, tu pod górkę, tam w dół, wkoło zielono, kiedy mocnymi nocnymi serpentynami „przed prawym zakrętem zacznij ostre hamowanie i przechodź w lewy dwójkowy pełnym gazem. Na szczycie późno przyhamuj, prawy cztery dnem plus…”
…A potem spadł sobie deszcz.
Nie, nie zwykły sobie spadł deszcz. Znów na dach spadło mi niebo.
Te karpackie zapadłe ciemne górskie drogi, zostały zalane wodą jakby wszelkie gdzieś tam niebieskie otwarto tamy.
Znów, tnąc bez efektu błękitnymi reflektorami przepastną ciemność, przebijałem się przez górskie lasy, a woda spadała z nieba drobnymi kroplami wielkości grochu, po czym gromadziła się na pochyłych łukach, by falami, strumieniami i doraźnie tworzonymi rzekami, zlewać mi drogę.
-Jak się jedzie? – Nie wiem, panie Kapitanie! Na razie halsuję pod wiatr, ślizgając się na falach!
Jazda stała się trudna, gdy silnik wył na biegach źle dobranych, bo nawet skrzynia automatyczna zgłupiała.
Ciemność zasłaniały rozmazujące wodę wycieraczki. Z zamkniętymi oczami widziałbym więcej oczyma wyobraźni.
Kiedy w końcu – osiągnąwszy przełęcz – zacząłem spadać, wtedy zaczęły się prawdziwe igrzyska.
To już niedługo, więc pamiętajmy: Olimpiada to czas międzyIgrzyskowy (aktualnie około 4 lata, jak nie ma epidemii czy coś), a w Paryżu będą Igrzyska poOlimpiadowe (jakieś 17 dni).
Łatwo zapamiętać gdyż „Olimpiada” pochodzi od mozolnego i długiego wspinania się na Olimp (wchodziło im jakieś 4 lata), a „Igrzyska” to takie igranie izabawy (z radości, że się w końcu udało wleźć, i krótkie, bo ile można pić?)
Opony nie wiedziały, czy robić za kajaki, łyżwy czy wyżły.
Drużyna elektronicznych systemów wspomagania mego niedomagania radośnie zaproponowała rezygnację z pełnionych funkcji, a po mojej odmowie – oddaliła się po angielsku, cichutko i bez poinformowania mnie o tym.
Zostałem dzielnym, ale samodzielnym zawodnikiem indywidualnym, pod neutralną białą flagą poddającego się.
Wody, wszędzie wody, przelewały się skosem przez krawędzie jezdni, chluszcząc jak Iggy Pop z włosów na koncercie, a ja?
Parłem, prychałem, płynąłem, spływałem.
Kiedy w końcu pokonałem to wodne piekło w górskim lesie, zjechałem na stację beznową.
Kiedy zatrzymałem się, by odzyskać równowagę, oddech, przytomność, i wylać wypoconą z siebie wodę z gumiaków, ze zdziwieniem zobaczyłem napis, i nagle – gdy poczułem się niczym Twardowski – zadzwonił telefon:
-Hej Mi, gdzie jesteś?
Hmm, gdzie jestem? GDZIE JA JESTEM?! – Po tym wszystkim!? Czekaj… Jestem na S… na S…, a na hellu sobie jestem!
-O, nad morzem? Jak miło, a woda jaka? Ciepła?

2 myśli na temat “Spadające Nieba

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑