[379 słów, 2 minuty czytania]
Kiedyś, wyjeżdżając rano z Krakowa, zauważyłem, że poziom chmur utrzymuje się na wysokości średnioniewysokiego wieżowca. Było zimno, ponuro, zanosiło się na deszcz, a biomet – jak zwykle ostatnio – był zajebiście niekorzystny.
Cholera – pomyślałem – to chmury czy Smog Wawelski unosi się na przechadzkę?
Była sobota, a ten fakt, w połączeniu z niską podstawą chmur (lub smoga), pobliskim lotniskiem i ogólnie napiętą sytuacją drogową, spowodował koincydencję kilku zdarzeń.
Nagle, nad moją głową, nisko wiszące zwały wilgotnego powietrza przebił lądujący samolot. Jak zawsze, zagapiłem się na niego z rozdziawioną gębą i… nie zmieniłem w porę pasa ruchu. Zamiast skręcić w prawo, pojechałem prosto, a potem, bez spowodowania karambolu, już nie mogłem tego zmienić.
Owszem, wiem, dziękuję za podpowiedź – znane są przypadki jazdy pod prąd lub cofania pasem awaryjnym – ale tym razem zrezygnowałem z tej atrakcji i pojechałem dalej. Po chwili bramki wjazdowe na autostradę podniosły się automatycznie i zachęcająco szybko.
Cóż było robić? Pojechałem prosto, a kilkadziesiąt kilometrów dalej, kiedy próbowałem naprawić swój wcześniejszy błąd, zobaczyłem napis: *Gdańsk 495 km*.
Jest taka jedna scena otwierająca film *The Italian Job*. Zrelaksowany Włoch jedzie przez Przełęcz Świętego Bernarda (Alpy) samochodem Lamborghini Miura, smakując każdy zakręt, drgnienie kierownicy na pęknięciach asfaltu, każdą udaną zmianę biegów.
Z praktycznego punktu widzenia to strata czasu – niepotrzebne zużywanie neuronów na coś, co nie zbliża nas szybciej do celu, nie pozwala przewieźć więcej ładunku ani spalić mniej paliwa. Bez sensu, chyba.
Idea jazdy samochodem w daleką podróż wtedy, gdy więcej sensu ma inny środek lokomocji lub trasa, nazywa się *Gran Turismo*. W latach 60. i 70. wybranie się supersportowym samochodem w długą podróż było loterią o mniejszym prawdopodobieństwie trafienia niż zero w ruletce w Vegas. A i tak ludzie to robili – nie dlatego, że lubili rozbierać rząd gaźników w 12-cylindrowym włoskim silniku, ale dlatego, że samochód służy nie tylko do przemieszczania się, lecz także do jeżdżenia.
Widząc ten kierunkowskaz i przypominając sobie tę scenę, uświadomiłem sobie, że z czasem to jest tak: albo my mamy czas, albo on ma nas.
A, pieprzyć to!
Piwo nad zimnym, ale słonecznym, owiewanym coraz cieplejszą bryzą morzem ma unikalny smak.
Cholera, bo czasem warto nie liczyć się z czasem!
Tylko… jak ja to wytłumaczę w domu?
Każdy przecież wie: tylko cienias pyta się żony, czy może iść na piwo.
Prawdziwy twardziel nigdy nie pyta. Od razu wie, że nie może.


a w Bieszczady….jebnąć to wszystko (oprócz żony bo ją trzeba w czółko ucalować)
PolubieniePolubienie
Byłem raz w Bieszczady, przereklamowane, wszyscy pijo pił i jo, więcej nie pamietam
PolubieniePolubienie