Maseczka

[673 słowa, 4 minuty czasu czytania]

Ktoś pamięta te zamierzchłe czasy kiedy poza napadaniem na bank, operowaniem na żywym organizmie i sprawdzeniem, czy jeszcze żywe, a jeśli tak, to zastosowaniem środków przymusu bezpośredniego na młodzieżowych „zwłokach” celem spowodowania posprzątania w pokoju, nosiło się maseczki?

Tak było, nosiło się je na co dzień, mimo że Główny Lekarz Kraju w lutym się z tego śmiał i mówił, że to bez sensu przecież. Ale potem sobie zamówili „Antonowa” maseczek (aktualnie to największy samolot świata) i policzyli, że z rachunku wychodzi, jednak trzeba nosić.
No to się nosiło.

Pracę przeważnie mam taką (wtedy też miałem), że zanim cement w wiadrze zwiąże, ja przekonuję nieprzekonanych, ale dobrze związanych, tak, żeby jednak byli przekonani. W miarę możliwości tak ich zachęcam, żeby po tym przekonywaniu nie czuli się pokonani, mało byli połamani i broń Panie, załamani, a betonem też niezalani. Ogólnie znam się na swym fachu, dbam o szczegóły, jestem skupiony i skrupulatny, lecz, no cóż, bywają takie dni…

Spotkanie z kolejnym nieprzekonanym klientem do przekonania, miałem w centrum dużego miasta. Biurowiec wysoki, miejsca parkingowe pod nim tylko dla posiadających abonament, a miejsc „pod nim” brak. Po minutach nieśmiesznej nieśpiesznej jazdy oddalającej mnie od meritum mej wizyty — dalej brak.

Na szczęście, już jakieś 1,5 km dalej jest: i wolne, i miejsce, i płatne w platynie, ale jest.
Uruchamiam swój plan platynowy, wykupuję miejsce, zgrabna wysiadka wysportowanego gibkiego mego ciała i spacer.
1,5 km z buta, a po drodze dziwne spojrzenia przechodniów.

O co im chodzi? Owszem jestem przyzwyczajony, bo emanuję dziwną do zdefiniowania aurą „Lepiej mnie wkurwiaj”, ale bez przesady, nie w takiej ilości.
Ludzie, nie jestem taki zły, na jakiego z twarzy wyglądam!
Szczególnie jak się mnie nie zaczepia.

Ale dość dumania o bzdurach, bo jest wejście, a przy nim, na połowie ściany różnej maści z 50 domofonowych przyciskodzwonków.
Śmiesznie to wygląda, każdy inny. Dlaczego każdy musi mieć swój i za punkt honoru inny niż reszta?
Nie wiem, pewnie nie ma co namolnym petentom ułatwiać, może się zniechęcą.
Ale dość dumania, bo jednak jest — czyimś zgrabnym pismem nabazgrano – „Firma Kabestany i spółka”.
A tak się składa, że to im wizytę mą dedykuję i składam.

Ding-dong:
– Można wejść?
-A wchodź pan, 5 piętro!
Bzzzzzyyyyyt…

Winda… po naciśnięciu guzika i odczekaniu ciągnących się, długich minut, wiem, chwilowo po mnie nie przyjedzie.
No tak, przecież powiedziano wyraźnie „wchodź”.

Spoko, problemy techniczne zdarzają się windom przecież od starożytności, w dodatku mam nóżki, przeszedłem półtora kilosa, mogę pójść piechotą po schodach.
To wchodzę.

Na 5 piętrze kolejne drzwi, szklane. Tu wielka ulga — mamy tylko pięć firm do rozkminienia.
Ten, kto dotarł aż tu, to wiadomo, że wie, który nacisnąć dzwonek, więc nie są podpisane.
A może były napisy, tylko się odkleiły? Albo spocone po marszu paluchy je zmazały?
Nie wiem, w dodatku nie wiem też tego któryż to.

Naciskam więc wszystkie.
Po czasie określonym jako „kilka Went” wychodzą trzy różnej fajności zamaskowane panie, ale żadna właściwa.
Zaczynam emanować trudną do sprecyzowania aurą wiec jedna się lituje nad sobą i całym jeszcze niespalonym piętrem i nade mną: „A tak, wiem, Kabestany! To ja im przekażę, że pan jest!”
W końcu wychodzi Kabestanowa. Zamaskowana.

Oblewa mnie nagłe ciepło.
– Wie pan, można wejść, ale jakbym mogła poprosić o założenie maseczki. Wie pan… Zaraza grasuje i my się tu boimy. Nie, nie wirusa, sanepidu.
– Ok, to ja może pójdę do auta, bo właśnie sobie przypomniałem, że zapomniałem maseczki.

Aha, teraz rozumiem te spojrzenia po drodze!

Szybka akcja: schody, drzwi, dookoła budynku, 1,5 km do auta.

Jest maska! 1,5 km, do budynku, drzwi, domofon — bzzzyt, schody, drzwi na piętrze.

Kurwa no, nie zapytałem jej, który to ich dzwonek!

Przecież nie będę znowu dzwonił do wszystkich! No, ale co mam zrobić?

Dzwonię! Wychodzi, zaprasza.

Dyrektor Kabestan próbuje mnie wysłuchać, ale oddech mi się trochę rwie w tej masce, no i rundka po schodach po… ile to było? 4,5 km już? Też mnie nie uspokoiła. Coś chyba w końcu zrozumiał, może w oczach zobaczył, bo mówi:
– Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani, jakby pan zostawił wizytówkę, to się odezwiemy.
– Wie pan co? To ja zaraz przyniosę, w aucie zostawiłem…

4 myśli na temat “Maseczka

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑