On z Miasta Town

[ #szosopasta na 639 słów i 3 minuty czasu czytania]

CB Radio to fest fajne urządzenie jest. Z takim to szukać nie trzeba długo, i wiele klechd przy ogniskach z namaszczeniem przekazano o tym jak niejednemu pomogło w trudnej i rzyciowej sytuacji.

Dzięki mu przebrnęło wielu skutecznie przez te całonocne, bezsensownie bezsenne szlaki. Pozwoliło nawiązać nowe relacje, wyładować towar i najbardziej polskie słowo typu „żółć” pozłościć się i popsioczyć.

Legiony całe łatwiej z nim dojechały do swego celu w dżungli miasta i ograniczeń tonażu.

Tak, zdecydowanie można docenić, chociaż sam nie używam. Jakoś tak – jakość i poziom wypowiedzi zasłyszanych tam skutecznie mnie od CB odciągnęły. Byłoby cały czas wyłączone, ale ideę doceniam.

Jadąc kiedyś, jechałem i już po dziurki tej jazdy miałem. Droga, wciśnięta w góry i wyciskana przez nie jak pasta do zębów z tubki, z trudem meandrując między pagórkami, wiła się ciasno jak boa wąż, skutecznie uniemożliwia mi jakikolwiek manewr.

Cóż, co możesz kiedy chłop orze? Oczekując, aż kolejny już traktor zjedzie na pola i umożliwi przyspieszenie do sześćdziesiątki, możesz tylko bębnić po kierownicy, memłać przekleństwa, popalać papierosy i słuchać błagalnego wycia silnika na niskich obrotach.

Czas goni, a ja go już nie dogonię.

W takich właśnie sytuacjach nabierasz dystansu do rzeczywistości. Wtedy dowiadujesz się, że jedyne, co możesz, to nic nie móc – i trwać, piękny i spokojny jak kwiat lotosu na tym pojebanym jeziorze.

Czekasz więc cierpliwie, aż w końcu ta uciśniona droga przemienia się w długą, prostą, dwupasmową – prawie autostradę. „Prawie”, bo mimo aspiracji, autostrada to nie jest i pewne ograniczenia tu obowiązują.

Ale kto, no kto(?) po osiemdziesięciu kilometrach ciśnięcia na piątce, duszeniu silnika jak bąka na przyjęciu, kto po tym nie wystrzeli jak korek z szampana? Nikt! Tzn. każdy!

Ja wystrzeliłem. Nareszcie! Można nadrobić stracony (jak u Manna, Materny czy może Prousta?) czas. Długa, piękna prosta – nabierasz prędkości jak samolot przed startem.

Jeszcze go dobrze nie zobaczyłeś (o ile w ogóle), a już zapomniałeś o tym ostrzeżeniu w kształcie kółka z czerwoną obwódką i cyferkami w środku – „70” na jej początku. Rozpędzasz się bo chcesz lecieć. Jak tu nie lecieć, skoro wystrzeliłeś?

I tradycyjnie, za łagodnym, długim zakrętem natykasz się na zgromadzenie trzech pojazdów, a wśród nich… On – The Best Glina in Town, zachęcająco machający do ciebie lizakiem, stojący dzielnie przy swoim wiernym wozie.

No, to polatane. Ech, fak – zakląłem siarczyście – gdybym miał CB radio, proszę ja ciebie, może by mi się upiekło i by potem tak nie piekło…

Ale nie miałem.

To było w czasach, kiedy mogłeś wysiąść z pojazdu, pójść, pogadać. Wręcz do tego zachęcano spontanicznym: „Zapraszamy do radiowozu”. Czas trafił szlag, szlug, drzwiami trzask. Poszedłem więc. Siedliśmy tam, w ich ciut utytłanym, utylitarnie uniwersalnym pojeździe bez klamek, na sofie pokrytej syntetykiem, który łatwo by zmyć szlauchem, przeszłościowo nie oddzieleni jeszcze szybką z pleksi.

Dysocjacyjnie strategię negocjacyjną oparłem o wzbudzenie litości – byciem tanim i wykorzystywanym finansowo pracownikiem, który ma na utrzymaniu piętnaścioro dzieci i trzy żony w tym jedną swoją, a i rodzice jego i jego kolegów oczekują wsparcia, na dodatek utrzymuje cztery osiedlowe psy i pięć piwnicznych kotów, wspiera remont Wawelu (zależnie od sytuacji może się wspomni że tylko duchowo) i „o ba do jasnej ciasnej!” „no weź psia jucha!” „a jakże mocium panie!” przeklina aktualnie rządzącą partię polityczną, że tak traktuje policję.

Koniec końców – nie z Onym te numery.
Błagalne spojrzenia, branie na dowcip, płacz, próby rozbrojenia żartem… wzięły w łeb.

Więc, sakramentalne:
– Czy przyjmuje pan mandat?
– Tak, bardzo się przejmuję, zdeprymowanym czuję, już nie aspiruję, nie wiem czy żałuję ale przyjmuję.

Wypisane. Żegnam się ciut ozięble, bez cienia ironii i podania dłoni. Wysiadam, a gdy się gramolę z radia CB, pięknie przykitranego tam z przodu, słyszę trzasku trzasku i:

– Mobilki, mobilki, jak tam na ścieżce? Czysto? Miśków nie ma?

A On – The Best Glina in Town, poprawiając paluchem swe przyciemniane, oryginalne repliki Ray-Banów, z nagła werwą chwyta za mikrofon i już nadaje:

– No czołem, ścieżka czysta, dawaj śmiało, możesz lecieć…

I uśmiechając się pod wąsem, radośnie z CB-RadioWozu wylata.

CB to piękna sprawa, ta.


2 myśli na temat “On z Miasta Town

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑