DżemSeszyn

[ #szosopasta na 687 słów i 4 minuty czytania ]

Po ogłoszeniu spektakularnego sukcesu reformy przepisów ruchu drogowego, po pokazaniu, jaka nastąpiła poprawa, jak jest zajebiście i oby tak dalej… władze doszły do wniosku, że jest tak dobrze, iż warto wprowadzić pewne usprawnienia.

Dlatego skrócono czasookres kasacji punktów karnych i przywrócono możliwość ich częściowego anulowania po uprzednim przeprowadzeniu kursu. Ot, kursiątko takie, kilkugodzinne. Krótka teoria i trochę praktyki szlifowania umiejętności hamowania.

Hmm… Skoro było tak dobrze, to po co to tak?

Przecież wyraźnie idzie ku normalizacji, krzywe rosną, Europa trze oczy ze zdumienia, a przy wykonaniu planu pięcioletniego produkcji globalnej ogółem w przemyśle ilościowa produkcja szeregu wyrobów przekroczyła znacznie poziom planowany i wszystkim niedowiarkom my tym działaniem oznajmiamy, że to nie jest nasze ostatnie słowo… i:

„Ucieka od bla, bla, bla
Bla, bla, bla
Bla, bla, bla
Blaaaa, dość już tego ma”

„Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem.” Faktem natomiast jest, że umiejętność hamowania to sztuka dla większości tajemna, umiejętność jeno teoretyczna, a wiedza ta – niczym języki – jest obca.

Tak, tak, wiem oczywiście, większości ludzkości, szczególnie tu, w kraju Kubiców i youngtimerowych bemek z niemieckich szrotów, wydaje się, że hamowanie to betka. Oni się urodzili z kierownicą w pępowinie, a drift wyssali z mlekiem.

I mają rację! Prawidłowo, wszystko się zgadza, dokładnie tak jest – wydaje im się.

Wiem o tym dobrze, sam tego doświadczyłem, kiedy zupełnie bez sensu – „Panie, a po co to komu?” – doszkalałem się na różnych kursach z nieumiejętności mej jazdy w celu podnoszenia swych mi_zernych kwalifikacji.

— No, panie Szosa, 150 lat z kółkiem, to pokażcie innym, jak hamujecie…

Pokazałem, a trup, na szczęście teoretyczny, słał się gęsto przy tym pokazie.

— Idźcie, pani Mi_, nie wiem, może szkolić się z ortografii i geomorfologii, może tam wam lepiej pójdzie, bo z hamowania pała.

Nie poszło.

Wbrew pozorom – no bo co to jest, pocisnąć pedał? – trudna to sztuka, tym bardziej że pewnych technik i zachowań nigdy się nie przećwiczy w praktyce, na drodze, bo gdy przychodzi co do czego… jest już jakby ciut za późno.

Wtedy właśnie się dowiedziałem, że nic nie wiem.

Na torze treningowym, pod czujną „kurwą” osobistego trenera – gdyż, jak wiadomo, celna kurwa rzucona przez kapitana nadaje marynarzowi (i kursantowi) chyżości ruchów i bystrości umysłu – w kontrolowanych warunkach przećwiczyłem różne warianty hamowań.

Co kto chce – bokiem, na mokrym, z dużej prędkości na suchym, po łuku w prawo, po łuku na mokrym w lewo, slalom, tyłem, przodem, dachując… driftując… y… torebkę… torebkę, będę rzygał!

Potem już wiedziałem, ale do umienia droga była żmudna.

Trzeba było ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ale kiedy już dość się oćwiczyłem…

…Jechałem w to „kiedyś” przez noc całą i dobrze się Mi_ jechało.

Nie powiem, muzyka na spokojnie z radia, fotel wygodny z podparciem lędźwiowym, klima freonami nabita po kokardę, wszystkie wskaźniki na zielono, ciśnienie w normie i w oponach, biomet korzystny, kofeinopoziom we krwi: 87%.

Mimo tych wygód i udogodnień wręcz domowych, w pewnym momencie zmorzyła mnie kima.

Tu dodam, że ważną cechą dobrego kierowcy jest wiedzieć, umieć i nie bać się rozpoznać ten moment między jawą a snem, ten stan, kiedy za sekundę nastąpi przegięcie i kiedy już wiesz: ani kroku dalej.

Ja na szczęście wiem (no wiem, każdy tak mówi), kiedy już dalej jechać się nie da. Zatrzymuję się wtedy grzecznie na drzemkę, na takie małe dżemseszyn.

Zdarzało się nawet i 15 minut od domu, w ciągu dnia.

Ale nie ma zmiłuj – drzemię… tfu… dżemię.

Za to po 15 minutach (i ani sekundy dłużej, bo później kimasz już godzinami i do rana) budzisz się, i innych, rześki jak ząbkujące niemowlę o 3 nad ranem.

Rozpoznałem niezawodnie i teraz ten sygnał. Natychmiast, posłuszny zaleceniom organizmu, zjechałem na parking, zatrzymałem się na pierwszym wolnym miejscu i udałem się dżemować.

Śpię jak zabity, gdy nagle – nie wiem dlaczego i czy zgodnie z planem – budzę się całkowicie nieprzytomny, patrzę przed siebie niewidzącymi oczami i jedyne, co widzę, to tylne czerwone światła.

Dobrze, oj, bardzo dobrze mnie wyszkolono, warto było trenować i sobie nie żałować.

Nigdy więcej nikt tak perfekcyjnie nie wykonał manewru hamowania jak wtedy.

Nikt z tak potworną siłą słonia w galopie nie nacisnął na hamulec, co ja – półprzytomny na tym cholernym parkingu – widząc błyskającą stopami ale spokojnie parkującą przede mną tyłem ciężarówkę.

Tak pocisnąłem hamulec, że aż dziurę zrobiłem… głową, w podsufitce.

2 myśli na temat “DżemSeszyn

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑