Ego

[ #szosopasta na 633 słowa i 3 minuty czytania ]

Czasami, z różnych powodów, jeździ się różnymi pojazdami.

Ot, choćby szybka wymiana w ramach dożywotniego planu leasingowego:

– Panie Mi, jest okazja! Opony prosto zwulkanizowane i jeszcze ciepłe, olej świeżo zmieniony – jak po sezonie w nadmorskiej smażalni. Szpachli narzucone mniej niż na niejednej pani. Brać, nie wahać się, taniej nie będzie, a inni już czekają. Prawdziwa okazja!

Bywają też bardziej przyziemne sytuacje:

– Panie Mi, bo nasz ulubiony kolega diStefano o jedno za dużo wypił, wetując sobie kolejną przegraną dozgonnego klubu. Pojedziesz jego wozem?

Lub zwyczajne i prozaiczne, jak pomidorowa z ryżem:

– Pański wóz musi zostać na kilka dni. Nie mamy takiej turbiny. Dostanie pan auto zastępcze.

Właśnie z takich i wielu innych powodów rodzina już dawno przestała marnować energię i zwracać uwagę na to, czym aktualnie przyjechałem. Nie ma żadnego sensu zapamiętywać marki, koloru, rejestracji czy modelu, skoro dzisiejsza aktualizacja będzie wymagała aktualizacji jutro.

Jest tylko jeden element, który wiąże te pojazdy ze sobą i pozwala niezawodnie poznać, że to właśnie ja przyjechałem tym czymś, postawionym między wieloma innymi na parkingu przed domem… te cholerne…

Cóż, było tak.

Kiedyś, w okolicznościach wymagających osobnej opowieści, przyjechałem nierzucającym się w oczy i anonimowym jak The Rolling Stones podczas koncertu pojazdem – Audi RS6 w kolorze „Wściekły Niebieski”.

Gustownie przystrojony żółtym pakietem Shadow Line, ryczący z wydechów niczym lew przed obiadem, szeroki jak mistrz sztangi, osadzony na chyba-23-calowych felgach. Jasne, że kutych – symbolicznie, niczym maźnięciem pędzla, pociągniętych oponą – z czerwonymi zaciskami na wentylowanych tarczach hamulcowych wielkości talerzy do pizzy.

Od wielkiej pizzy.

A o tym, jak przecina przestrzeń, czas, grawitację i kilka innych wymiarów tak, iż mógłby posłużyć jako rekwizyt w badaniu teorii strun, można by zekranizować ze dwa Interstellary.

Jak radośnie, niczym pies z paszczą wystawioną przez okno, połyka w pędzie kilometry i ryczy, bo ciągle mu mało. Jak doskonały układ kierowniczy każdy ruch palca przenosi na asfalt z precyzją szwajcarskiego zegarka – Proust napisałby dzieło w dziesięciu tomach!

Jak przy tym zwija podłoże po każdym zbyt grubiańskim potraktowaniu gazu, a z rur wydechowych od Akrapovica… płynie symfonia Beethovena z Chopinem i Mocarellim, jakby połączyli swe siły.

Tak, przyjechałem więc TYM MONSTREM pod dom wcześniej. Ja się nie dziwię, że wcześniej – dobrze, że się w czasie się nim nie cofnąłem!

Siedząc, ociekam adrenaliną i radością, odtwarzam zapętlone w głowie co ciekawsze elementy drogi, próbując się jakoś uspokoić i wrócić do czasu oraz przestrzeni zwykłych śmiertelników.

Gdy nagle do domu wchodzi MiWife.

Mina u niej poważna, a twarz uważna. Mruży oczy niczym kot dający jakieś tajemne znaki, a patrząc na mnie nieco zbyt badawczo, jej superszybki kwantowy komputero-mózg coś analizuje.

I nagle się prostuje, oczy szeroko otwiera, odchrząkując, widzę, że z udawaną nonszalancją zagaja:

– Słuchaj, nie wiesz, czyje jest to auto… Takie cudownie niebieskie, bardzo dużo ładne, o tam, na parkingu?

– A co? Fajnie, nie?

– No fajne, fajne, ale wiesz… bo próbowałam obok niego tyłem zaparkować i chyba go… ciut… no, wiesz… zarys…

Już nie słuchałem.

Bo biegłem.

A biegnąc, spazmatycznie łapałem powietrze i badając sobie tętnice, sprawdzałem, jakie ciśnienie wytrzymują podwodne odwierty roponośne.

Bo miałem takie samo.

„Nie, kurwa, nie! Tylko nie to! JeZUS, ja nie mam takiej zdolności kredytowej! Nasza chata jest mniej warta niż felga od tego pałacu na kółkach!”.

Po chwili, która dla niektórych była wiecznością, gdy już wróciłem, MiWife siedziała na krześle, intensywnie przeglądając paznokcie i nijaki krajobraz za oknem.

Młodzież, gdzie stała, padając, tam turlała się teraz, próbując w spazmach dojść do siebie.

I nawet kotu udzieliła się ogólna atmosfera radości i szczęścia.

– MiWife! Ale twoje auto NIE STOI obok tamtego!!!

– No wiem, wiem, ale to przez te cholerne… kubki po kawie w uchwytach. Od razu wiedziałam, że tyś to tym przyjechał.

A tacy dumni siedzieliście, ty i twoje ego, że trzeba było spuścić trochę pary z tej nadętej pary.

Kolego.

2 myśli na temat “Ego

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑