No future

Dla „Młodego Technika” napisałem sobie taki oto tekst.
Ponoć krótkie formy są najtrudniejsze, książki ponoć pisze się łatwiej.
Nie wiem, nie znam się.

[1336 słów, 7 minut czasu czytania]

W roku 2086 świat walczy o oddech, jak może. Cały czas, spazmatycznie, zmaga się z plagą urodzaju ludzkiego. Ale żadne pandemie, mięso z soi, białko z owadów, elektryfikacja Formuły 1 czy globalna moda na fourth i fifth handy… nic nie dają. O słomkach z papieru nie wspominając.

Planeta przegrywa, a świadomie nieświadomi ludzie razem z nią. Jasne, każdy wie, o co toczy się gra. I zatroskany, ze zrozumieniem przytakuje, że „należy”, „natychmiast”, „koniecznie”, „wszelkim wysiłkiem”, oczywiście, że „obniżyć oczekiwania”, „segregować”, „mniej kalorii”, „precz z plastikiem” a „Minimalizm na prezydenta”. Jednak… w skrytości swego ego każdy chce, jak na Instagramie: być bogaty i piękny. W końcu raz się żyje.

Chcieć i mieć tę ciasną, ale własną willę z basenem, samochody – każdy na inną okazję, ale tylko trzy, i klimę na pokojach. Owszem, walczyć o klimat trzeba, ale może… O, wiem! Niech tam wszyscy inni wspólnymi siłami, solidarnie i razem, a ja tu sobie cichutko, na boczku, samotnie, schłodzę temperaturę apartamentu i wody w basenie. Komu to przeszkadza? Przecież… Moja chata z kraja.

Energia, jej pozyskanie i dystrybucja, od zawsze były kluczowym elementem walki o przeżycie Ziemi, nas i karaluchów. Ej, nie przesadzasz trochę? Ok… Nas? Tak, tak lepiej. Planeta sobie poradzi.

Stan na dziś: W poszukiwaniu ropy i gazu pół planety zostało rozkopane, w tym Arktyka i Antarktyka. USA przejęły Grenlandię, a statki mają problem z nawigowaniem między platformami wiertniczymi. Nawet z kosmosu zwozi się tyle kopalin, że gwiazd nie widać przez ilość orbitalnych śmieci. I przez smog.

Coś trzeba było z tym zrobić i to szybko. W takim to klimacie, trzeba przyznać dusznym dość, z duszą na ramieniu a brzytwą na gardle, wyruszyłem w pierwszą podróż.

Podróż do początku lat 90. dwudziestego wieku. Tam, przy pomocy technologii rodem z przyszłości, kilkoma sprytnymi akcjami sabotażowymi, podrzuceniem kompromitujących zdjęć gdzie trzeba, SMS-ami z insynuacjami – storpedowałem projekt OPEC, pogodziłem Bliski Wschód z Dalekim Zachodem, i wspomogłem pewien elektryzujący projekt.
Po analizie i wydaniu milionów na ekspertyzy oraz lobbing, eksperci szybko doszli do słusznego wniosku, że tylko elektryfikacja aut ma sens.

Uff, ścieżka z elektrycznością w motoryzacji była nieunikniona. Wróciłem do siebie, by zobaczyć efekty tych dobrych, drobnych manipulacji.

Okazało się, że wydeptywanie tej ścieżki… Zamiast obniżać ceny biletów kolejowych (bilet na samolot tańszy niż na pociąg, rili?) i elektryfikować transport masowy, ktoś wpadł na pomysł, że najlepszy sposób to dopłaty do samochodów osobowych.

Chiny błyskawicznie wyjaśniły wszystkim, jak to się robi, a tysiące wylanych na bruk pracowników europejskiej samochodówki, plus kilometry zwisających w blokowiskach przewodów elektrycznych… szybko zaczęły kręcić temu pomysłowi stryczek. I jeszcze te składowiska zużytych akumulatorów, przenoszone z Europy, wylądowały – jak wszystko, co zbędne – w Afryce. Zaklęty krąg życia!
Ten sam, wydobywany przez dzieci kobalt z afrykańskiego Kongo, służący do produkcji tego dziadostwa, w końcu cyklu swego życia, lądował dokładnie tam, skąd brał początek. Bo z Afryką dziką dawno odkrytą można zrobić wszystko, c’nie?

Aż pewnego dnia temperatura sięgnęła chyba 50 stopni na niemal całej półkuli i to północnej… Nawet te zmodernizowane, nowoczesne sieci padły przeciążone. A wystarczy poczytać w książkach – tydzień blackoutu to dość, żeby wróciła do jaskiń, cała ta Ludzkość.

Ok, wiem. Mój błąd.

Spakowałem się na podróż do początku dwudziestego pierwszego wieku. Okej, skoro musi być elektryka… niech będzie wodór.

„Wodór to paliwo przyszłości. Pojazd na wodór, gdy jedzie przez miasto, oczyszcza powietrze. Z rury wydechowej leci wyłącznie czysta, niezdemoralizowana a demineralizowana woda. Dla wszystkich walczących o ekologiczny transport wodór wydaje się być zesłany z niebios. Jesteśmy uratowani, idziemy w WODÓR!”

W tej misji, przy pomocy sponsorowanych imprez dla oligarchów, sfingowaniu wycieku poufnych (fałszywych) danych, poprzez X, nieudany zamach na kandydata, i zmasowaną promocję Ai na Facebooku „chałka dla każdego”, przekonałem kogo trzeba, że wodór to przyszłość.

Noble zostały przyznane, a ja skromnie, cichutko, wróciłem do siebie.

Do przyszłości. Wysiadam, siadam, kanapkę zajdam i faktycznie… Szlak. Nic się nie zmieniło. Bo wodór, mimo wszystko, nadal wymaga elektrycznych silników i czegoś do magazynowania tej wodorowej energii.

Wodór w teorii to najczęściej występujący we wszechświecie pierwiastek. „Najczęściej występujący” nie oznacza jednak, że jest taki łatwy do pozyskania w swej czystej, gotowej do zatankowania formie. Może to efektowne, ale niespecjalnie energetycznie efektywne. Skąd miałem wiedzieć, że pozyskuje się go w procesie elektrolizy, czyli rozpadu cząsteczki wody na tlen i wodór pod wpływem prądu? Ok, wiedziałem, ale myślałem… no, że jakoś to będzie.

Choinko Zapachowa i Borze Szumiący – znów te akumulatory, prądy i przeciążone sieci. Nie oderwę się od tej elektryki?

No nic, już czas przekonać ludzi do atomu. Wodór i lokalne, małe elektrownie atomowe, które by dawały energię do pozyskania czystego, neutralnego dla planety wodoru, zdają się dla ludzkości jedyną nadzieją na zaspokojenie potrzeb energii i przetrwanie. A białe misie patrzą.

Wodór w transporcie, a każdy dom… ok, może nie brnijmy – każde miasto z własnym reaktorem, niczym samowystarczalna podwodna łódź, daje realne możliwości na godne życie w 40-stopniowych upałach lata, które trwa pół roku, gdyż cztery pory roku to już tylko historyczna kompozycja Vivaldiego.

Czas udać się w pierwotne tereny. Czas z pewną dozą premedytacji nieśmiało podrzucić kilka pomysłów na ulepszenie tej technologii. Czas włamać się na czas w kilka miejsc i uniknąć katastrofy, jej złego atomowego pijaru. Czas do Czarnobyla. W bonusie uratować kilka istnień, przyrodę i jeden Diabelski Młyn.

Wylądowałem w tym kraju socjalistycznego raju, ociężałego młota i tępawego sierpa, w nocy. Ależ ciemno. Powybijane żarówki w ulicznych latarniach dają więcej ciemności niż światła. Kiedy jestem – wiem, ale Gdzie?

Cóż… w czasach map drukowanych – w „kiedy” zorientować się łatwo, – w „gdzie” – jest kapkę trudniej. Z nielicznych neonów, ogólnej atmosfery bajzlu i niechlujstwa, wiem, że to ZSRR. Mam nadzieję, że Ukraina, bo póki co internet nie jest tu nawet słowem z książek S-F, więc mój cały sprzęt nawigacyjny zda się na nic.

Zostawiam (zbyt rzucający się w oczy, aby nim jeździć) pojazd, między pordzewiałymi garażami i ruszam pieszo. Zaczerpnąć nieświeżego powietrza i informacji, „Tawariszcz, któr

W ciemnościach ponurych betonowych bloków z wielkiej płyty, z daleka, niczym *Anglerfish*, wabiło mnie łypiące żółtą żarówką jedyne uchylone wejście. Wszedłem.

W obficie laminowanej w stylu „jakoś to nasza jakość” tworzywem sztucznym knajpie typu „Bar Uniwersalny”, pod zwisającymi z sufitu gołymi żarówkami, przy stojącym w rogu telewizorze Rubin, można było powiesić siekierę. I chyba jakaś wisiała.

Musiałem się sprężać, bo powietrze, w dawce pozwalającej jedynie na podstawowe przejawy życia, nie dawało moim płucom nadziei na długie przeżycie.

W środku kilka okupowanych – w stylu „na podnoszony długopis” lub zwyczajnie na „twarz w sałatce” – stolików, krzesła przewrócone razem z właścicielami i spocone pochylone czoła „intelektualistów”.

Atmosfera może i podobna, ale SPATiF to nie jest.

Barman w elegancko białej i poliestrowo niewymiętej koszuli, po wielu godzinach pracy o zapachu ujemnym, milcząc, nawet nie mrugnął okiem na mój widok. Nie takie rzeczy widział, to pewne.

Od ręki i od serca nalał стакан do pełna.

Po jednym głębszym lepiej się rozmawia, a mój rosyjski, lekko zardzewiały od Technikum, nieużywany, pilnie wymagał naoliwienia.

W milczeniu wypiłem…
…Kiedy kilka godzin później odzyskałem przytomność, leżałem elegancko ułożony pod ścianą. Na zewnątrz świtało, mi też coś światło.

Bufetowy otwierał drzwi, z zewnątrz, na unoszących się wszędzie płatkach kurzu, wpadał nowy, piękny dzień.

„Rusz głową!” – Ruszyłem, błąd.

Ten mały ruch dla człowieka przekonałby największych zwolenników ludzkości od najciemniejszych teorii – a jednak się kręci!

Po kilku chwilach, kiedy niebo i ziemia zajęły swoje prawidłowe pozycje, skupiłem się na podstawowej filogenezie; nieźle byłoby na początek znowu stać się kręgowcem. Postanowiłem stanąć i wykonać ten pierwszy krok, by na chwiejnych nogach, jak najszybciej, wrócić do mojego DeLoreana.

 
A raczej do tego, co z niego zostało.

Aktualny stan misji: Pozbawiony procedur, sprzętu, wsparcia i nadziei, osadzony w reżimie, obserwowany przez bezpiekę i dzieci, tkwię tu, czekając na nieuchronny koniec.

Milczę, mowa na nic, siedząc w ulubionym, bo jednym barze, wiem, co będzie dalej.

Niczym na Titanicu, na którym orkiestra grała do końca, można już tylko się bawić.

– Эй, Future, будем пить?
– Давай, брат, i Na Zdrowie! – rzuciłem szyderczo.

Ech, jak zwykle – drobne złodziejaszki ukradły światu przyszłość.

4 myśli na temat “No future

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑