Destiny czyli przecinki oparte o fakty

[ #szosopasta na 975 słów, 5 minut czytania ]
Był piątek pod wieczór.
Na rany celnie zadane – no co go podkusiło, żeby się zgodzić?
Ale tak, gdy człowiek jest młody, wyobraźni tak bardzo nie ogranicza proza życia, a słowa rzuca się łatwo. To pewnie to.

A potem nadciąga rzeczywistość. Szara. I nadeszła o osiemnastej, kiedy wybiła godzina fajrantu.

Wtedy, zamiast spokojnie wytrzeć ręce o brudną szmatę, przeczesać włos wyjętym z tylnej kieszeni grzebieniem, sprawdzić gotówkę w zatłuszczonym portfelu i – uradowany tym widokiem – iść w miasto, napić się piwa, odpocząć po robocie z relaksującą wizją wolnej soboty… to nie.

Teraz, zamiast iść trzeba pójść. Dotrzeć tramwajem na wylotówkę, potem 120 km autostopem w dół mapy i w góry, by gdzieś koło północy – przy dobrych wiatrach – zwalić się na karimatę w okolicach jakichś Wierchów.

„Dlaczegóż to, mów, dlaczegóż to?”

Otóż dlategóż, że ta lepsza, łepska, inteligencka część Ekipy Ekspedycyjnej – ta studencka – wyjechała rano.

Wyjechała, bo mogła (cholerne inteligenty), by przez piątek – kiedy robole, jak on, robolą w mozole – i resztę weekendu szczytować na szczytach, dołować w dolinach, widoki widokówkować na siatkówkach.

I w dodatku – trawersować graniami, przekraczać przełęcze i chłonąć oddechami jeszcze czyste od „stonki” i wawelskiego smoga powietrze gór.

Takiego dalekiego kuzynostwa Alp, oddelegowanego na północną placówkę – Tatr.

On – pracownik fizyczny – do poręczujących w schroniskach, stawiających tymczasowe obozy na przełęczach, aklimatyzujących się w iglastych lasach dołączyć ma wieczorem. Po pracy znaczy się dołączy. Czyli – jeśli zaraz wyruszy – to gdzieś w nocy po północy.

Oczywiście jeśli tam dojedzie, bosz(!), a potem jeszcze trzeba dojść.

„Borze na halnym szumiący, jak mi się nie chce… 8 godzin w pracy i jeszcze ta droga.”

Niestety, nie są to czasy jednokomórkowców, gdy jednym maźnięciem palucha i tanią wymówką – nawet niegramatycznie – można się łatwo wymigać z takiego wyjazdu lub z innego powodu.

Nie, nie ma szerokopasmowych sieci 5G z natychmiastowym wibracyjnym powiadomieniem nawet na szczytach: „Po pracy zmęczonym nie jadę.”

I już. Z czystym sumieniem – w miasto na browara!

Ale ludzie pojechali, umówili się w górach X, na polanie Y, w chacie Z…

I co będzie, kiedy tam przyjdą, według umowy, z tobą?

Szlag. Cóż robić?

Po przestawieniu przecinków wyszło mu: „Po pracy zmęczonym? Nie. Jadę.”

Mimo zmęczenia, fizycznej niechęci – JaCierpięDolę – trzeba jechać. Słowo się rzekło.

Ech, żeby jeszcze tak wsiąść sobie w auto, zapodać muzykę z listy przebojów i kawę z kubka papierowego, a potem pomknąć komfortowo… To tak! To rozumie! To chętnie!

Lecz to… niestety, nie te czasy.

Póki co, autem się jeździ, gdy ktoś na stopa zabierze.

Ma mocną wolę. A kiedy ta wola tak woli, to robi z nim, co chce, używając celnych argumentów:

– Nie jedź! To absurd! O której tam dojedziesz? I po co? Halny zaczyna wiać, pojedziesz tam tylko po to, żeby wrócić? A tu, „na mieście”, piwa dolnego fermentu i wódki górnej półki w knajpach niskich lotów czekają!

– Kurwa, ja wol wolo, lecz ja umówiony jestem. Specjalnie tam będą iść, by czekać… na mnie. Jak tu nie jechać, jak trzeba jechać?

Odpowiada woli niezbyt celnymi argumentami, pakując się ukradkiem do tramwaju.

Dlaczego jeszcze nie wymyślono cholernych telefonów komórkowych?!

Nie jadę!

Nie jadę?

Nie, jadę!

Niech to wszystko szlag trafi… i pojechał.

Wylotówka. Godzina 19. Czas start!

100 km poszło gładko, a kiedy zostało już ich tylko 20, w międzyczasie nadeszła godzina 22.

Ciemno już, ulice opustoszały. Kto miał pojechać – pojechał. Kto ma pojechać – pojedzie jutro.

To zadupie, jeszcze bez tuneli imienia Kogoś Sławnego. Bez dwupasmówek superszybkich, aut pełna bo korek.

Tak niby blisko gór, że już je w ciemności widać oczyma wyobraźni, a tak daleko, bo to nie czasy porozrzucanych byle jak na terenie hulajnóg do wynajęcia.

Z buta – 8 godzin marszu.

Ach, cóż za zajebista to przygoda! Tak przespać się w rowie do rana! No, po prostu wspaniale!

Rzutem na taśmę, w ostatniej Wencie, z mocnym postanowieniem „jak nie teraz, to wracam” wyciągniętym kciukiem złapał w sidła litości pojazd ostatniej szansy.

A ten – już nigdy nie będzie wiadomo dlaczego – bo to góral był z Zakopca, zatrzymał się i go zabrał. Za darmo.

Uff! Ok, są góry X, a w nich już niedługo dolinka Z.

Teraz to już luz.

Tylko 2 godziny z buta przez szumiące na wietrze lasy, w ciemności, ciągle w górę i będzie na miejscu.

To nic, że wieje coraz mocniej.

Halny nabiera mocy, zaczyna harcować, swoim ciepłym, ożywczym oddechem poruszając coraz żwawiej choinkami.

Ciepło, wietrznie, sucho… ale deszcz przyjdzie, gdy halny sobie pójdzie.

Zasuwając przez las w ciemności, znaną ścieżką, upocony i umęczony tym dniem zbyt długim, dotarł na tę cholerną polankę Y.

Z tą p%#@&%!ą chatką typu „Rozwalona Bacówka” przycupniętą gdzieś z boku, na upłazie.

Ledwie dysząc, podchodzi i widzi – uff – ognisko małe rozpalone w środku, więc są!

Cała ta mordęga nie była na próżno!

Rozłożyć się gdzieś na podłodze, przekimać do rana, zregenerować siły…

Tylko dlaczego w tej chacie robi się coraz jaśniej?

A, no… to ognisko, rozpalone dla klimatu i otuchy, zaczyna się jakby coraz bardziej rozpalać.

Nagłe ciary na plecach.

Plecak precz, na bok – jeb!

Szybko, wpaść do chaty i najdelikatniej, jak można, słodkim głosem, tak żeby nikogo nie przestraszyć a obudzić, woła:
WY PIER DA LAĆ!

Dobrze wie, co robi. Wie, że „marynarz trafiony celną kurwą nabiera chyżości ruchów i bystrości spojrzenia”.

Tylko że to nie morze, a półprzytomni i zaspani ludzie zaczynają się powoli pakować, gramolić, niechyżo zbierać swe graty z ty chaty…

Ale nie ma już czasu na luksus posiadania czasu. Za późno na układanie ciuchów w kostkę i racjonalne gospodarowanie przestrzenią plecaka.

Co było pod ręką, wylata z tej hacjendy, rzucane na oślep w drzwi.

Niedługo to trwało, a gdy wszyscy – ponaglani rykiem – się zebrali, jak stali, tak wybiegli.

Kiedy graty wszystkie już walały się na zewnątrz, po chwili lub dwóch – kto to teraz może wiedzieć – PYK!

Od tego wiatru fenowego, suchego, silnego, halnym zwanego, cała ta cholerna chata jak pochodnia w płomieniach stanęła i w kilkanaście minut przeszła do historii.

Przecinki są ważne.
Interpunkcja czasem ratuje rzyci.
A może i życia.

2 myśli na temat “Destiny czyli przecinki oparte o fakty

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑