Opakowanie

[ #szosopasta na 720 słów, 4 minuty czytania ]

Lofty England, szef działu sportu Jaguara, mawiał, że klientom E-Type’a sprzedaje się tylko silnik, a nadwozie służy jedynie do tego, by móc go dowieźć do domu.

Cóż… prawie zgadzam się z tym Loftym. Gdyż bywają takie właśnie silniki. PSA 2.0 HDi, Volvo D5 czy BMW 3.0d – arcydziełka, przy których nadwozie (nad którym tak wielu pracuje, pucując co sobotę je), to przeważnie tylko opakowanie. Cienka blacha pociągnięta cienką warstwą cud RAL-koloru, a w naszych geograficznych długościach – czasem i miejscami grubiej pociągnięta szpachlą niż farbą.

Ale, gdy do tego dobrego serca w postaci silnika dorzucić jeszcze dobre i sprawne ciało, czyli zgrabnie narysowaną karoserię, oraz solidne i niezniszczone przez wódkę i złe prowadzenie się wnętrzności pod postacią wygodnej, dobrze wyposażonej kabiny – dostajemy konstrukcję niemal doskonałą.

Taki właśnie był mój biały 508 SW. Albo tak go zapamiętałem.

Ładna sylwetka, solidne wykonanie, uniwersalne przeznaczenie… Nie wymagał dopieszczania woskami, nie żądał żurnali mód, modów ni tuning-uff.
Robił swoje niezawodnie, bez egzaltacji i strojenia fochów.

Dobrze mi służył. Wiele kilometrów zrobiliśmy razem, przeżyliśmy przygód więcej niż Winnetou i Old Shatterhand, a zrealizowaliśmy zleceń niczym chińska dżonka.

Takie auta lubię i niech tam sobie ludzie gadają, co chcą.

Kiedy więc przyszedł na niego nieodraczalny, zaordynowany przez Jego Nieomylność Księgowości, czas, oddałem go do komisu, by pojechał do ludzi, służyć kolejnemu pokoleniu zadowolonych klientów. Ja zaś przesiadłem się do inaczej opakowanego, nie tego samego lecz takiego samego 2.0 Hdi silnika.

I pewnego dnia, kiedy po raz kolejny obudziłem się w środku nocy czyli koło siódmej – ponownie okazało się, że wszystko mnie boli czyli jeszcze nie umarłem – i dalej żyć trzeba, niech to rzyć!Pojechałem jeździć, próbując zarobić.

Zaczęło świtać… już dawno, ale mi dopiero teraz zaczęło świtać (pewnie gdzieś koło dziewiątej) i w nagłym przebłysku świadomości oraz lekkim zdziwieniu, że jestem na autostradzie, wszystkie główne systemy działały prawidłowo, a tylko jeden podsystem natarczywie domaga się uwagi.

To kofeinowy podsystem w moim organizmie pilnie potrzebuje uzupełnienia.
Zajechałem więc czym prędzej pod niesłynnego, ale za to sprzedającego kawę w promocji „Maca” po coś na kształt kawy.

Gdy potrójne espresso dostarczono mi do ręki roztrzęsionej brakiem kofeiny w krwi, wysiadłem z auta, by je wypić.

Nie da się przecież prowadzić, gdy jedną ręką trzymasz kubek, a drugą ręką trzymasz rękę, żeby nie wychlapała jego zawartości. Hmm… a może jednak się da?
Sprawdzę kiedyś.

Oparłem się o przyprószone półrocznym niemyciem opakowanie mojego aktualnego silnika i, pijąc kawopodobny napar, podziwiałem widoki – czyli samochód, który stał obok.

Wzruszyłem się wewnętrznie, bo przecież to Peugeot!
Rozrzewniłem się bo zawsze był ładny, a ten nawet kolor ma podobny jak mój kiedyś!

Jejku – piję i dumam – ileż ja w takim spędziłem autostradogodzin na drogach szybkiego lokalnego ruchu, ile kilometrolitrów paliwa po 4 zł, ile tam kaw wylało mi się na spodnie i fotel, ile punktów promocyjnych od życzliwych funkcjonariuszy POLICJA (Poszukiwacze Okoliczności Licznych Inkasacji Cennych Jednostek i Aktywów)

A ileż krajów, przygód, widoków i doświadczeń… No chyba ze trzy!
Jakby się umiało, to książki można by o tym pisać!

A ten obok – piękny i zadbany. Nie to, co mój, o którego kolorze można się już dowiedzieć tylko z tabliczki znamionowej, albo po VIN-ie, a najlepiej kilku.

I gdy tak stałem, pijąc i dumając, przybyła rodzina – młodzi właściciele tego zacnego pojazdu – zagadałem:

– Fajny ten 508, miałem kiedyś podobny!

– Tak? O, jak miło! I jak się sprawował?

– Bardzo dobrze. Ten szyberdach i fotele co na płasko, bagażnik, lini… No i ten silnik! Świetny pojazd, na lata.

– Tak, to nasz pierwszy, ale super samochód! Zaryzykowałem i kupiłem go jakiś czas temu w komisie. Okazja była, duży przebieg i ale za to cena niższa. Poprzedni właściciel dużo jeździł, ale dbał, szanował, przeglądów pilnował. Ponoć był z niego niezły kierowca i kawalarz. Fajnie by było się z  nim kiedyś spotkać, pogadać, podpytać o to i owo.

– Pewnie, że fajnie, kto wie, różnie to w życiu bywa – powiedziałem – bo też i różnie przecież bywa.

– No nic, czas na nas, będziemy zbierać. Do widzenia, panu! – Wsiedli, wycofali nim, pomachali mi i pojechali.

– Tak, wszelkiej pomyślności, no i szerokości.
Zostałem, a stojąc i siorbiąc produkt kawopodobny o kolorze i konsystencji zbliżonej do oryginału, patrzyłem, jak razem z tym 508 najpierw pod nos mi się zbliża, a potem majestatycznie oddala ta niewidoczna wcześniej, głęboka, nieusuwalna rysa na tylnym błotniku.

Ta, którą – tymi rękami – osobiście kiedyś zrobiłem, kiedy przyjebałem w betonowy kwietnik, cofając moim, a teraz ich peugeotem..

2 myśli na temat “Opakowanie

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑