Błond. Jeden Błond

[ #szospasta na 1016 słów, 5 minut czytania ]

„– Idzie pan?
– Gdzie? Funkcjonariusz, na wódkę, w biały dzień, w godzinach pracy?!? Z największą przyjemnością!”

Nie ma się co dziwić powyższej reakcji. Każdy agent – tajny, fajny lub tylko ubezpieczeniowy – żyje w ciągłym stresie. Dlatego musi być elastyczny i w ułamku sekundy gotów na wyzwania.

Nieważne, czy działa On z ramienia Demokratycznego Raju za Kurtyną (Borewicz), Wszechpotężnej Organizacji reprezentującej pana B. (Largo), zwykłego Postkolonialnego Imperium (English) lub jeno ino tylko dla dyrektora Ligi Silasa Baraniej Pupy (Gru).

Cięgiem agent yes narażony na stres. I niebezpieczeństwo też.

Funkcjonując (to od funkcjonariusza) na krawędzi przetrwania, jego nerwy i jelita są jak postronki – napięte i wiecznie narażone na poszarpywanie, ciągle tępym nożem ktoś przy nich piłując – majstruje.

Bond, James Bond, English, Johny English, Borewicz, Gru, Hunt czy inny Mateusz, działając samotnie w terenie, zmagając się z niepożądanym elementem, zwalczając zło globalnie czy tylko lokalnie, musi być do każdej misji przygotowany perfekcyjnie.

Mimo całej gamy wyrafinowanych gadżetów – Bond: radio, English: kaczka, Borewicz: grzebień, Gru: zamrażacz, Mateusz: rower – zdarzają się sytuacje, w których nic, nawet nogi Hunta (wiecznie chętne do biegu), cię nie uratują.

Na tak beznadziejne okoliczności biednemu, samotnemu, porzuconemu na łaskę żywiołów i nikczemnych przecinków i przeciwników bez odrobiny empatii, delikatnemu kłębkowi mięśni i włosia pozostaje tylko intelekt i improwizacja.

Jasne, że tak! Przed każdą misją nasz agent długo studiuje temat, uczy się najdrobniejszych szczegółów swej nowej tożsamości, osiada w niej i grzęźnie, rzeźbi nowe w mózgu rowy, uczy synaps automatycznych reakcji w nerwowej sytuacji, gdyż…

Strzeżonego pan Glock strzeże, ale tu, w terenie wrogim i wrażym, niczego nie można pozostawić przypadkowi. Najdrobniejszy niuans, błąd, luka, drobny szczegół, zawahanie o ułamek sekundy zbyt długie – mogą spalić przykrywkę, zawalić wielomiesięcznie, bez oglądania się na koszta, przygotowywaną misję.

Mogą pojawić się ofiary.

A od Ciebie zależy przecież jakiś Los!
(Los Lobos, Los Angeles, Los Nech, Los Szczęścia, Los Ofiaros, Łoś).

Uprzedzam i przypominam: wszystkie postaci i miejsca zaraz po przeczytaniu musisz zapomnieć.

Obowiązuje tajemnica i najlepiej byłoby to spalić przed przeczytaniem, ale to ekran i nie da się.

Ok, po przeczytaniu uprasza się spożyć cyjanek i wydłubać sobie potem oczy, a najlepiej zawczasu rzucić się z tarasu.


Jedziemy.

Z kolejną misją zostałem wysłany do Kielc.

Bosz… dlaczego Kielce?! Czemuż nie Wiedeń, Berlin, Radom czy Praga?

No tak, to oczywiste – Kielce, jak kiedyś Bejrut – to Pierła i Parysz, tylko północny. Siedlisko, enklawa, ulubiona gawra i barłóg przyczajonych ekstraligowych agentów, Janusów Dwu- a Januszy Wielolicowych.

Działających dla tego, kto da więcej – przekupnych szumowin i nieprzekupnych idealistów.

Jestem, gdzie jestem, bo misji się nie wybiera, i od rana trwam tu na posterunku.

Uśmiecham się miło, a garnitur, mimo że szyty w sieciówce na miarę, uwierał mnie już rano, w korku.

Przypływają, przepływają i odpływają fale ludzi. Stoję wyluzowany niczym spiżowy posąg, skanuję doświadczonym wzrokiem tłum, czekam.

W napięciu, choć z pozoru spokojny, w środku wrze jak w bigosie.
Kłębią się w głowie setki myśli.

Tych ważnych: czy misja zakończy się powodzeniem, czy nikt nie zginie i nic nie zaginie.
Oraz tych ważniejszych: czy się uda, czy hmm… nie nawalę (np. w gacie) i wrócę na czas na kolację (na chacie).

Po ostatniej wpadce z wywiadówką to już byłby ostatni gwóźdź do mej urny. Kolejnego domowego OPRDOL – Opracowania Planu Realizowania Dotychczasowych Obowiązków Lepiej – chyba już nie przetrwam.

Lecz póki co, wieloletni trening, praktyka, wrodzone umiejętności oraz szczęście pozwalają skupić się na meritum i szybko wychwytywać potencjalne zagrożenia.

Tu możliwe jest wszystko – ot, baba, z koszykiem z bazaru, z pozoru zwykła, może być Światowej Klasy Eliminatorem (tzw. SiKiEm). Nie wierzysz? Zaczekaj, aż jajem uderzy.

A ci dwaj, z identyfikatorami położonymi poziomo i płasko na sterczących z przodu hadronach? Piąty raz tędy idą – i może wcale nie udają się na drugi deser po sutym podwieczorku z podkurkiem zaraz przelunchowym.

E… chociaż nie, oni raczej ciąż nie udają.

Obserwuję, zapamiętuję, eliminuję, odsiewam, czekam.

Jestem, jak zawsze, perfekcyjnie przygotowany.

Przykrywka, szlifowana miesiącami, pozwala zachować tę odrobinę zdrowego rozsądku w tym szaleństwie wokół.

Sytuacja bowiem ta jest stresująca tak, że ciśnienie, pod jakim moje serce pompuje krew, nie występuje nawet na północnomorskich stacjach wiertniczych.

Kurwa, a jeśli nie zdążę jednak wrócić na kolację?

Nie!

Kiedy tak stoję nonszalancko oparty o ścianę, a ten pozornie niegroźny tłum przepływa obok mnie, mijają mi ałery, a ja wciąż stil jestem w szczytowej formie i gotów na wszystko.

Nagle – skąd ona się tu wzięła?! – podchodzi do mnie ta zakonnica.

Tak. Zakon-Nica.

Jasne, już wcześniej ją widziałem, ale została błyskawicznie, bacznie i badawczo sprawdzona oraz oznaczona przez system jako niegroźna.

„Standardowa, przepuścić”.

W ręce reklamówka z Biedronki, na ramieniu plecak z poliestru, obok niej klika z kilku cywili.

Zagrożenie? Zero.

A tu nagle – ciach! – i jest!


Kiedy standardowo, jakby typowo dla roli, którą gram, zagadnęła mnie o ofertę, odpowiedziałem grzecznie okrągłymi, wyuczonymi, zdaniami na blachę wkutymi z ulotki reklamowej.
Nie jestem handlowcem, ale od tak dawna go udaję… że już chyba nim jestem. Nie głupia myśl pobierać jakaś prowizję.


Wręczyłem jej na odczepnego plik ulotek, niech już idzie… Nie mogę się dekoncentrować.
Ja mam tu misję, siostro, do wykonania.
A onna naciska – A co to za firma? – Dopytuje – A firma ta skąd? – Konstatuje – O, to firma i pan z TEGO TAM miasta?

Tak, i właśnie wtedy, zawsze wtedy, kiedy najmniej się spodziewasz… Pada strzał.
Niespodziewany, a celny i precyzyjny:

– Jaki ten świat mały, ja tam właśnie mieszkałam TEGO TAM kilka lat. A z której pan TAM TEGO jest parafii?

Kamienieję… y… ten… no… ale, że przepraszam… parafii?
Cała hala zamiera, w ciszy gęstej tak, że można ciąć ją na wielkie bryły nożem, świdrując mnie spojrzeniami… czekają.
Ona czeka, klika czeka, ludzkość zastygła jak lawy rzeka – i też kurwa czeka.
Bo jak, na Targach Akcesoriów Dewocjonalii Ekumenizmu Upominków Sutann, Zakrystii i Win Mszlanych w skrócie TADEUSZ – Kielce Show, można tego nie wiedzieć?

To Pułapka i zasadzka, a ja wpadłem i mam przesrane.

Łatwo tak zdemaskowanym, realizuję się teraz w uciecze i planie awaryjnym.
Na kolację też już nie zdążę (oj, to dopiero przesrane!), gdzieś w lasach – brnę, brodzę, broczę, beczę i bekam (bo zamiast domokolacji nażarłem się innych atrakcji – jakichś pędraków popitych deszczówka z kanału), i coś czuję, że za chwilę to dopiero będę miał, po tych pędrakach, przesr… rąbane.

2 myśli na temat “Błond. Jeden Błond

Dodaj własny

  1. Kielce, to takie miasto w kraju zulugula gdzie można kupić scyzoryk (nie Lethermana) lub sutannę (nie koniecznie czarną, np. Różową)

    Polubienie

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑