Bajka bez morału, albo morał bez bajki

#szosopasta na 1276 słów, 7 minut czasu czytania

Do jednego prezesa dzwoni telefon:

— Czy jest pan zainteresowany usługami cyberbezpieczeństwa?

— Nie, panie, a po co mnie to? Ja tylko gram w pasjansa. Nie, senkju, ale jest mi to do niczego niepotrzebne.

— Rozumiem, ale na wypadek, gdyby zmienił pan zdanie, to na pulpicie w pana komputerze zostawiłem swoją ofertę.

Jedno z mojej Młodzieży, dziękując mi za to, co kiedyś było dąsem, fochem i obrazą „do końca życia” w tym tygodniu, powiedziało mi ostatnio:

— Tato, napisz o tym, może komuś się w końcu na coś przyda to twoje pisanie.

Dobra, skoro mam dyspensę, to napiszę. A może w końcu się przyda. Napiszę o tym, że nie zamieszczam informacji i zdjęć swojej rodziny w internecie…

Ok, ok, może raz czy dwa się zdarzyło, lecz niech rzuci kamieniem ten, co po pijaku nie zrobił czegoś głupiego!

W dodatku wcale nie jestem pewien (pijany byłem), czy to na pewno była moja rodzina na tych zdjęciach, więc wypraszam sobie jakiekolwiek zarzuty i pomówienia. Nie pokazuję, nie przekazuję, nie upubliczniam i jak mogę — unikam.

A jak nie mogę, to też. Sam tego nie robię i dawno temu, jak ludzie rzucali kamieniami w dinozaury (to wtedy ktoś powiedział, że „640 KB powinno wystarczyć każdemu”), a ja miałem jeszcze na tyle autorytetu, żeby się nie bać o skutek, a Młodzież była na tyle mała, żeby się bać mego gniewu — zabroniłem tego również moim dzieciom.

Jak do tego doszło?

O tak: otworzyłem drzwi do otwartego salonu i ryknąłem:

— Porzućcie wszelkie zajęcia, które tam wykonujecie! Zostawcie wynoszenie śmieci pod piec, otwieranie ojcu kolejnego piwa, pieczenie zwędzonych z piekarni skórek chleba i obieranie przejechanej na rosół kury! Chodźcie no tu, bo mam niusa!

Kiedy już wszystkie się zbiegły i postawiłem je przed sobą na baczność, wszedłem na zydel, wzmocniłem głos do Podwójnego Ryku Lwa (ale nie po to, żeby się bardziej bały, tylko żeby wszystkie słyszały) i prawiłem im, wymachując rękami niczym Skarga na kazaniu:

— Słuchajta! Póki nie będzieta pełnoletnie, nakazuje się brak upubliczniania w internecie swoich, znaczy się waszych, zdjęć! Dopóki nie będzieta na tyle duże, żeby wiedzieć, co robita, zamieszczanie, upublicznianie, przekazywanie i kopiowanie — bez wyraźnej zgody na piśmie i od notariusza — jest zakazane i szlus!

Już, zaraz, spokój! Ej tam, w ósmym rzędzie, dwudzieste piąte po prawej, widzę ten język! A ja ze swej strony obiecuję wam — a dobrze wiecie, że nikt wam tyle nie da, ile ja wam mogę obiecać — iż i ja tego robił nie będę!

Może poza tym, że od czasu do czasu wrzucę swoje, ale to w ramach promocji i szukania lepszej pracy, coby was jakoś utrzymać przy życiu, póki nie zaczniecie spłacać tych oto paragonów, które skrzętnie na was zbieram, darmozjady!

— Ale nigdy? — przez lament i łzy dało się słyszeć ciche pytanie najodważniejszego, bo odległego śmiałka, co wiedział, że zdąży zdupcyć do mamy, zanim go dopadnę.

— Nigdy!

— Ale nigdy, przenigdy, przeprzenigdy, przez cały tydzień!?

— Nigdy, aż będzieta duże jedno z drugim.

— Na litości, Panie i Ciemiężycielu w Sprzątaniu, Opłacaczu Rachunków, Regulatorze Haseł Wi-Fi, Naprawiaczu Gniazdek Domowych i Elektrycznych, Bankomacie Bezdenny i Kierowco Urodzinowych Tras Powrotnych! To potworne!

Gdzie będą nasze kontakty z rówieśnikami, gdzie utracona szansa na influenserkę i jedyna szansa na zostanie bogatym? Kto nas będzie polubiał, kto zazdrościł wakacji, skąd weźmiemy licznych znajomych?

Tak bez zdjęć w pozach różnych, fikuśnych selfie podróżnych i innych z wakacji zdjęciowych przekazów?!

Udałem, że się zdumiałem. Chwilę grałem, że dumałem, i tak ich zapytałem:

— A widzieliśta kiedyś waszą babcię, jak lata z albumem zdjęciowym po mieście i pokazuje jak jaka głupia zdjęcia swojej rodziny przypadkowo spotkanym osobom?

— Nie! Ale to nie znaczy, że tego nie robiła!
O, ten to będzie politykiem…

— Zapewniam, że nie tego robiła, gdyż mądrą jest osobą a ludzie mają to w dupie, poza tymi którzy są niecni.

— A co to znaczy „niecni”? — zapytało któreś

— Lekcjeś odrobił gówniarzu? — to zawsze działa.

I wstrzymało to lawinę błagań i łkań. Jedno nawet na chwilę zaniechało pisania listu z interwencją u Prezydenta. Zaczęła się burzliwa narada, trzaskanie drzwiami, niecelne do kosza rzucanie chustek ze smarkami, rysowanie jakichś wykresów, chodzenie do mamy, wracanie z podskokach, próby z laurkami, oddawanie przykitranego pilota do tv i wyprowadzanie na spacer kota. Nic to nie dało.

Pozostałem nieugięty.

Ale posłuchali co usłyszeli, usłuchali. I nie wrzucali. Gdyż, kiedy doszli jakoś do siebie, po północnych naradach, pogodzili się ze smutnym, acz prawdziwym losem, gdyż dotarło do nich, iż ten ma władzę, kto płaci za internet.

I że lepiej nie fikać do gościa, który decyduje o wymianie smartfonów na nowe oraz wypłaca (liche, bo liche, ale regularne) kieszonkowe.

A po jakimś czasie, kiedy pierwszy szok minął, przeszedłem do drugiego kroku:

— Zbierzcie się tu, dziadki… Nie, dziadek — ty nie! Chodźcie, a żwawo, gdyż przekazać wam coś chcę. Siądźcie wygodnie na dywanie, to może, po tym, co wam powiem, i jak was zemdli, nic wam się nie stanie. Przechodzimy do drugiego etapu opresji, represji, reperkusji i świata reparacji.

Otóż od dzisiaj nie wolno w internecie podawać swoich prawdziwych danych i nigdy nikomu tam wierzyć, choćby przysięgał na grę Mario Bros, Pokemony i Teamsy oraz pokazywał zaplecione paluszki w przysiędze. Nigdy, aż dorośniecie na tyle, żeby zrozumieć dlaczego. Przenigdy nie podajcie, skąd jesteście, ile macie lat, jak się nazywacie i dlaczego nasz mercedes jest lepszy od ichniego. I tak ma być.

Kapiszczi jeden z drugim?

Lament był mniejszy, bo to zima była i wiedzieli, kto płaci rachunki za ogrzewanie oraz kto może zaraz pójść odśnieżać podjazd, jak się ojciec wkurwi. Ale, ale… dzieciom nie można wydawać rozkazów bez uzasadnienia i siłowo, więc w celu dodania wagi mym słowom opowiedziałem im bajkę.

Drogie dzieci (i to, kur… dwa, dosłownie) — Tu rozległ się chichot zrozumienia dla mojego uszczuplonego mienia (to był dzień wypłat dziaderskich kieszonkowych).

UWAGA Bajka dla krnąbrnych dzieci: Za górami, za lasami, kiedy ojciec, czyli ja, robił tam gdzieś jako drwal na akord, to wasz uzdolniony inaczej tata, czyli ja, miał kolegę — normalnego i bardzo uzdolnionego w komputery huncwota, co w dzień spał, bo w nocy nie spał.

Gdyż albo kodował albo surfował.

Mieszkał on w jakiejś dziupli, bez ogrzewania ale rozgrzanej do czerwoności od pracujących na wysokich obrotach komputerowych wentylatorów, śmierdzącej pastami chłodzącymi do procesorów, pełnej śrubokrętów Torx, kieszeni na dyski, kabli RJ-45 i plakatów z Samantą Fox.

W jaskini, gdzie muzyka — jeśli tak można nazwać włączony na full black metal, Sepulturę i Slipknota — dudniła nieprzerwanie, a pod ścianą walały się wory z wykopanymi bitcoinami, butelkami po koli i tajgerze, a podłoga u niego z pudełek po pizzy była wykonana.

I kiedyś, kiedy utyrany, z siekierą przerzuconą luźno przez ramię, przechodziłem obok tej jego gawry. Schyliwszy się uprzednio, żeby nie zostać zdekapitowanym przez kable zasilające podpięte „na lewo” pod pobliski Urząd Skarbowy, zobaczył on mnie i mówi:

— O, cześć, Mi_. Słuchaj, czy mogę sobie pożyczyć twoją kolekcję MP3 Dead Can Dance, oraz terabajty innego badziewia co sobie ściągnąłeś ostatnio torrentami na swój Pecet?

— Pewnie, skoro twoje karty graficzne i pasma szerokiego, superszybkiego Internetu są tak zajęte ściąganiem pornoli, to jasne, że tak. Idę właśnie do domu i zaraz ci udostępnię…

— A nie, nie trzeba, przecież masz kompa podpiętego do sieci, nie chciałem cię fatygować i już je sobie sam od ciebie z dysku ściągnąłem. Tak tylko pytam, bo jesteśmy kumple i przecież chyba wypada… zapytać. Mama tak uczyła, że wypada.

Tak drogie w cholerę dziadki. Mam na was paragony, i skoro to było dawno, dawno temu, to pomyślcie sobie co można zrobić teraz.

I urosłem nagle jak Gandalf we Władcy Pierścieni, dodałem mocy i potęgi memu głosu by przekaz był jasny jak w memach: Nie łudźcie się, że was haker nie dopadnie, jak będzie chciał — dlatego to, co prywatne, niech zostaje prywatne — bo to nie była bajka.

W inne bajki sobie wierzcie, ale nie w takie, że jest coś bezpiecznego i prywatnego w sieci.

2 myśli na temat “Bajka bez morału, albo morał bez bajki

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑