Instrukcja prawidłowego spożycia Płatków Śniadaniowych

[ #szosopasta na 1004 słowa, 5 minut czytania ]

Dzień Płatków Śniadaniowych…

…Był wczoraj, ale wcześniej nie miałem czasu poruszyć tego niezwykle ważnego tematu.

Jeśli ktoś myśli, że jedzenie ich to proste zajęcie… myli się, poniżej:

„Instrukcja prawidłowego spożycia Płatków Śniadaniowych”

Ruszamy do szafki po składniki tego najważniejszego i – nigdy nie wiadomo – czy nie ostatniego posiłku dnia.

W naszym siedmiometrowym apartamencie (w skali Pato Developera – znany projektant – nie jest to micro, ale i nie midi – jest to już miniapart) mieści aż jedna szafka, a po otwarciu drzwi wygląda, jakby była zamurowana na głucho sporymi czerwonymi prostokątami (jak w „Beczce amontillada” Poego). W szafce mieści się ich trzydzieści.

Mało, ale spokojnie – kolejne palety wciąż leżą na pobliskim placu, strzeżone przez uzbrojonych strażników i naprężające się pułapki na szczury wielkości słowników. W roli przynęty każda z nich ma pojedynczą złotą bryłkę.

Tworzymy wyłom w murze, wyciągając jedną z cegieł. Z tyłu stoi jednak kolejna, identyczna – całkiem jakby maszerowały wprost na nas dziarską falangą.

Uff, jaka to ulga, widząc i wiedząc, że nie braknie nam tego elementu kompletnego, zbilansowanego śniadania – myślimy. I mamy rację.

Zatrzaskujemy drzwiczki i odmierzonym, wymuszenie spokojnym krokiem odchodzimy w głąb salonu. Jakiś metr.

To tam zwykle spożywamy posiłki na stojąco i gapiąc się w olbrzymi trzydziestosześciocalowy telewizor. Jakoś się tu zmieścił. Wiadomo – mistrzostwo planowania przestrzennego.

Ustawiamy pustą miskę i naszą ulubioną średniej wielkości łyżkę – w większości europejskich kultur zaliczałaby się do łyżek wazowych, w azjatyckich zaś – do narzędzi ogrodniczych.

Wyciągamy stosik papierowych serwetek. Nie tych brązowych, z surowców wtórnych, w które nic nie wsiąka nawet po zanurzeniu w wodzie, lecz tych niedbale nieekologicznych, śnieżnobiałych, puszystych i niesamowicie higroskopijnych.

Wszystko gotowe?

Teraz możemy wrócić do kuchni (czyli do wydzielonego trzydziestocentymetrowego aneksu), by otworzyć lodówkę, sięgnąć w głąb i znaleźć nienaruszone kartono-torbo-pudełko mleka UHT.

Mleko UHT właściwie nie musi stać w lodówce (ale… skoro już ją mamy) i ponieważ dla następnych kroków jest niezwykle istotne, by miało ono temperaturę zaledwie kilka tysięcznych stopnia powyżej punktu zamarzania – to stoi.

Lodówka w apartamencie ma w tylnej ściance szczeliny, przez które wlatuje zimne powietrze prosto spod rurek z freonem. Ważne – zawsze stawiamy mleko na wprost nich. Nie za blisko, bo wtedy blokowałoby przepływ powietrza, ale i nie za daleko.

Zimne powietrze zbiera wilgoć i staje się widoczne, można więc siedzieć przed lodówką i obserwować przepływ strumieni – tak jak to robi konstruktor testujący najnowszego myśliwca w tunelu aerodynamicznym.

Idealnie byłoby, gdyby strumień zimnego powietrza opatulał karton szczelnie jak kołdrą – wtedy mleko lepiej oddawałoby ciepło przez wielowarstwową konstrukcję z kartonu i folii.

Chciałoby się, żeby było tak zimne, że kiedy sięgniemy po karton ręką i lekko go ściśniemy, w środku pojawią się kryształki lodu, wywołane znikąd samą tylko falą spowodowaną przez nieznaczne zgniecenie pudełka.

Dzisiaj mleko jest prawie tak zimne, acz niezupełnie. Zabieramy je do salonu, a musimy brać je przez ręcznik, bo aż parzy w palce mrozem.

Wszystko gotowe.

Unosimy czerwone pudełko i mocno trzymamy je kolanami, kiedy wyciągamy zafoliowane płaty złota.

Halogeny w naszym podwieszanym na metr osiemdziesiąt dwa (bo trzeba mieć parę centymetrów przestrzeni nad głową – ale ktoś potraktował to dosłownie i zrobił parę… czyli dwa) suficie przeświecają przez mętną folię, ujawniając złoto – wszędzie blask złota.

Obracamy pudełko o dziewięćdziesiąt stopni, tak by jego dłuższa oś celowała w telewizor, chwytamy brzegi torebki i ostrożnie rozdzielamy zgrzew, który ustępuje z pomrukiem.

Złote bryłki sypią się na dno miski z brzękiem łamanych szklanych pałeczek.

Sztuka spożywania płatków

Spożywanie płatków na najwyższym światowym poziomie to sztuka delikatnego kompromisu. Micha z czubem rozmiękłych płatków, zanurzonych w mleku, niechybnie oznacza dyletanta.

W idealnej sytuacji należałoby wprowadzić do ust suche jak pieprz płatki i kriogeniczne mleko, tak by cała reakcja odbyła się dopiero w jamie ustnej.

Ktoś kiedyś opracował nawet (pewnie w wyobraźni) projekt specjalnej łyżki do płatków, z rurką w środku rączki i pompką do mleka. Wybierałoby się nią z miski suche płatki, kciukiem naciskało guzik i spryskiwało je mlekiem w ostatniej chwili przed włożeniem do ust.

Inna, nieznacznie gorsza metoda, polega na małych krokach – wrzuca się do miski tylko trochę płatków i zjada natychmiast, zanim zmienią się w obrzydliwą papkę – w przypadku naszych trwa to około trzydziestu sekund

Dobra, do dzieła.

Jedną ręką wlewamy mleko, drugą zaś wtykamy w nie łyżkę, aby nie uronić nic z tej magicznej, złotej chwili, w której płatki i mleko znalazły się razem, choć nie zdążyły jeszcze zbrukać swej platońskiej czystości: dwie idee oddzielone tylko błonką grubości cząsteczki.

W miejscu, gdzie wodospad mleka spada na rączkę łyżki, na lśniącej stali nierdzewnej skrapla się para. Używamy oczywiście pełnego mleka, bo inaczej… czy to wszystko miałoby sens?

Wszystkie inne smakują jak woda; poza tym, są pewnie podejrzenia, że tłuszcz działa jak swego rodzaju bufor, opóźniający rozpuszczenie się wszystkiego na papkę.

Olbrzymia łycha ląduje w ustach, zanim mleko zdążyło się ustać. Dołem wydostaje się kilka kropel, wychwyconych przez ultrahigroskopijną płachtę papierowej bieli.

Odstawiamy karton i jednocześnie skupiamy całą uwagę na wnętrzu jamy ustnej. Nie widzimy go, naturalnie, ale mamy w wyobraźni trójwymiarowy model (po zrobieniu tego panoramicznego zdjęcia naszego uzębienia to już na zawsze zostaje w głowie – zdjęcie, nie uzębienie), obracający się jak w rzeczywistości wirtualnej.

Amator nie opanowałby się teraz i, przeglądając jakiegoś kolejnego ekskluzywnego, starannie dobieranego pod doskonale rozpracowany profil psychologiczny Tik-Toka, spróbowałby je beznamiętnie przeżuć.

Kilka bryłek eksplodowałoby mu pomiędzy trzonowcami, potem jednak szczęki zatrzasnęłyby się, wbijając resztę płatków w podniebienie, gdzie pancerz z ostrych jak brzytwa kryształków dekstrozy spowodowałby ciężkie obrażenia, zamieniając posiłek w coś w rodzaju zmąconego bólem marsza żałobnego. Potem trzy dni byłby niemy od lidokainy.

To błąd.

Z czasem można jednak wypracować naprawdę perfidną strategię śniadania na śniadanie płatków śniadaniowych, obracającą przeciw nim ich złe cechy. Strategia polega więc na rozdrobnieniu ich, jednej o drugą, w środku jamy ustnej – jak kamieni szlachetnych w wirówce u szlifierza.

I już.

Załatwiliśmy je ich własną tajną bronią, obroniliśmy się, bo (jak się po raz kolejny okazuje) najlepszą obroną jest atak i jeszcze potem można wszystko zwalić na atakowanego.

A teraz, zjadłszy zadowalającą ilość płatków, czyli mniej więcej połowę półkilowego pudełka, można iść – sytym i zadowolonym – zdobywać świat. Albo robić na kredyty, żeby mieć gdzie wypocząć po robieniu na kredyty, żeby mieć gdzie jeść płatki.

2 myśli na temat “Instrukcja prawidłowego spożycia Płatków Śniadaniowych

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑