Pije się tylko dwa razy

#szosopasta na 852 słowa, 5 minut czasu czytania

Zanim Bond wyszedł z ultranowoczesnego biurowca San-a Osato z wykradzionymi dokumentami – o wadze, mimo że papierowej, to międzynarodowej – musiał wcześniej dokonać kilku ciekawych obserwacji w zgoła (bo przepasanej jedynie opaską między nogami) nietypowej lokalizacji, jaką był turniej sumo.

Tam, z podziwem patrząc na panów, których łatwiej przeskoczyć niż obejść (i objeść), poznał miłą i sympatyczną Japonkę. Ale już nie pamiętam, czy była w japonkach.

Akiko ‘Aki’ Wakabayashi, bo o niej tu mowa, poza znakomitymi koneksjami, urodą i bystrym umysłem, dysponowała też sprzętem, który – kiedy go ostatnio ujrzałem na jakiejś aukcji – przypomniał mi to wszystko, co tu właśnie produkuję.

Sprzęt ten, wart teraz od 850 tysięcy do miliona drobnych dolców, to Toyota 2000GT.

Zanim Bond w 1967, nurkując, przycedził grzywką w jej dach, pokazali tę piękną Toyotę – gdzieś w okolicach 65. – na Tokyo Motor Show i wyglądała obłędnie.

Bond, James Bond, był wtedy w Japonii bardzo popularny. Dlatego Toyota z wielką chęcią zgodziła się pomóc w realizacji filmu „Żyje się tylko dwa razy”, w którym próbowano choć odrobinę przybliżyć trudny zawód Agenta Jej Mości przeciętnemu zjadaczowi sushi.

W tym celu dostarczyła na plan model(kę) 2000GT, a ta tak idealnie pasowała do 007, że musieli z niej zrobić kabriolet. Bo się w coupé z dachem… nie mieścił.

Na wszelki wypadek zrobili dwie sztuki – nigdy nie wiadomo, gdzie pani Aki tym wceluje, błądząc po zaułkach japońskich miasteczek typu Kobe (szczególnie że, czego w filmie nie widać, nie potrafiła prowadzić).

Toyota, w której utknął nasz uroczy Agent, miała na pokładzie dostarczone przez mały, nieznany szerzej koncernik Sony (?) drobne (bo japońskie) gadżety.

W roku 1967 były to: kamera CCTV, nagrywarka wideo, kamery za przednią tablicą rejestracyjną, krótkofalówki, dyktafon uruchamiany głosem i system audio.

W aucie… w 67 roku.

Tu, dostając lekkiego udaru, przemieszczam się do roku coś koło 1989, ze dwadzieścia parę lat do przodu. W środkowe regiony Europy Centralnej, drugi na prawo od żelaznej kurtyny (patrząc od dołu mapy), do standardowego sklepu RTV. Bo coś tam rzucili!

– Poproszę walkmana stereo!

– A co to jest? Nie ma!

– A jest coś?

– Gramofon, mono…

– Biorę cztery!

– „Kartki” ma?

Tak, komunistyczne państwo to, jak Japonia, fascynujące miejsce… tylko ciut inaczej.

Ale, ale – jasne, tam w tym Nipponie też mieli swoje „wzloty”. Choćby jak wtedy, kiedy armia nippońska, podczas długiego tournée po wschodniej Azji, straciła nagle swój pazur.

Niby się przygotowali do tej wojny, wszczęli ją pospołu, jakby wiedzieli, co robią, ale… wyglądało na to, że zgwałcenie całej żeńskiej populacji Nankinu i rozniesienie na bagnetach bezbronnych filipińskich wieśniaków nie bardzo przekładało się im na prawdziwe kompetencje militarne.

Armia nippońska, dawno temu oparta na siogunach, mieczach i operujących nimi sprytnie samurajach, podczas drugiej wojny wciąż szukała sposobu na zabicie stu amerykańskich marines, tak żeby nie stracić przy tym sześciuset własnych żołnierzy.

Jak to się skończyło – każdy wie.

Poza tym, i kilkoma innymi faux-pas, sztuka płatnerska, sztuki walki, sztuki wołowiny z Kobe i wielosztuki Yamazaki whisky… palce lizać.

Jak już się za coś wezmą, wyciągną wnioski z porażek, pognał się w ukłonach – to wychodzi im doskonale.

Ale drogo. Bardzo drogo im to wychodzi.

2000 za flaszkę wódy? Soshite ikimashou, sensei!

Dlatego póki Polska nie została jeszcze drugą Japonią (choć z tego, co widzę na metkach, to już niedługo), zostaję nad Bałtykiem.

Nie zjem gofra, kupię frytki na sztuki – ze dwie, i akurat zaoszczędzę na Yamazaki made in Japan!

Może na szklankę, szklaneczkę, szklanunię w Nadmorskim Wypoczynkowym Domu Whisky styknie.

Lubię whisky. Nie rozpoznam, z jakiego torfowiska, o której godzinie zbierane i dlaczego Anglia wtedy przegrała mecz, i jaka to była pora roku, ale ogólnie – szklaneczkę dobrej jakości trunku zawsze chętnie spróbuję.

Jedne mi smakują, a inne nie. I jeśli o mnie chodzi, to o to tu chodzi.

Dobra, nie ma co fizolować, kasa przykitrana – wchodzę.

Patrzę, wszędzie whisky. Od góry do dołu, whisky. Wszędzie butelki albo butelki, z wyśmienitymi trunkami z całego świata!

Nie. Nie! To sen? Nie ma takich miejsc na świecie! Wychodzę, wchodzę jeszcze raz…

– Panie! Długo jeszcze będziesz tak robił przeciąg z obłędem w oczach?

– Przepraszam, gdzie ja jestem? Czy to już raj, bo nic mnie nie piekło? Miałem wypadek? A co z rodziną? Co z moim autem?

Cóż, rodzina strategicznie na gofrach (dobrze, że lubią tylko z cukrem pudrem). Jadę z tematem, czasu mało.

Z miną zblazowanego milionera, który tylko dlatego Bentleyem nie podjechał, że mu się nie chciało, rzucam:

– Yamazaki malt 18 SUNTORY daj mię tu! Mam kilka dych, wystarczy?

Barman, z miną zblazowanego kelnera, który tylko takich tu widuje:

– Służę uprzejmie, proszę bardzo. 90 zł. Czeków i obrączek ślubnych nie przyjmujemy. Only kasz, panie milioner.

90 zł?! Za troszkę wódy?! No tak. Tak to jest. Trochę tego mało, ale cóż… takie japońskie standardy.

Stawiam na stoliku, patrzę, podziwiam, wącham, macam, robię zdjęcia. Jeszcze nie wiem, czy pić, czy modlić się, a może zabrać ze sobą?

Notatnik przygotowany, będę spisywał wrażenia, będę filmował!

Instagram czeka, Facebook wrze, Twitter… wróć… X szaleje, a Tik-Tok się zawiesił.

Potem, już po chwili, wydarzenia dzieją się dość szybko.

Wchodzi moja lepsza, mniejsza połowa (czarna, szczupła, filigranowa – styl japoński) i widzi szklankę. Pyta:

– A co tam pijesz? Dobre? Można spróbować?

I nie czekając na odpowiedź, bierze, przechyla, próbuje.

– O, dobre!

I wypija całość.

2 myśli na temat “Pije się tylko dwa razy

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑