21.03

#szosopasta na 783 słowa, 4 minuty czasu czytania

Knajpa była speluną, która przetrwała tu tylko dzięki dokerom, poławiaczom, spławiaczom i obłędnie fanatycznym wędkarzom wpadającym po wrzątek.
Ciemne wnętrze dobrze kamuflowało braki w higienie i niepełne bywalców uzębienie.

Sprawdziłem broń – strzeżonego pan Glock strzeże – przejechałem ręką po włosach, przetarłem twarz, poprawiłem kurtkę i wszedłem.
Czas do pracy.

W środku stoliki pamiętające lepsze czasy – kiedy lokal walczył jeszcze o złotą patelnię a zestaw podstawowy był obowiązkowym – okryte pamiętającą tamte czasy ceratą w (chyba) czerwoną kratę, z krzesłami obciągniętymi popękanym, beżowym skajem – do kompletu.
Ta… widać, że dekorator zrobił, co mógł: „Pan udaje, że płaci, to ja udaję, że pracuję”.

Przynajmniej jest nad rzeką.

Przy barze, na twardym (nie ma co zachęcać do dłuższych posiadówek z laptopem), niezmywalną krwią poległych zbroczonym, z drewna na ręcznej tokarce toczonym stołku, siedziała Ona.
Moja dzisiejsza praca.

Wyglądała mizernie, słabo, wycieńczone świadomością przyszłości takie byle co.
Westchnąłem, bez politowania. Świat schodził na psy… co za bzdurne powiedzonko, świat schodził na ludzi, a ci zrobili się bardzo leniwi ostatnio.

Odwiecznie nieokrzesani, brudni, nadal zabobonni, przesądni i leniwi. Albo miękcy.

Jak to szło… Ciężkie czasy tworzą ludzi twardych,
Twardzi ludzie tworzą czasy lekkie,
Lekkie czasy tworzą ludzi miękkich,
Miękcy ludzie tworzą czasy ciężkie?

I zamiast, jak dawniej, wziąć sprawy w swoje ręce, załatwić, co było do załatwienia, zrobić to szybko, sprawnie, po prostu – jak należy – wolą nadal oddać cesarzowi, co cesarskie, ale przez aplikację. Zrobić na patronajcie zbiórkę.

Mieć załatwione przez kogoś innego. Wypatronieni patroniusze.

Cóż, mam to w rzyci, żyję z tego przecież.

Wstępnie uderzony dymem jak siekierą, a smrodem niczym młotem, jakoś się przebiłem do wnętrza.
Wszedłem, a kiedy moje zmysły odzyskały swoje zmysły, zobaczyłem ją. Siedziała w najdalszym kącie, przy barze. Kolejną pijąc kolejkę, w lokalu lokalnych kolesi, co w wysokoprocentowej ciszy, dymie i zadumie czekali na lepszą przyszłość, o której wiedzieli, że nie nadejdzie. Przynajmniej jest okazja, żeby się napić.

Nie siadałem – wielu i rozmaitych już jegomości on mościł, a nie każdy z niego wstał samodzielnie i świadomie. Ze strachu, że się na czas nie odkleję od stołka, stanąłem obok.
Zamówiłem piwo, a ona gadała, jak każdy rozgoryczony bywalec takich przybytków, co po wychylonym o jeden za dużo.

Musiała się wygadać. Niech mówi.

I chyba już dawno temu się rozgadała, chociaż ciężko to teraz stwierdzić. Barman, sądząc z wyrazu twarzy, a raczej braku (wyrazu, nie twarzy), miał to w zawodowo i niezawodnie utwardzonej duszy… y… w dupie.

— Jeszcze jeden — rzuciła. — Jemu też nalej. Ciężko tak samotnie pić w takiej sytuacji. Spojrzała na mnie z ukosa.
Skinąłem głową, dziękując nieznacznie, z przyzwoleniem. „Niech pije.”

— Kiedyś kimś byłam — mówiła przed siebie, do upstrzonego odbicia butelek w mętnych, dawno nie mytych lustrach zabarowych. — Ludzie mnie na swój sposób szanowali, przynosiłam im ulgę, lepsze jutro, a przynajmniej nadzieję.

Byłam jak księżna! A teraz?

Kiwnąłem lekko głową, przyznając jej w milczeniu rację. Bo i cóż mogłem dodać: „tak, masz rację, ludzie to niewdzięczne, mikre, słabe, kiedy wygodnie z lukami w pamięci kreatury. Ale taki jest świat?”

— Byłam ważna! — ciągnęła głośniej. — Byłam tą, która przeprawiała dusze. Nie bali się śmierci, bali się mnie — kontynuowała, machając z emfazą ręką i rozlewając trunek.
Sprawdziłem, czy nie wypalił dziury w kontuarze. Wypalił – miał moc.

— Ludzie pchali się do mnie całymi tabunami. Dniami całymi wypatrywali i czekali, gdyż wiedzieli, że dzięki mnie może być im lepiej. Tak, to, co nieuniknione, musi przyjść, ale może lepsze – i to tylko dzięki mnie! Tak, cholera, poświęcałam się, cierpiałam, bo wiedziałam, że tak trzeba, a moje poświęcenie nie pójdzie na marne. I chyba na swój sposób byli mi wdzięczni… Tak, tak, może w dziwny sposób okazywali wdzięczność. A teraz? Już nawet nie jestem kukłą. Stałam się… nikim.

I nagle trzeźwa, spojrzała na mnie przenikliwie.
I nadal trzeźwo rzuciła: — I… co, wysłali ciebie?

Zaniepokojony barman uniósł nagle głowę, tak jakby sytuacja, nad którą panował, zaczęła mu się wymykać.

Czyżby… — analizował — dojdzie do uszkodzeń mienia i strat materialnych, a może ofiar w ludziach?Zerknął na mnie. Może nie.
Na szczęście rzeka niedaleko.

— Dobra — uznałem — czas to kończyć.

Dopiłem piwo, popiłem przez nią postawioną, przez barmana podstawioną, a podstępną – w komplecie z browarem – czystą dwusetką. Odchrząknąłem, czując, że przepala mi przełyk i kilka mniej ważnych narządów, ale nie zakąsiłem ogórem w wodzie burej z kontuaru.
Jeszcze mi rzycia miła.

— Wiem — rzekłem do niej — kimś byłaś. Ważyłaś, decydowałaś o losach wielu, a od ciebie zależało powodzenie istot ludzkości. Ale czasy się zmieniły. Ludzie już tacy nie są. Stali się wygodni i słabi. Nie chcą już brudzić sobie białych, wymanicurowanych, w drogie hybrydy wyposażonych rączek. Majętni są – w kredyty i debety wyposażeni – więc mają z czego wynająć takich jak ja, co rąk sobie ubrudzić się nie boją.

Przykro mi… — skłamałem. — Pozwól, że przynajmniej zapłacę za ciebie.
Chodź, czas już najwyższy na ciebie… Marzanna. Rzeka czeka.

2 myśli na temat “21.03

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑