#szosopasta na 707 słów, 4 minuty czasu czytania.
Do piłki, tej co to ona jest okrągła, a bramki są dwie, ja nie mam nic.
Może tylko tyle, że póki najlepszy nawet piłkarz zarabia więcej niż naukowiec, to jesteśmy, jako cywilizacja, na równi pochyłej, a karaluchy już stoją w blokach startowych, żeby nas zastąpić.
Mimo to, gdyby PZPN, zamiast stroić fochy, siać niepewność i żenadę, przyszedł do mnie i zapytał:
– Ty, Szosa, bo ty byłeś raz w Portugalii, c’nie? I co myślisz, można brać ichniego selekcjonera czy nie? Mów mi tu zaraz – brać Portugalczyka?
Powiedziałbym, że byłem i dokładnie wiem, jak to się skończy.
Gdyby tylko zapytali…
…To było lato, Lizbona i mecz o półfinał. Portugalia gra z Francją. Gra w piłkę nożną, we Francji – mecz trwa.
Lepki upał zalał ulice, ale popołudniowe słońce, nadal gorące, nie obchodzi teraz zupełnie nikogo.
Ludzie poutykani w barach, knajpach, u sąsiadów i gdzie się da, zapadają w microletargi przerywane wybuchami powszechnej euforii lub furii.
Ile już razy porra sędzia tego meczu umarł w męczarniach po złorzeczeniach, ileż razy przepadł w odmętach piekielnych, a foda Francuzi i ich gra to: Isso me irrita pra caralho!!!
Poza tym Portugalia to kraj miły i spokojny.
Póki co wygrywa w rankingach na najbezpieczniejszy kraj świata – pod warunkiem, oczywiście, że aktualnie nie gra w piłkę nożną.
Bo jak gra, to: Portugalia do boju i powszechne szaleństwo!
Już nigdy chyba nie będzie lepszego momentu na ucieczkę z więzienia, obrabowanie banku narodowego czy pokojowe obalenie prezydenta w przedpokoju i przejęcie władzy „Cichosza”.
Dosłownie – teraz nie obchodzi to nikogo.
Siedzę sobie w Lizbonie, słucham ciszy przerywanej trzęsieniami ziemi, kiedy Francja niesłusznie dostała wolnego, i z tego gorąca, i ogólnie atmosfery bardziej napiętej niż guma od majtek, chciałbym napić się piwa.
O, takiego małego, o!
Czy to tak wiele chcieć, do cholery, w ten letni, gorący wieczór, mimo że popołudnie – PIWO? Jedno jedynie!
Ale jest mecz – zapomnij więc.
Ludzie kupami siedzą w sieniach swych ubogich kamienic, oglądają, słuchają, milczą lub drą się do siebie i włosy z głów.
Jak w Polsce – dziesięć milionów fachowców od futbolu.
Ulicami samochody stadami się ganiają, radio w każdym na maksa, żeby było coś słychać, gdyż nic nie słychać, bo w każdym radio na maksa.
Z okien wystają im flagi i kończyny.
Zmęczony już jestem całym tym dniem, upałem, obłędem wkoło i – zwyczajnie – spragniony, bo nikt nie był w stanie podać mi tego jebnego piwa.
Podejmuję desperacką, ostateczną i nieodwracalną decyzję: wracam do hotelu.
Dokładnie: na kemping.
Dokładniej: na ławkę na kempingu.
Jedyny kemping spełniający moje kryteria (może być zerogwiazdkowy, byle był odpowiednio cenowy, w lidze super light – papierowa lub darmowa) jest na przedmieściu, a konkretnie – dość daleko poza miastem.
Ale luz, jeździ tam tramwaj!
Tramwaj – wspaniały środek transportu.
Jakich ludzi można tu poznać!
Ile się dzieje za oknem!
A ile w środku!
Jakie przyjaźnie zawiązuje się w tramwaju!
Jakie się przeżywa (czasami nie) przygody!
Konglomerat aromatów i doktryn!
Z niczego cię, znaczy mię, tak nie wyjebią jak z tramwaju.
Wystarczy, że masz/mam/ma zły akcent, zły kolor skóry lub po prostu mówisz po niemiecku.
Lecz zostawmy politykę, gdyż to sport łączy ludzi, a to, co dla mnie najważniejsze w tramwaju, jest – to on tani jest!
Kurczę, jakby się dało, na koniec świata można by pojechać tramwajem i jeszcze kasy zostanie na powrót.
Gdyby tylko było po co wracać… ech.
Jadę na kemping, to ostatni zdaje się kurs, a skoro trasa za miasto, to jestem już poza miastem.
Jak to w południowych krajach, ciemno zrobiło się szybko i wcześnie, a my sobie jedziemy.
My, czyli tramwaj, tramwajarz, ja i radio. Rozkręcone na maksa.
No kto poważny teraz, kiedy Portugalia gra o wszystko, jechałby tramwajem?
Chyba ino Gringo tylko.
Mimo że nie znam portugalskiego, i tak dokładnie wiem, co się dzieje na boisku, jaki wynik, która minuta i dlaczego rywale to curva.
I gdy tak jedziemy – ja, radio i tramwajarz – gdy emocje sięgają zenitu, a komentator zaraz eksploduje razem z radiem… mecz się kończy i okazuje się, że Portugalia jednak… nie wygrała.
Nasz tramwajarz, z wyglądu urodzony gdzieś w koloniach Portugalczyk, miotając kalumniami i machając rękami, jak jechał, tak nagle, ze zgrzytem zębów i hamulców zatrzymuje się tym tramwajem.
Po czym zrywa się z miejsca i wybiega, znikając w ciemnościach…
Wziął, tak się uniósł, że nie uniósł, zostawił wszystko i jak stał tak wstał, i sobie poszedł!
– halo…! – rzuciłem przed siebie
– …Mać, mać, mać… – odpowiedziało mi jedynie echo.
Gdyby zapytali czy brać Portugalczyka, wiedziałbym co odwwoeidzieć.
…No ale, nie zapytali.

No w Portugalii pifo, tam ino wino, czerwone…
P.S.
motorniczy mnie zainspirował, w poniedziałek pójdę jego śladem
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Opisz jak było!
PolubieniePolubienie
ale fotografeiro pierwszorzędne
PolubieniePolubienie
Wiadomejro
PolubieniePolubienie