Lambo

#szosopasta na 852 słowa, 5 minut czasu czytania

Nim zobaczyłem, wcześniej to poczułem. Nie nosem pismo – tylko całym sobą.
Wyczułem i usłyszałem, że gdzieś tu coś poważnego ale niewidocznie się czai.
Jego potęga przeszyła mnie na wskroś, zakłócając swoją wibracją i częstotliwością pracę narządów Mi_wnętrznych. Uff, dobrze, że nie mam rozrusznika.

Dudnienie, wizg, dywanowy nalot?
A więc wojna?

Gdy w końcu zatrzymał się na pasie obok, zajmując niemal całą jego szerokość i zagłuszając moje radio, wychyliłem się mocniej przez okno, żeby go obejrzeć z góry… i w końcu do mnie dotarło:
– A nie, spoko, to Batman jest w mieście!
Po uważnej inspekcji, gdy przezwyciężyłem wibracje i synapsy się w mi ze sobą dogadały, pojąłem, że też nie.
Ten ledwie co unoszący się nad ziemią, szeroki jak lotniskowiec, kanciasty pojazd, który łatwiej przeskoczyć niż obejść, to Aventador.
Potężne, sześciolitrowe V12 opakowane w Lamborghini.

Cóż za wspaniały Byk z Sant’Agata we Włoszech, bo przecież to stamtąd wywodzą się byki spod znaku Lamborghini – od Miury po Murciélago. Włosi wypuścili ze swej stajni supermacho, noszącego imię byka z korridy. Aventador zdobył sławę na arenie w Saragossie w 1993 roku.

Stoimy na światłach. On bulgocze, mi bulgocze.
Musimy wyglądać komicznie tak od przodu – kombinacja Flipa i Flapa. Niski i szeroki z wysokim i chudym.

Zielone – i ruszyli!
Zanim mój obrotomierz zdecydował, że to jest ten moment, aby wrzucić dwójkę, Avi już był o kilka długości z przodu. Ruszył jak F-16 do kolejnej ważnej misji, gdzie każda sekunda jest na wagę złota, a kosztów paliwa nie liczy nikt.

Ledwie ruszył, poszedł szarżą, jak to byk, na czerwone…
Hamowanie.
Rany, ależ on musi mieć hamulce! Jak startuje pewnie w mniej niż trzy sekundy do setki, a po trzystu metrach musi się nagle zatrzymać na kolejnym skrzyżowaniu – ceramika tam siedzi jak nic!

Znowu się spotykamy, ale teraz już jestem przygotowany. Uszy zatkane watą, oczy zmrużone, żeby nie latały, radio wyłączyłem – nie ma takiej muzy, która by się mogła równać z nutą V12 (nawet przy zatkanych uszach, przez okno i w nieswoim aucie).
Czekamy na zielone, więc oglądam z podziwem to dzieło. Bo niewątpliwie jest to dzieło.

Drzwi unoszone do góry, w środku wnętrze, w którym wszystko zdaje się krzyczeć, że prędkość jest najważniejsza. Niskie, szerokie i groźne nadwozie przyczaiło się na dwudziestocalowych kołach z oponami Pirelli Corsa. Wysuwane osłony wlotów powietrza chłodzącego i spoiler z tyłu czekają, żeby wkroczyć do akcji.

Piękny pojazd. Potęga, moc, siła!
I jest – znowu zieleń:
– F-16, F-16! Masz pozwolenie na start – przepustnice na maksa i jeszcze się dobrze nie rozpędził:
– F-16, F-16, możesz lądować – kolejne czerwone.

Co poradzisz, jak nic nie poradzisz? To centrum miasta, starego miasta. Ulice wąskie, ruch duży, skrzyżowań i ludzi jak na Shibuya w TłokYo. Ale auto przepiękne.

Światło zielone – i znów do przodu. Ja powoli, jak słoń ociężale, on długimi, szybkimi susami jak Bold, niejaki Usain. I tak, od świateł do świateł, przemieszczamy się w stronę przedmieść.

Rany, ależ on ma szyję – ten kierowca – z tytanu chyba. Takie ciągłe starty i hamowania, przeciążenia jak w Formule 1. Musi dawać to nieźle w kość… w kark, znaczy się.
I jeszcze to zawieszenie – ciekawe, ile udaje się wypić kawy, zanim się cała wychlapie? A gdzie tam! W takich wnętrzach kaw byle jak i byle jakich się nie pija!
Takim, stylowo i gustownie, na kawę z dolce gusto, nad Gardą się się jedynie zatrzymać możesz.

W końcu jakaś dłuższa prosta i, gdy z żalem się już z nim żegnałem, gdy niemal niknął Mi_ z przodu – kolejne nagłe czekało go hamowanie… No tak, fotoradar.

Po jakimś czasie tej naszej dziwnej jazdy, on szybciej, ja wolniej, w końcu dojechaliśmy pod bramki wjazdowe na parking centrum handlowego. O, ciekawe, jak sobie poradzi z wyciągnięciem biletu parkingowego. Przecież jeden fałszywy ruch, jedna źle obliczona krzywa i nie sięgnie! A wtedy? Czy będzie musiał wyleźć przez to okienko, czy też będzie trzeba wysiadać w całości? A tu się siedzi przecież prawie na jezdni…

Konstatuję, że musi być ponadprzeciętnie wysportowany. Siłownia pewnie codziennie.
Z drugiej strony – dziwni jesteśmy my, ludzie. Jeździmy autami na siłownię, żeby tam biegać w miejscu.

Ale nie! Perfekcyjnie na wyciągnięcie końców palców udało się. Dobra gibkość, wspaniała koordynacja ruchów – i znowu sukces. Bilet pobrany!

Patrzyłem i dumałem nad filozofią życia z takim wspaniałym pojazdem.
Wszędzie odcinkowe pomiary prędkości wymieszane z fotoradarami.
W miejscach w których ludzi stać na takie bryki, bo mają własne fabryki albo po prostu są znani z tego, że są znani, lub kopią w piłkę za przekroczenie prędkości można dostać mandat o wysokości dochodu narodowego brutto jakiegoś afrykańskiego państewka.
Łatwiej to przeskoczyć niż obejść, a z zawieszenia cieszą się jedynie dentyści milionerzy.

Patrząc na to arcydzieło techniki nieużytkowej nagle przypomniałem sobie stary dowcip:

– Tato, tato, a po co nam takie mocne, duże kopyta? – pyta synek wielbłąd tatę wielbłąda.
– Synku, jesteśmy wspaniałymi, potężnymi zwierzętami. Potrzebujemy takich kopyt, żeby nam się nogi nie zapadły w piach pustyni i żebyśmy mogli przemieszczać się sprawnie na wielkie odległości po parzących terenach!
– Aha! A tato? A garby po co nam?
– Synku, jesteśmy wspaniałymi, potężnymi zwierzętami. Potrzebujemy ich, gdyż na pustyni jest sucho i tam zbieramy wodę, żeby przebywać potężne odległości i nie musieć często pić!
– A tato? A po co nam to wszystko w ZOO?!

2 myśli na temat “Lambo

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑