Polansky

#szosopasta na 1000 słów, 5 minut czasu czytania.

Jeździłem niedawno Volvo, wersją S90. Duży kawał ładnie powyginanej blachy. W środku czarna skóra połączona z chromami, materiały premium, przepych i szyk. Ogólnie pięknie i estetycznie.
Lipy nie ma.

Lekką konsternację wywołał we mnie tylko tablet wielkości telewizora wielocalowego, w środkowej konsoli.

W myśl przepisów w pojeździe nie można w trakcie jazdy dotknąć telefonu, ba, pomyśleć prawie o tym nie można.
Że przez niego cała ta dekoncentracja, brak skupienia i w ogóle to według wszelakich zasad obie ręce na kierownicy należy trzymać, bo inaczej potępienie na wieki i mandat który będą spłacać jeszcze czyjeś wnuki.
I, proszę pana, nie ma zmiłuj gdyż od tego zależy bezpieczeństwo pana i innych na drodze!

Fizyczne przyciski (póki księgowi się nie zajęli inżynierią) stabilnie i na stałe zamocowane w tych samych miejscach, nie dekoncentrując, ułatwiały prowadzenie. Można na nich polegać gdyż jest spora szansa, że będą tam, gdzie się je ostatnio zostawiło.
Gdy patrząc na drogę sięgaliśmy, by zmienić temperaturę czy stację radiową, było pewne, że bez patrzenia znajdziesz co trzeba.

A na takim tablecie-konsoli? Opcji, wersji nastaw i konfiguracji jest tyle, że sprzedając auto po latach jazdy, pewnie jeszcze bym się ich uczył.

Więc jak to jest?
Komórki ruszyć nie mogę, bo ryzyko i ręce na kierownicy, ale maziać po takim kinowym ekranie można bezkarnie?

A skoro o kinach (zamykanych niestety) i Volvach (nie moich na szczęście) mowa…

…Swego czasu, lata temu, po latach zaniedbań i siermiężnej olewki, nastąpił renesans kina.
Wcześniej zapomniana muza nagle przemówiła i wszyscy się w niej zakochali.
Nastała moda „na kino” i urządzano huczne premiery. W godzinach wieczornych, a często nocnych, o 00:01, schodziło się lokalne „Ą – Ę” w gajerach i sukniach od Versacza z wersalcza, czy Tomka z forda, lub co tam wtedy można było dostać, i z zaproszeniami – do kina, a czasem i na film – szli.

W środku takiego kina (a wtedy multipleksów wielosalowych 3D nie było): piwo (przeważnie niedobre, bo za darmo), catering (koreczki jakieś), aktorzy, reżyserzy (przyjezdni i miejscowi). I Na porządku dziennym ekscytacje w typie „Panie reżyserze, ja pana we wszystkich filmach widziałam! I tych zagranicznych też!”

Przeważnie łatwo było się wbić na taką premierę.
Sposób 1: z zaproszeniami, gdy się miało dojście,
Sposób 2: przeważnie bez, gdyż zaproszenia przeważnie brakło dla szarego obywatela.

Wbijało się wtedy metodą „służbowo, na statek”. Wiadomo, że jak premiera i wjazd wyłącznie po okazaniu zaproszenia, to przyjdzie sama miejska elita, a elitom nikt do biletów zaglądał nie będzie, bo kto by śmiał. Skoro przyszedł to wiadomo, że ma i „nie róbmy z tego zagadnienia, przechodzić!”

No to chodziłem, przychodziłem, wchodziłem i byłem.
Catering, piwko, film. W sumie udany wieczór, nudy nie było.

I jest kolejna premiera, w czwartek to było.
Rany, dlaczego zawsze czwartek?!

Pracowałem ciężko („ciężko to kurwa pracują górnicy”), wykuwając jakoś swój los i tego dnia, jak zawsze w tygodniu, skończyłem dość późno. Przebrać się w smoking którego nie miałem nie było już kiedy, ale zawzięty na odchamienie się, po kilkunastu godzinach tyrania poszedłem, jak stałem.
Nawet nie wiedziałem, jaki film będzie bo dopiero wróciłem gdzieś z daleka a internet wtedy na południu nie dział… nigdzie nie działał.
Puchowa kamizelka reporterka, spodnie bojówki, ot, typowy fotoreporter, tylko bez foto i nie reporter.

Pod kinem, jak zwykle, zwykła ludzka, choć elitarnie wybierana, ciżba. I niby jest tak samo jak zawsze. Ale jakoś inaczej. Mój reportersko (nie)zawodny nos coś tu wietrzy, ale, ni cholery, nie wiem co. Różnice czuję, jednak ich nie obserwuję.
Wyraźnie jednak coś się tu święci, bo jakoś tak bardziej pilnują?
Sprawdzają zaproszenia pilniej? Hmm, w ogóle je sprawdzają!
Prezydent będzie?
Celebrycko bardziej jest na pewno, wtedy się to nazywało chyba glamourowo.

Stoję na chodniku przy wejściu i nie wchodzę, gdyż nie wejdę. Jakoś tak w ferworze walki się okazało, że tym razem (czyli jak zwykle) nie mam zaproszenia.

Ludzi coraz więcej. Wszyscy Wybitnie Wystrojeni. Chyba prosto z new jorku, dźerzeju czy innego jedwabiu mają te ciuchy i Gucciego dodatki. I nie tylko ja wyglądam jak fotoreporter, ale tylko ja od siedmiu boleści.

Chociaż widać, że ciężko będzie się wbić tym razem i w większości są na świecie ludzie, którzy twierdzą, że głową muru nie przebijesz, to są też jednostki, które uważają, że głowy murem nie powstrzymasz.
I ja jakoś jakiś sposób znajdę, żeby się tam dostać.
I to może nawet dzisiaj!

Godzina W wybiła, już nawet spóźnialscy są w środku, a ochroniarze w przebraniu pań bileterek przy przeszklonym wejściu lustrują przestrzeń wzrokiem typu „bez zaproszenia nie podchodź”.
Ponuro dość lustrują i wyraźnie na mnie te lustra kierują.

Tym sposobem, koniec końców, zostałem przed wejściem sam. Teraz to ani wejść, ani odjeść.
Udaję więc, że to tak ma być, że specjalnie oczekuję.
Hmm, tylko na co ja oczekuję?

Kiedy dumam, co by tu wydumać, nagle na chodnik, prawie pod same drzwi i prawie po moich obutych na sportowo stopach, zajeżdża limuzyna. Na scenę wkracza ów protoplasta tego początkowego zatabletowanego potomka – Volvo S80, T5, kolor srebrny.

Wysiada z niego sprawny garnituro-ochroniarz, i w locie otwiera tylne drzwi.
W nich pojawia się bardzo piękna pani, a z drugiej strony pan. I ja go chyba skądś znam.
Ja go naprawdę, na pewno, chyba znam!
Ale, ni cholery, nie wiem skąd? Znana twarz, na pewno znana…

Wchodzą. Ochroniarz przodem, oni za nim, a ja, w odruchu bliżej mi nieznanej desperacji i przebłysku geniuszu, za nimi.

Się bileterka chyba lekko zatoczyła po tym ciosie, ale trzyma fason.
Bo co, sprawdzi mi teraz zaproszenie przy tym kimś ultraważnym i ogólnie znanym?!
No, to nie fikać, przepuszczać, bo się poskarżę „przyjacielowi”, na którego, sama dobrze widziała – czekałem.
Chociaż o tym nie wiedziałem.

— Dzień dobry!
— Dobry wieczór!

I myk, jestem w środku!
Tam, płynnie, ruchem posuwisto-zwrotnym jak Buka w Muminkach, wtapiam się w tłum gości i znikam. Biorę piwko, kanapeczkę i pierwszego z brzegu gościa grzecznie, acz stanowczo, dopadam i statecznie zapytuję:

— Ty, a ten specjalny gość to kto?

Facet patrzy na mnie z podziwem:

— Nie wiesz kto to? A to z któregoś szpitala się urwałeś i ile lat cię tam w zamknięciu trzymali? To Polański, reżyser tak… dość znany.

Tak, kiedyś chodziło się z koleżanką do kina, lub z kolegami na film.
A ja byłem w kinie i na filmie z Polańskim.
Ciekawe, czy on wie, że był ze mną…

Zdjęcia zaczerpnąłem od Kino Kijów – jednego z bohaterów tego wpisu.

2 myśli na temat “Polansky

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑