#szosopasta na 805 słów, 4 minuty czasu czytania.
Kiedy wstrząsany podmuchami stałem przy jednej… jedynej z naszych autostrad, wieczór wysysając jasność z całego powietrza nadciągał wielkimi krokami. Słońce rozlało swoje termojądrowe paliwo gdzieś daleko na zachodzie, ale tak niefortunnie, że prosto mi w twarz.
Jechałem na wschód. Jechałem? Stałem.
Był ‘93, może ‘95 rok i stałem na poboczu A4 pod Chrzanowem, bo jeszcze wtedy można było bezkarnie stać sobie przy takim autostradopodobnym wyrobie. Ruch na kierunku wschodnim był słaby – wtedy kto mógł, ciągnął na zachód – a moje nadzieje związane z nim (ruchem, kierunkiem, podwózką) gasły równie szybko jak to słońce zachodzące.
Wszędzie wkoło szarobura pustka, dziurawy beton, źle wylany asfalt, a na horyzoncie dymiące kominy. Lokalną mieszanką gazów lepiej nie oddychać – jak już się udusić, to zdrowiej będzie z braku tlenu w sobie niż na zewnątrz.
Ot, typowy industrial w wersji PrzedEco.
W mojej, aktualnie dość statycznej sytuacji, nie pozostało nic, jak tylko stać, dumać, czaić się, machać i liczyć. Liczyć auta, które – z braku lotnych brygad „speed” (jeszcze im aut nie wymyślili), odcinkowych pomiarów prędkości (nawet nie w planie) i punktów karnych („punkty” to wtedy były skupu makulatury i opakowań szklanych) – ze świstem raczej za nisko przelatywały niż za szybko przejeżdżały obok mnie.
Rozdygotany od tych betonowibracji, zdegustowany postawą ziomków za kierownicami, słaniając się z braku tlenu, powoli zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu w miarę schludnego kawałka rowu na nocleg.
I wtedy nagle – z hukiem lądującego naddźwiękowego Concorde’a – z odległości 1,5 km zaczyna hamować Citroën. Jakby otworzył klapy hamujące wspomagane spadochronami oraz karbonowymi wentylowanymi tarczami i jakoś się zatrzymał. Podkołował do mnie, cała lotniskowa ekipa naziemna rozwinęła sprzęt, stewardessy czerwony dywan, a wychylona z okna głowa grzecznie zapytała:
– Jedziesz?
Jadę!
Uradowany wsiadłem, a kiedy zacząłem oddychać i odzyskałem jasność widzenia, zobaczyłem, że to nie byle jakaś tam „cytryna”. To był zaprezentowany chyba ‘89 – XM – wtedy nowoczesny i duży pojazd, mający konkurować z Audi 100 i BMW serii 5.
„Konkurować”… ci Francuzi to mają fantazję…
Faktem jest, że wyposażony w genialne zawieszenie hydropneumatyczne, wyróżniał się futurystycznym wyglądem, a dla mnie – typowego wiochmena skazanego na wieczną tułaczkę autostopem – był jak skrzyżowanie Sokoła Millennium z pierwszą klasą Concorde’a do nieba.
W myślach już zwracam się do pokładowej obsługi:
– Kochanieńka, kochanieńka, łyski z colą i „Commando” na wideo poproszę!
– Cukierki roznoszę!
Wróciłem więc na ziemię, do wozu, a tu – klimatyzacja, podgrzewane fotele, lampki do czytania. A z przodu dwoje młodych, udających się na zaoczne, weekendowe studia.
Z Gdańska do Krakowa, jak się okazuje, będą co dwa tygodnie jeździć, by uczyć się biznesu i kapitalizmu – być może tak sobie wymarzyli nad morzem. A może to magia UJ i Starego Miasta?
Uj z tym, ważne że jadę.
A tu niezła fura, dobra skóra, a między nimi komóra.
W ‘93, może ‘95 roku telefony przenośne spełniały dokładnie te same funkcje co teraz smartfony – plus kilka innych. Z racji tego, że płaciło się wtedy za rozmowy wychodzące i przychodzące, rozliczało za minutę połączenia i to w dolarach (przeliczanych po kursie dnia na złotówki), to – tak jak i dzisiaj – mało komu służyły do telefonowania.
Nosiło się je, z powodu ich wielkości, w ręce – a co słabsi w dwóch albo przy pomocy silnorękiegio asystenta. Nie miały w sobie internetu – ale to nic, bo (tak jak i teraz) mało kto by z niego sensownie korzystał. Oczywiście poza przeglądaniem durnych filmików, kotkami, i grami, ale na to z kolei ówczesny biznesmen w pastelowym, watowanym garniturze i fioletowej, za krótkiej krawatce czasu nie miał.
Taki telefon służył też (z racji 15-kilowej baterii) jako broń obronna ciężka – po wykorzystaniu go do samoobrony zwłoki zawsze były trudne do identyfikacji. Był to również podręczny przyrząd treningowy (przenośny kuzyn siłownianego atlasu) – biznesmen ćwiczył biceps cały czas.
Ten centertel-fon był widoczną wizytówką i wskazówką – wskaźnikiem statusu. Otwierał samym swoim widokiem wszelkie drzwi, w tym te obrotowe i do kasyn. Służył jak żyrant kredytu, pożyczki, weksla i inkasa.
Dobra, to jadę… ups, pardą… sunę na tylnym siedzeniu superlimuzyną z szoferem, pośmierduję sobie z cicha po całym dniu na szlaku, podziwiam ten obcy świat, co mi tak nagle na łeb spadł, a na co dzień niedosięgły dla zwykłego śMiertelnika.
Konwersujemy o obligacjach i o tym, co zrobić z milionami zarobionymi na akcjach w Banku Śląskim, kiedy ci z przodu nagle do mnie:
– Czy bym sobie może chciał gdzieś zadzwonić?
Z auta. W ‘93, może ‘95 roku.
Czyli chyba zaraz po wojnie punickiej!
Kurwa… czy ja bym chciał? Czy ja bym chciał?!
A kto by nie chciał!
Tylko gdzie?
W ‘93, może ‘95 roku, czyli prawie średniowiecze i jeszcze pewnie pod Grunwaldem nagich mieczy nie zebrali – gdzie wtedy miał i mógł dzwonić ktoś, kto w tamtych czasach żywił się preclami (tymi z wczoraj) maczanymi w jogurcie, czyli jednym słowem, ja – gołodupiec.
No gdzie? Kurde… gdzie by tu zadzwonić…
Ale zadzwoniłem.
Gdyż jak w latach tych 90-tych jest okazja dzwonić kiedy się sunie po autostradzie w limuzynie – TO SIĘ DZWONI!
To zadzwoniłem… Na zegarynkę.

Ktora była godzina?
PolubieniePolubienie
No, napisałem chyba… wieczorna to była gaździna… gadzina… e… godzina. A co zegarynka powiedziała to nadal jest objęte tajemnicą niepamięci
PolubieniePolubienie