#szosopasta na 893 słowa, 5 minut czasu czytania.
Kiedy dzień wcześniej otrzymałem wiadomość: „Może mała chałturka za miastem, można zarobić” – powstrzymałem się od komentarza typu: „Fuck You Very Much!”
Mimo że w Anglii, jestem w końcu na urlopie i nie będę się tu unosił bez powodu.
Ale telefon nie odpuszczał.
„Ojczyzna cię potrzebuje!” – ha, ha, doskonały dowcip.
„Twoje umiejętności są nieocenione” – no pewnie, się wie, psiakrew.
„Bez ciebie nie damy rady” – hmm, dziwne, zawsze myślałem, że w dawaniu rad jesteście najlepsi.
„Bądź odpowiedzialny!” – jak ten skin, co babcię uratował, bo w porę przestał ją flekować? – uśmiechnąłem się cynicznie.
„No dobra, to pilne, mamy braki w personelu, weź, pomóż!” – nareszcie słowo (prawdy) na niedzielę.
Mimo wolnego, w końcu się uniosłem i wstałem z łóżka.
I już kilka godzin później byłem gotów się przygotować
„Ok, ok, wezmę udział w tej misji. Jakiś sprzęt? Walther, Uzi, granaty, coś mocniejszego, coś poręcznego?” popijając niezmieszane espresso, dziobałem wstrząśniętymi od kofeiny palcami w ekran.
„Bez żartów! Żadnych fajerwerków nie przewidujemy. Robótki tylko ręczne, potrzebne tam paluszki zręczne. Sprzęt i wszystko jest już gotowe” otrzymałem szybką odpowiedź.
Nadchodząca „robótka” wydawała się prosta – ot, jednodniowy wypad za miasto, interakcja jedynie z wybranym elementem i to tylko na bliski dystans, a kasa się przyda, kot się sam nie nakarmi…
Chociaż, w sumie… można by przetestować w praktyce tę teoretyczną koncepcję.
Na akcję przybyliśmy jak zwykle – nieoznakowanym, nierzucającym się w oczy i tak anonimowym, że jakbyś w nim dokonał napadu na bank, to nawet kamery by go nie zarejestrowały – Fordem Transitem.
Cóż, jeśli ktoś spodziewa się entrata trionfale e spettacolare z Astonem i Martinem, Fasonem, Na Bogato i przez główne entrée – to muszę zmartwić.
My tak nie działamy.
To nie jest ten film.
Włożyłem przygotowany dla mnie strój.
Muszę przyznać – ktoś dobrze „zmierzył mnie wzrokiem” – leżał idealnie.
Ubiór jest ważny w tej profesji.
Odpowiedni pozwala zachować płynność ruchów i gibkość w kroku, przy jednoczesnym wtapianiu się w tło czy inne okoliczności przyrody.
Ułatwia, nie utrudnia. Pomaga, nie przeszkadza – a to ważne.
Nie zliczysz, ileż to akcji zakończyło się nieszczęściem, kiedy Bronia zaplątała się w swe poły, a źle dopasowane portale wkręciły się w łańcuch niefortunnych zdarzeń!
Czas, start. Zaczynamy akcję „Wyścigi” – i jak zwykle, już na wstępie: rozpoznanie, wcześniejsze rozpracowanie, całe planowanie – do rzyci.
Widzę w moim sektorze niesprofilowanych ludzi ilości nadmiarowe, i sami natrętni nadęci bez przygotowania.
Zero grupowej koordynacji i ładu w synchronie, w dodatku to całe „ą ę” to totalna armatorka!
Od razu stało się jasnym, że to żadne tam „braki w personelu” – aby zapanować nad tym chaosem – zwyczajnie chcieli mnie. Niezawodnego Zawodowcę.
Samo określenie i utrzymanie perymetru zajmowało znaczną część mojej energii i uwagi, a i tak graniczyło z cudem utrzymać pozycję.
Ktoś inny poległby chyba w pierwszej godzinie tej kakofonii.
A ja? Dawałem rady.
Różne, ale na szczęście tylko sobie.
Ciągłe zaczepki, jowialne uwagi i przyciąganie uwagi podległych mi ludzi wpływały wydatnie na poziom stresu w żyłach i dysonansu w przewodach, ale mimo to, nie chcąc wywoływać zgryzot i paniki, uśmiechałem się uprzejmie.
I just do my job!
Mój stres związany z aktualnie czynionymi czynnościami nie mógł emanować – musiałem zachować kamienną twarz, zimny i zdystansowany jak automat – robić to, za co mi płacą.
Miałem tu działać w cieniu, z ukrycia – być niewidzialny, ale widzieć wszystko?
Stosownie też zareagować?
Czujny, dyskretny i niewidoczny, i jak puma – w sekundzie gotowy do działania?
Miałem być? To byłem.
Miałem, gdyż „do tego zostałeś przeszkolony, za to ci płacimy i to jest twoja misja” – ciągle słyszałem w głowie głosy, co było trochę dziwne przy tym tłumu tumulcie wkoło.
Musiały się nieźle wydzierać… tam w mi te głosy.
Jak za to honorarium to ciut ciężka była ta akcja, lecz cóż, taki standard, bo jak to mówią komandosi:„Kiedy będzie łatwiej? Łatwiej już było!”.
Tak, kilka razy musiałem też „pobrudzić ręce”, ale przeważnie stosowałem tylko pomoc proaktywną.
Ale ten… że jaką?
Pomoc retroaktywna polega na rzuceniu pijaczkowi koła ratunkowego po tym, jak spadł z pomostu.
Proaktywna – na złapaniu go za pasek i niedopuszczeniu, żeby w ogóle wpadł do wody i czego nie rozumiesz.
Tak właśnie działałem.
Aż w końcu, po wielu godzinach czujnego strzyżenia uszami, profilowania i oceniania zagrożeń, przymrużonymi oczami w lot rozpoznawania potrzeb, natychmiastowego „wzarodkowego” gaszenia pożarów, utrzymywania przyczółku, pilnowania swojej części zadania i pomocy innym (w końcu jesteśmy drużyną, i co z tego, że indywidualistów) – misja „Wyścigi” zakończyła się SUKCESEM!
Straty w moich ludziach? ZERO.
Kiedy umęczony, przyssany w końcu do jakiegoś płynu, z rozchełstaną koszulą, zakasanymi rękawami, muchą wystającą z butonierki rzuconej niedbale na twardy fotel marynarki, spracowanymi i czerwonymi (cóż, niektórych „czerwieni” nie da się domyć tak łatwo) rękami masowałem twarz – byłem z siebie zadowolony.
Może nie wszyscy wyszli z tego cało… dobra, może nie każdy był zadowolony… ok, może nie do końca zgrały się te nasze działania, ale…
Nikt z powierzonych mi osób nie zginął – to najważniejsze!
Jak w nieśmiertelnym Bodyguardzie:
– Chroniłeś prezydenta? Ale jego postrzelili!
– Nie na mojej zmianie.
Po kilku godzinach powrotnego telepania z misji, śmiertelnie zmęczony, przysypiając po zejściu adrenaliny z poziomów, które śmiertelników pewnie zabijają, a mnie teraz tylko lulały do snu – dotarłem do zamglonego, ciemnego już Londynu.
Nastał Czas Zapłaty!
Kiedy wręczali wymiętą kopertę, czy powiedzieli: „Dzięki”, „Jak zawsze dobra robota”, „Anglia jest ci wdzięczna”, „Królowa myśli nad przyznaniem ci szlachectwa”?
Czy coś? Nie, nic z tych rzeczy.
Głos jak zawsze był zimny, ponury, profesjonalnie wyprany z emocji.
I bardzo dobrze, tak lubię – żadnego spoufalania, osobistych emocjonalnych wycieczek, czy grupowych wyjść na browar i rzutki.
– Tu twoja wypłata, a za to rozbite wino potrąciłem…
Ech, szlag, to nie było tanie wino – zasępiłem się – jednak bycie kelnerem z doskoku to jest jebutnie ciężki kawałek chleba, a szczególnie dla jakichś zakonserwowanych i wybrednych elit na cholernych wyścigach konnych w jakimś Ascot… Cicho sza, żadnych nazw, nazwisk, nawiasów i nawisów.
Cóż, c’est la vie…
Przewiesiłem zburgundowioną marynarkę przez ramię, w kieszeń wypchaną funtami wsadziłem rękę i poszedłem na Guinnessa.
I po karmę dla kota.

ten kot to ma klawe życie, ciekawe czy karmę też ma w życi, szkoda bo tania nie była
PolubieniePolubienie
w rzyci jej nie ma, a przynajmniej nie w tej formie co od przodu
PolubieniePolubienie