The First

#szosopasta na 877 słów, 5 minut czasu czytania.

Końcówka upalnego, suchego lata była mokra.
Nagle, i uff… No w końcu!  

Ciepłe, gorące dni ciągnęły się w nieskończoność. Wszyscy od dawna łaknęli tego cudownego chłodu wilgoci, dotyku życiodajnych kropel, rzęsistego deszczu, w którym w nieskończoność można biegać po chłodnej, mokrej trawie.  

Kiedy deszcz w końcu się pojawił, przyjęli go z dziką radością. Nareszcie!  

Zaczęło padać, a wyschnięta letnią spiekotą przyroda oszalała ze szczęścia.  

Teraz, kiedy upały zelżały, a woda ugasiła pierwsze pragnienie, oni, całymi rodzinami, korzystali z cudu życia. Wspaniale było rozglądać się wkoło i patrzeć na beztroskę całej licznej społeczności. Dzieci rosły jak na drożdżach. Wszyscy, spokojni, choć nieświadomi, czekali na swój los.  

I naprawdę? Czy tylko on jeden czuł, że jest zbyt pięknie, zbyt dobrze, jakby „za dobrze”?  

Jasne, ofkors, cieszył się ze wszystkimi, korzystał, rósł, ale gdzieś tam, podskórnie, instynktownie wiedział – ta idylla nie może trwać wiecznie.  

Rozpuszczał więc wici przez sieć, będąc w ciągłej komunikacji ze wszystkimi. O, błogosławiona sieci! Bezustannie rozwijał wątki, słał zapytania, dzielił się wątpliwościami.  

Nikt nie podjął tematu. Wszyscy okazali rozbrajający brak zainteresowania.  

Dlaczego?  

Może dlatego, że od samego początku był jakiś inny. Czuł to, chociaż nie wiedział na pewno. Ale też i nie mógł wiedzieć.  

Nie, nie chodziło o to, że go nie akceptują czy unikają. Wręcz przeciwnie – ich społeczność znana była z tolerancji i otwartości na różnorodność, ekspozycji na cały świat. Oczywiście do pewnych granic, ale granice te (ponoć 34 stopnie) ciągle się przesuwały. Cóż, globalne ocieplenie nie przeszkadzało.  

Byli dosłownie wszędzie i zawsze chętni do współpracy, nawiązywania nowych kontaktów, koegzystencji.  

Lecz on był… jakiś… no właśnie.  

Coś się w nim zmieniło. Na swój nowy sposób był bardziej odporny, nad wiek dojrzały, bystrzejszy. Szybciej ogarniał i łatwiej potrafił się przystosować.  

Dlatego, sam ciągle nie wiedząc dlaczego, martwiły go te mokre, podszyte ciepłą wilgocią dni.  

Niby jest okej. Koledzy wygłupiają się wkoło, wielka rodzina korzysta z uroków wakacji, końca lata. Tylko on stoi smętnie, patrzy i rozkminia, aż mu się blaszki grzeją.  

Czarne myśli, jak chmury nadciągającej burzy, kłębią się pod kapeluszem, którym chronił się od słońca i deszczu. Ale nie, nie mógł tego przewidzieć… bo jak? Był przecież jeszcze taki młody.  

Oni nadeszli nagle, skoro świt. Pojawili się dosłownie znikąd i nagle byli wszędzie.  

Wiedzieli, ale jak? Jak się tu znaleźli? To było przecież takie skryte, niedostępne miejsce!  

Skąd taki jak on malec miałby wiedzieć, że Oni, Ci Co Nadeszli, od lat się szkolą, mają tajne, przykitrane mapy z zaznaczonymi miejscami „X”, znają ukryte szlaki i przejścia, a wiedzę przekazują sobie z pokolenia na pokolenie lub zabierają ze sobą do grobu, nie zdradzając jej obcym nawet na torturach.  

Oni, Ci Co Nadeszli, kiedy przychodzi ten dzień, wpadając w amok, porzucają wszystko – pracę, rodziny, zajęcia, którymi akurat byli zajęci.  

Biorą urlopy na żądanie, L4 po znajomości lub zwyczajnie porzucają miejsce pracy. Zamykają firmy i zakłady, wdziewając z pietyzmem specjalistyczną odzież, uzbrajając się w specjalistyczny sprzęt, ruszają na rzeź!  

Tak długo czekali, z tęsknotą wpatrując się w kalendarze i niebo. Z niepokojem w sercu trwali w blokach startowych, żeby nie zaspać, nie wypaść z pierwszego szeregu, z pierwszej fali, która zgarnia niemal wszystko.  

Kiedy ogłoszono pocztą pantoflową, że to już „czas, start”, kiedy psim swędem wyczuli, że teraz albo nigdy – przybyli, całą masą, i zaczęła się maskara!  

Byli skrupulatni, cierpliwi, metodyczni, i było ich zbyt wielu.  

Nie brali jeńców, nie oszczędzili nikogo. No, prawie…

Straszny był to widok. To była jak apokalipsa.

Dlaczego to robili? Skąd w nich ta zapalczywość, ten żar, by ciąć, wyrzynać, wycinać, a potem bez litości poddawać suszeniu, marynowaniu, gotowaniu?  

Dlaczego przeżył tylko on? Właśnie ON? Po co?  

Jak powiedział kiedyś Jeden Taki: „Tylko dwa momenty są ważne w życiu. Kiedy się rodzisz i kiedy dowiadujesz, po co!”.  

Szybko dowiedział się, „po co”. Kiedy doszło do tej apokalipsy, jego starszy o 1,5 sekundy brat osłonił go całym sobą i, popychając, ryknął przed śmiercią:  

– Ratuj się! Zapamiętaj, co tu zaszło! Jesteś pierwszy i ostatni! Pomścij nas!  

Tak. I już wiedział. Przeżył właśnie po to!  

Było ciężko. Przyszła druga fala Onych, potem kolejne, ale nie poddał się. „W imię zasad, skurwysynu”! Za pamięć rodziny, gatunku, królestwa.  

Potem długo uciekał, kluczył, zwodził – lecz przetrwał.
Przemieszczał się nocami, unikał siedlisk, cierpiał. Lecz pamiętał. Rósł, knuł i czekał.  

A kiedy był już dość silny, gdy po wielu operacjach w nielegalnych laboratoriach gdzieś na rubieżach świata i cywilizacji zmiany się dokonały, gdy wykorzystał swoją inność i zmutował jeszcze bardziej – wiedział: jest gotów.  

Teraz nie walczył już jedynie z zemsty. Teraz walczył w imię całej Planety. Walczył o jej przetrwanie.  

Był Wybrańcem. Szumiały o nim bory, szemrały orki, świstały świstaki i świergoliły ptaki.
Przyjął pseudonim – dla wrogów „Cordyceps”, dla przyjaciół „Cordi”.  

Razem z całkiem odjechanymi kolegami z szajki Amsterdamskich Halucków, towarzyszami: Psilocybe Semilanceat, Psilocybe Mexican, Psilocybe Cubensis, Psilocybe Azurescens i towarzyszką Copelandia Cyanescens – cześć ich pamięci! – po oszałamiająco przebojowej akcji, kiedy samobójczo rzucił się do gara, po czym został spożyty w zupie grzybowej przez nieprzypadkowo wybraną, przypadkową ofiarę wybierającą się za chwilę do Stanów. Tych Stanów.  

W innych, niepotwierdzonych wersjach Początku uważa się, iż to był bigos na *Weselu* Smarzowskiego, lecz teraz to już bez znaczenia.  

W końcu! „Cordi”, Samotny Grzyb Zemsty i Wyzwolenia, rozpoczął swoją osobistą wendetę.  

Potem poszło już szybko, a ludzkość miała Przeje Banne… Sama była sobie winna.
A przynajmniej te Last of Us, którzy jeszcze się ostali.

2 myśli na temat “The First

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑