#szosopasta na 1003 słowa, 5 minut czasu czytania.
Brus Li powiedział: „Jeśli musisz walczyć, już przegrałeś!”
Hmm… no dobra, może nie tak to szło i chyba nawet nie był to on.
Ok, nieważne. Ważne, że czasem walczyć trzeba, gdyż „kto walczy, może przegrać, kto nie walczy, już przegrał”, a cała niesamowita poniższa akcja miała miejsce — chociaż miejsca w nim mało — w autobusie.
Streszczenie sceny:
Pan Nobody, człowiek z pozoru niepozorny, cichy i spokojny — ale nie w stylu „cichy, mały skurwiel”, a bardziej taka fajtłapa, nie wadząc nikomu — jechał sobie do domu.
Nie jego winą było, że do nocnego autobusu, w którym dumając siedział, wsiedli oni: typy podejrzane z twarzy, chemicznie wyluzowane, głupkowato roześmiane i ogólnie emocjonalnie rozchełstane.
Takie tam fifirfi po dużej wódzie, co to im się wydaje, że są najlepsi w dźudzie.
Niektórym w takich sytuacjach, zupełnie nieadekwatnie, uruchamia się przezaebistość. Wydaje im się wtedy, że są może z mafii, a ci ogólnie i przeważnie emanowali wizerunkiem uzbrojonych po zęby zajebistych skurwensenów, z którymi lepiej nie zadzierać.
I prawdą to jest… wydaje im się, bo kiedy zaczepiają niewinnych, regularnie płacących podatki obywateli, wtedy p. Nobody się w akcję wdaje i wstaje.
Gdyż miał już wszystkiego dość. Znosił cierpliwie, ale za długo tę rzeczywistość, która nagle go przerosła, bo w sumie — no… co on może?
Cóż, któż to wie, ach któż. Ważne, że nagle nadszedł czas, by dokonać rekonfiguracji przestrzeni w autobusie, a przy okazji zrzucić z siebie ten emocjonalny, ciężki życiowy balast.
Najważniejsze w takich sytuacjach jest po primo — rozbrojenie napastników.
Tego uczą na specjalnych tajnych kupletach dla służb typu, że wymienię te najpopularniejsze: Landesamt für Verfassungsschutz und Terrorismusbekämpfung, Sûreté de l’État, Sigurnosno-obavještajna agencija czy Direction de la Protection et de la Sécurité de la Défense.
Pamiętaj! Zanim wywrzesz łokciem słuszną zemstę, odciśniesz obcasem piętno sprawiedliwości, weźmiesz wynagrodzenie za odwet — najpierw trzeba rozbroić towarzystwo. Potem już jest łatwo.
Wracamy więc do naszego autobusu, bo akcja tam leci, a my w lesie.
Żeby wyrównać szanse — w końcu ich jest raptem czterech, a on aż sam — wyciąga rewolwerek S&W 637 kal. 38 i wysypuje z niego na podłogę kule, gdyż przewiduje, że niedługo ktoś będzie potrzebować jakieś kule.
Następnie dochodzi do wymiany poglądów przy pomocy standardowego zestawu środków argumentacji.
Tu się nie bawią w drętwe gatki, żadnej tam siły argumentów, bo kiedy trzeba, w myśl przyswojonych na kursach technik — rozbroić interlokutorów — od razu używa się argumentów siły zamocowanych w mięśniach, przejętym nożu i w praktycznym zastosowaniu osprzętu wyjętego (domyślnie mocowanego na stałe) ze środka komunikacji komunalnej.
Bez żadnej (na razie) zwłoki rozpoczynają się zmagania tytana.
Od dawna wiadomo, że „rozum znaczy więcej niż siła wokół nas”, a doświadczenie i praktyka zawsze są lepsze od teorii, niech więc nikogo nie zdziwi, że p. Nobody, człowiek kształcony i rozumny, pokonuje ich swym doświadczeniem i wiedzą, a znajomość różnych technik zadawania bólu nie jest mu w tym przeszkodą.
Trup (w końcu!) ściele się gęsto, pan Stefan z A.S. Bytom, ten gość od przeszczepów, już się cieszy — znów będzie miał pełną chłodnię roboty.
Panowie zostają wstępnie podręcznikowo rozbrojeni, następnie na podgrupy podzieleni, i już po chwili rojeń (o wygranej) oraz uzębienia pozbawieni.
Autobus zostaje oczyszczony z szumowin, dobro zwycięża, a niewinni pasażerowie pozostają uratowani!
Dosłownie, no niemal tak samo było ze mną!
Jedna różnica — nie w autobusie, tylko tramwaju, ale reszta się jota w jotę zgadza.
Zescenie streszczenia:
Siedzę sobie i się telepię znużony i znudzony, kiedy do środka tego tramkom środka wsiada czterech dozgonnie wiernych pewnemu klubowi pseudofanów.
Jak zwykle w takich sytuacjach, by dodać sobie wzajemnie pewności i animuszu, są głośni, nakręceni, sztucznie wyluzowani i w ogóle od razu widać, że od pierwszej klasy podstawówki pierwszoligowa z nich Gangsta.
Wsiadają, ludziom dokuczają, bezczelnie bezczeszczą różne świętości, używają brzydkich wyrazów i rozrzucają papierki!
Zachowanie ich nagannym jest, wykazują społecznie nieprzystosowane, ogólnie to margines i kiepski mają gust — czyli to dres okrywa ich wysportowane, choć nie wszędzie szczupłe ciała.
Dosłownie – gdyby wtedy były tam gdzieś jakieś podgrzewane ławki, to by im kable zasilające poprzecinali – tak byli nakręceni na szerzenia zła.
Siedzę cicho, bo ja wszystko zniese. Nie będę się mieszał, jeszcze mi życie miłe.
Moje, reszty tam obecnych niewinnych obywateli, no i ich, ale… w pewnym monecie sytuacja eskaluje, a ja wtedy hamstwa już nie zniese.
Kiedy zrywają czapkę jakiemuś bogu ducha niewinnemu, kiedy wyśmiewają się z laski i staruszka i ogólnie robią tyle szumu, że w słuchawkach przestaję słyszeć Metallikię — wkraczam.
W imię zasad, synu!
Ja wstaję, a tramwaj nagle cichnie.
Y… a, no tak, to przystanek.
Potem jednak ruszamy, a ja, by utrzymać równowagę, na lekko ugiętych nogach spoglądam na nich wzrokiem Zajebiście Twardego Herbatnika, na którym nie tacy śmiałkowie tracili uzębienie.
Oni co na to? Śmiało, no śmiało!
Odwzajemniają się i patrzą na mnie wprost, taksując z ukosa wzorkiem.
Sprawdzają pewnie pilnie, czy mam gdzieś przyktirane jakieś barwy klubowe, a jeśli tak, to jakież to!
Zapewne trapi ich też sytuacja, w której są tu tylko we czterech.
Ja patrzę na nich, oni patrzą na mnie, iskry zaczynają się krzesać, a błyskawice od naelektryzowanego powietrza swoimi błękitno-białymi zygzakami zaczynają przeskakiwać po całym pojeździe, jakby jechał z nami Tesla.
Atmosfera gęstnieje do stopnia, kiedy trzeba uchylić okna i wprowadzić zakaz palenia na całej dzielni.
Chłopcy powoli łapią rezon.
Ale ja w myślach już jestem w przodzie. Pierwsze co… Wiem przecież! Muszę ich rozbroić.
Właśnie wtedy tramwaj bierze ostry zakręt, ale ja, stojąc przodem do kierunku jazdy, przewidziałem ten manewr.
Patrząc zimno w oczy tej dziczy, nie odrywając wzroku od ich pasków nadresich, z całkowitym spokojem — no lód, nie człowiek — panując dokumentnie nad ciałem, sytuacją, przestrzenią, energią i grawitacją, z naturalną gracją Terminatora, podnoszę rękę i przed zakrętem, żelaznym chwytem, chwytam się uchwytu.
Uchwytu, którego — jak się po chwili okazuje, co całym sobą szybko konstatuję — tam nie ma.
A kiedy już lecę w tym zakręcie – niczym jebnięta w kat szmaciana lala – gdzieś w czyjś bok, waląc się jak bezwładny wór na czyjeś nogi, kątem oka widzę, jak moi czterej przeciwni zostają w sekundzie całkowicie rozbrojeni!
Na wpół leżąco podziwiam, jak wijąc się po podłodze w konwulsjach i paroksyzmach, razem z całym tramwajem pokładli się i pokładają… ej, kurwa no! Ze śmiechu.

liczy sie efekt, sytuacja rozbrojona
PolubieniePolubienie
Do tej pory mnie boli to rozbrojenie… i duma
PolubieniePolubienie