Czerwone szpilki

#szosopasta na 967 słów, 5 minut czasu czytania.

„Idź, kobieto, mężowi obiad ugotuj” Ileż razy to słyszałem? Niektórzy panowie tak mówią do pań, nawet ich nie znając. Jasno dają w ten sposób do zrozumienia, że one tylko na tym jednym się znają, a co oni by z nimi przy okazji… — to ja już dalej nawet nie słucham.

Ponieważ dzisiaj znów miałem „przyjemność” usłyszeć dwóch takich troglodytów — standardowo w gustownych dresikach, z tatuażami gdzie się da, a kolorowymi, jakby z nudów kredkami po sobie rysowali — i z minitorebkami przez piersiobrzuchowy „zderzacz hadronów” przerzuconymi.

Na ten widok przeniosłem się, niczym Voyager, w czasie i przestrzeni.

Znowu jestem w trasie, wkoło podwieczorne miasto, i ciemno za oknem. Odpalam silnik, włączam światła i wyraźnie widzę, że słabiej widzę. To jedna z żarówek w reflektorze auta dokonała swojego wątłego żywota.

Kiedyś, gdy żarówki nie były tak hiperinteligentne jak teraz, kiedy zamiast zbierać informacje służyły tylko do świecenia, „poświęcały” swej misji niemal całą posiadaną energię — dlatego zużywały się szybciej.

Miasto, w którym wtedy jestem, jest duże — to nie lasy czy bagna — więc tu nie mam problemu. Mało to „osób kierujących pojazdami” jeździ bez świateł po mrocznych ulicach swych miast?

Są lampy uliczne, wszystko widać, a to, że ich nie widać — to problem, no tak, nie ich.

Do domu mam jednak z 300 km, a większość z nich przez bory i lasy, gdzie zbójcy na tatkę czyhają. Trzeba więc, chcąc nie chcąc, wymienić tę żarówkę. Chociaż nie chcę — bo ciemnę i marznę.

To listopad. Z jeden TYCH przedcieplarnianych listopadów kiedy bywało mokro, zimno, ciemno i ogólnie do dupy.

Jednak, poza tymi drobnymi listopadzimi niedogodnościami, wymiana żarówki — jak już się zbiorę i za zabiorę — dla człowieka z moim wykształceniem jest sytuacją prostą i nienastręczającą żadnych kłopotów. Panie! Potrzymaj mi piwo i patrz.

„Płynnym ruchem wyciągam zestaw naprawczy w postaci zapasowej żarówki, otwieram maskę, następuje wpięcie kabelków, zwinną ręką wyłuszczam uszkodzoną część i — jej pamięci cześć. Włożenie nówki sztuki nieśmiganej, wpięcie kabelków i ręki wyjęcie. Cała operacja — góra 2 minuty! To jeszcze mam czas, żeby się gdzieś kawy napić.”

Tyle teoria. Czas na start.

Cholera, zimno ciut, ręce szybko grabieją, ale dobra — się nachucha. Ciemno i słabo widać, jednak w tych czasach to też nie problem — przyświecam sobie komórką (kiedyś od świecenia były żarówki i latarki).

Gdzie tu wsadzić rękę? A tu… a nie, nie tu… o, to tam. Kurde… zresztą — nieważne gdzie. I tak mi nie włazi, a jak już wlezie w opcji siłowej, to nie wymienię, bo za mało miejsca dla mej rączęty.

Dobra, jakoś wsadziłem. Żarówka nadal niewymieniona, ale za to teraz nie mogę jej (ręki) wyjąć.

Trochę jogi, dwa obroty, jedno złamanie jakiegoś zbędnego, skoro się dał złamać, plastiku, urwanie na pewno niepotrzebnego dynksu bo po co się wychylał — i jest pierwszy sukces: wyjąłem rękę! Cała brudna.

Zdyszany oparłem się o bok auta. Spoko, teraz już nie tylko ręka, ale pół mnie umorusane jesienną, mokrą i z liścio-padłych mieszanką. To, co na ulicy, to na aucie, a teraz i na mnie.

Satelity typu Voyager, komputery kwantowe, misje na Marsa są prostsze w budowie i obsłudze niż ta #%*]+$£¥# lampa.

Ja CierPię Dole!

Po 15 minutach szarpaniny i poznawania nowych wyrazów — już niebawem powszechnie uznawanych za wulgarne — ja pas!

Oni to specjalnie tak projektują? Żeby co? Udowodnić, że się da? Że można coś prostego zrobić tak, żeby cię szlag trafił? Nie wiem.

Wiem coś innego: jak już znieważyłem tych, co to zaprojektowali, tych, co to wyprodukowali, tych, którzy nie wynaleźli jeszcze żarówek LED (tu nie ma pieprzenia po krzakach — tu wymieniasz od razu całą lampę), kiedy przełknąłem zamiast kawy swoją męsko-techniczną dumę — trudno, jadę po pomoc do najbliższego salono-serwisu z pojazdami!

Mają tam chyba na pewno grono fachowych, profesjonalnych mechaników, zaopatrzonych w specjalistyczne klucze do wymian żarówek w nowoczesnych samochodach i komputery, które wyliczają trajektorię podejścia? Sztab inżynierów, którzy nie takie żarówki ogarniają w mgnieniu oka… Czy nie?

Jadę — i jest! Piękny salon z równie pięknym serwisem. Po krótkiej szarpaninie z ochroną (przypominam — czystość, schludność i inne wyrazy zakończone na „-ość” mam chwilowo za sobą, a w dodatku, wycierając nos i twarz od zimna i łez frustracji — pomyliłem ręce i wytarłem się nie tą czystą)…

Zresztą — nie czas na glamour. Jest robota do zrobienia. Każdy facet to pojmie.

Wchodzę. W pięknym salonie — przepiękna recepcja. Przechodzimy na wyższy poziom piękności.

Nie mrugnąwszy nawet powieką na mój widok (może nawet lepiej, że nie mrugnęła — taką rzęsą to wzbudziłaby falę uderzeniową, która by mnie zmiotła z powierzchni tego salonu, a najbliższe morza zaburzyłyby swój rytm pływów), Przepiękna Recepcjonistka, po pierwszym nierozpoznaniu „ktom zacz”, na wszelki wypadek przemówiła do mnie w ośmiu językach — i wszystkie mi obce.

Aż w końcu, kiedy utrafiła na właściwy:

— W czym możemy pomóc szanownemu panu?

— Żarówkę wymienić poproszę.

— Ach tak, naprawa. Zechce pan przejść o tam, do recepcji serwisu. Tam pomogą.

Zechciałem, przechodzę. A w serwisie, w jego recepcji znaczy się — jeszcze gorzej. Nie znam słów, żeby to opisać, bo jak? „Jeszczejszy wyższejszy poziemiejszyn?”

Tu, w recepcji serwisu, mamy normalne skrzyżowanie Miss Univers z gimnastyczką i baletnicą. Nie dość, że Przeprzepiękna, to jeszcze — jak na moje oko — na 25-centymetrowych czerwonych szpilkach. I o to chodzi że ona w tym chodzi!

I w dodatku jak ona w nich chodzi!

No jak? Normalnie w nich chodzi, a przykładowy ktoś taki jak ja, zwykły szaro — a teraz i bury — obywatel, to nawet by w nich nie stanął!

Na tym etapie otaczającego mnie piękna i urody nie bardzo już wiem, po co tu przyjechałem. Dobrze choć, że dla kontry i równowagi, przynajmniej robotą zajmie się jakiś facet, nie musi być brzydki, zwykły ujdzie.

Chwilowo odjęło mi chyba mowę, bo coś tam bełkoczę do siebie niezrozumiale. Wysiłkiem ostatniej woli narysowałem brudnym paluchem na idealnie czystym stole, że żarówka!

— Ach, żarówkę mamy wymienić? Oczywiście, nie ma problemu. Madzia zaraz wymieni.

I po chwili, Madzia, w kombinezonie szytym na miarę przez Victoria Top Secret & Versace (męskich takich dopasowanych, tak leżących i tak czystych — nie ma), w 5 minut się uporała i z żarówką i nie nabrudziła w pojeździe. A na koniec, ładnie tym dużym autem z tego cholernego serwisu tyłem „do lusterek” wyjechała.

To idę, usmażę sobie jakieś jajka może.

2 myśli na temat “Czerwone szpilki

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑