182/365 #szosopasta na 703 słowa, 4 minuty czasu czytania.
W życiu trzeba mieć szczęście.
Inną sprawą jest jego definicja. Czy jak wsiądę do samolotu, który się potem rozbije, ale wyjdę z tego cało, to miałem pecha, czy jednak szczęście? Ano właśnie — trzeba na sprawy patrzeć szerzej.
Nie wszystko zależy od nas, dlatego dobrze jest mieć tego świadomość i dystans do wydarzeń.
Lata 90., ledwo co zaczęte. Ścieżki Mi_ zmierzwione, malownicze i kręte. Jeszcze nie wiem, że to będzie dekada największej popularności muzyki grunge, odkrycia pierwszych planet pozasłonecznych i powstania Toyoty Prius — pierwszego seryjnie produkowanego samochodu hybrydowego — ale i tak jest ciekawie.
„Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.”
A ja? Po miesiącu „zwiedzania” autostopem Europy południowo-środkowej, po udowodnieniu światu i niedowiarkom, że jednak się da nie mieć kasy i przeżyć, podróżując — wracam.
Wracam Mi_mo wszystko, gdyż z przyrodą nie wygrasz, wakacje uparcie zmierzają w kierunku września.
Najpierw Praga. Nocleg — po przeskoczeniu płotu — na stadionie Spartaka Praha pod gołym niebem był ciekawym doświadczeniem, coś jak próba spania teraz na krzesełkach lotniskowych.
Potem hipnotyzowanie „kanara” w praskim metrze, gdy mnie złapał. Niech podniesie rękę ten, co mu chociaż raz w życiu w metrze sprawdzili bilet. No właśnie, to niemożliwe, a Mi_ sprawdzili — akurat wtedy, gdy go nie miałem!
— Patrz Mi_ w oczy! Nic tutaj nie zaszło, nikogo tu nie widziałeś! — pingwiny z Madagaskaru powinny płacić Mi_ tantiemy! Co dziwne — puścił mnie wolno.
Następnie z buta na obwodnicę (ciesząc się, że to nie Moskwa) i podróż wieloma pojazdami, nim w końcu dotarłem do Wrocławia.
Noc już była, gdy uprzejmy kierowca oznajmił:
— Dalej nie jadę.
Z powodu okoliczności, że ciemno, zarządziłem przerwę w podróży, a ponieważ nigdzie w okolicy nie było widać stadionu, musiałem wypocząć w rowie przy drodze. Drobna akcja policji tylko urozmaiciła mi sen. Ale znów — dziwne — nie dotyczyła mnie, tylko jakichś bandziorów.
Nastało kolejne rano. Autostrada tam się chyba (nie pamiętam już teraz) kończyła w kierunku na wschód. Przy niej odwieczne dwie stacje CPN — do teraz tam są, jak strażnicy zmiany cywilizacyjnej. Niezmienne i wieczne.
Stoję, łapię, błagam… i nic!
Dzień leci, upał narasta, ruch również, a pojazdy na autostradzie się nie zatrzymują.
Może ubłagam kogoś na stacji? Ci, co się napatoczyli, nie chcą zbytnio dialogować z takim… Cóż, można sobie wyobrazić mnie wtedy po dwóch nocach na świeżym powietrzu i miesiącu w podróży, a z różnych powodów — bo nie było euro i różne nieposiadane waluty wtedy obowiązywały, więc w hotelach się nie nocowało — już lekko wymiętego, mimo hartu ducha i niezniszczalności wieku młodego.
Nie bez znaczenia, że mydłkiem Fa też na pewno nie pachniałem.
I gdy zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że dokończę tu żywota (wtedy na stacji benzynowej było paliwo, a nie hot-dogi — i jeśli sądzisz, że tam przecież niedaleko jest centrum handlowe, to jesteś w mylnym błędzie… nie ma go jeszcze nawet w wyobraźni p. Lema), pod dystrybutor podjeżdża BMW 850.
Niemieckie blachy, czarna/granatowa/grafitowa (?), OBŁĘDNA maszyna.
„Luksusowy, sportowy, najbardziej zaawansowany technicznie” — tak przedstawiano BMW Serii 8, które zadebiutowało w 1989 roku. Projekt kosztował grubo ponad miliard marek niemieckich i był niesamowitym sukcesem wizerunkowym. Ekonomicznie już mniej, ale dziś to jeden z najbardziej cenionych youngtimerów BMW, a ja od zawsze (to znaczy od wtedy) jestem w nim zakochany.
Dobre sztuki mają jeszcze w Japonii, jakby kto szukał.
Z tego Ferrari-killera — ponieważ było to rzeczywiście pierwsze BMW, które mogło stanąć w szranki z najlepszymi wozami typu GT — wysiada dwóch NRD-owskich piłkarzy (znaczy się, fryzury takie mieli: długo z tyłu, krótko z przodu, tleniony blond).
Dodam Mi_mochodem, że wtedy doskonale nie porozumiewałem się w żadnym języku zgniłego, kapitalistycznego Zachodu. Można sobie wybrać język, który się chce — na 100% nie znam, a najdoskonalej to się nie porozumiewałem właśnie po niemiecku. Wtedy w młodzież inwestowano rosyjski.
Mam już dość, trzeba zagadać, bo zostanę tu na wieki jako symbol upadku komuny i autostopu. Ale czy ja znam niemiecki? A skąd, więc jak?
Ale nie, już nie mogę, przełykam dumę i dukam:
— Entszuldigung, ich habe nicht fersztejen, kleiene cielontko po polu gelaufen…
— Co tam fandzolisz? Nie wygłupiaj się, chopie, po ludzku mów!
I tak to, dwóch bardzo uprzejmych, wyglądających jak piłkarze — i może nawet nimi będących — panów, mówiących po polsku całkiem jak Polacy ze Śląska, zabrało mnie do Katowic autem, o które w tamtych czasach bałbym się nawet oprzeć, tak było jedwabiście wspaniałe.

super przygoda tylko eine małe Frage, przież na bla bla aucie można sobie przejechac od A do B … czy nie moszna
PolubieniePolubienie
Moszna ale tylko do Moszny albo z Muszyny
PolubieniePolubienie