marzenie o Marzeniu

201/365 #szosopasta na 828 słów, 4 minuty czasu czytania.

To nie była zwyczajnie ciemna noc.
Też nie taka po prostu zimna i normalnie zwyczajna, kiedy to siedzi się w domu przy ciepłej herbacie z dodatkami typu „seta” pod ogóra, a kot mruczy nam na podołku, dziwiąc się, jak sprawnie robimy na drutach.

Była to profesjonalnie przygotowana super-ciemna, ekstra-zimno, listopadowa noc według najlepszych wzorców z Tik-Toka i Wikipedii.

Żadnych pięknie skrzących się gwiazd na firmamencie nieba, gdzie wyraźnie widoczna Droga Mleczna wskazuje nam, skąd przybyliśmy i że patrzysz, widzisz i wiesz, iż „nie jesteś sam we wszechświecie”.

Żadnego białego, błyszczącego w gwiazdach i skrzypiącego od mrozu śniegu, kiedy to można iść, iść w nieskończoność. Nawet cykad, gdy w ciepłą letnią noc siedzisz sobie z piwkiem i oglądasz świat przez nonszalancko wzniesioną butelkę do góry.

Tu tylko bure chmury i las ponury.

No nic, jeszcze niech w tę noc zacznie naparzać deszczem ze śniegiem i mamy komplet.
Czy się tym martwiliśmy?
Nie, dla nas to przecież idealnie!

Właśnie taka beznadziejna noc była nam dzisiaj (kurde, jak powiedzieć „dzisiaj” w nocy? wnocaj?) potrzebna.

Przedzieraliśmy się przez tę noc i las we dwóch. Długie godziny ważyliśmy każdy krok, niczym ostatni Mohikanie nasłuchując, czy nie zaskoczy nas brzask, a nie zdradzi byle trzask. Powodzenie takiej misji zależało od szczegółów — od drobiazgów, które mogą pogrzebać każdy, miesiącami knuty, sprytny plan.

Z każdej strony odgłosy lasu i nocy, dzikich zwierząt, a może nawet i rysia! A my, obładowani sprzętem niezbędnym, żeby przetrwać i wykonać zadanie, kierowaliśmy się na azymut i na mech — co ponoć od północy porasta — całą dniami precyzyjnie wyznaczaną trasą, już trawioną w naszych mózgach, jak tatuaż na bicepsie.
Tego bracie, byle czym nie wymażesz.

Sprzęt był ciężki, noc ciemna, a listopad zimny. Jednak Misja to Misja — zawodowcy nie wybrzydzają. Skoro się jej podjęliśmy (jak zwykle), to zostanie wykonana.
Tak nam dopomóż hot-dogu ze Statoil (gdyby tu jakiś był, nie pogardziłby).

Już po 46 km forsownego truchto-marszu przez leśne ostępy, kupy saren i smagające nas po zasmarkowanych (od zimna) twarzach gałęzie, w końcu coś zaczynało tam świtać.

Sprawdziłem zegarek — uff, na szczęście to nie świt. Gdy idziesz przez noc, krok za krokiem, z mozołem i w cierpieniu pokonując każdy metr, jawa miesza się ze snem. Można stracić poczucie czasu i przestrzeni już po 5 minutach.

A więc jednak! Wieloletnie szkolenie i doświadczenie po raz kolejny nie zawiodło. Umiejętność przeżycia i wykonywania arcytrudnych zadań w skrajnie niekorzystnych warunkach znowu doprowadzi nas na kres ludzkich możliwości, a potem sprowadzi bezpiecznie do domu.

My jednak już się tym nie ekscytujemy. Może to wygląda niesamowicie dla laika i gdy się o tym czyta, ale dla nas, zawodowców, to misja jak każda inna.

„Melduję, że wykonane zadanie — to ja idę zrobić pranie”.

Luzik.

Nareszcie — jest i upragniony płot! Profesjonalnie, tytanicznie osadzony. Nie ma sensu go ciąć — usłyszą nas z daleka, no i czasu zajmie to za dużo, nawet naszym plazmowym przecinakiem.

— „Obi-Łan” (używamy kryptonimów, w razie wpadki nas nie zdekonspirują), poświeć, przejdę nad płotem po promieniu. Tylko nie zgaś latarki, jak będę u góry!

Ej, komu świecisz mi czy sobie? Tu świeć!
Sory „Obi-Tu”, już świecę tu!

Przeszedłem. „Obi-Łan” pozostał na nasłuchu po drugiej stronie, czujnie obserwując przez noktowizję otoczenie i nasłuchując przez eksperymentalny, satelitarny odbiornik częstotliwości policyjnych, wojskowych, strażackich oraz z McDonaldasa.

Tak, przybyliśmy idealnie na czas. Według danych satelitarnych, poprzez łącza 5G, za pośrednictwem stacji przekaźnikowej lokowanej na księżycu Saturna, z naszych bionicznych komputerów naręcznych — dane live wyświetlały się nam w okularach taktycznych — mamy jeszcze pięć minut na rozstawienie sprzętu, kalibrację, strzał i odwrót.

I gdy dokładnie 4 minuty i 74 sekundy później byliśmy gotowi, On — nasz Cel — nadciągnął z rykiem swoich sześciu potężnych silników. Przedarł się przez noc, tnąc tę gęstą breję reflektorami, które swoją mocą potrafiłyby przeorać na pół silosy wyrzutni atomowych rakiet.

Przykryci ochronnym polem siłowym, niewidoczni pod projekcją holo udającą jelonka, zdjęliśmy go jednym idealnie celnym strzałem.

„Zdjęcie udane”. Misja wykonana!
I znowu sukces…


No dobra, to nie było tak, ale napisałem sobie ten wpis, no bo co innego miałem napisać?

Że tak naprawdę, to po długiej i ostrożnej jeździe lasami — która dla sarny i jednego z innych kierowców skończyła się źle — razem z setkami innych, nam podobnych, podjechaliśmy autem pod płot.

A Mrija — największy (niegdyś) samolot świata — pojawiła się nagle, znikąd, i nawet nie dość głośno. W ciemności okołopółnocnej, lekko tylko przebitej oświetleniem – perfekcyjnie i precyzyjnie wylądowała na pasie i odkołowała hen tam daleko (ku rozpaczy tysięcy zawiedzionych widzów) pod hangar do rozładunku.

Nawet nie było zdjęcia jak zrobić, bo ciemno i ta cholerna siatka!
5 minut i z marzenia o Mriji zostały tylko wspomnienia.

Ot i cała misja oglądania, jak ląduje największy samolot (An-225) świata na lotnisku — jeszcze się nie zaczęła, a już się zakończyła.

W dodatku przypomniałem sobie, że wychodząc z domu, po raz kolejny nie zabrałem śmieci.

Oj, wszystkie doświadczenia najniebezpieczniejszych misji, ciężkie szkolenia z zakresu przetrwania psychologicznych przesłuchań, umiejętności przeżycia tortur gdzieś w ponurych kazamatach wrogich obozów — są niczym przy mojej jutrzejszej pogawędce z głową rodziny o niewykonywaniu podstawowych zadań i moich obowiązków członka owej rodziny.
Jak nic, będzie OPRDOL — Opracowanie Planu Realizowania Dotychczasowych Obowiązków Lepiej.

To przecież bez sensu tak o tym pisać.
A idź pan w cholerę z taką robotą, początkowa wersja lepsza.

2 myśli na temat “marzenie o Marzeniu

Dodaj własny

  1. kora wersja lepsza to kwestia gustu a o owych sie nie dyskutuje
    sugeruje zlozyc reklamacje na owe Opracowanie Planu Realizacji Dotychczasowych Obowiazkow Lepiej

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑