Szarańcza

208/365 #szosopasta na 865 słów, 5 minut czasu czytania.

Spotkałem dzisiaj szaleńczo przepiękne, hiper, super Audi R10 V8!
No co za pojazd, jak się tym jeździć musi! Aż zagadałem — musiałem — bo stało obok mnie na parkingu. Do kierowcy mówię:

– Super fura, kawał solidnej sztuki!
– Panie kochany! Jak ja lubię te nowoczesne samochody! No, nie masz pan pojęcia! Wspaniała sprawa, jak dla mnie…
– No pewnie, supetrakcja, komfort, bezpieczeństwo i przeczące prawom fizyki osiągi… Fajnie się tym jeździ!
– Co? A… nie, nie wiem, może. Ja tym nie jeżdżę. Raczej: zawodność, elektronika, komputery, zestawy naprawcze i przeczące prawom fizyki pierdółki, które zatrzymują samochód na środku drogi z byle błahostki… Fajnie to się je wozi! Roboty mam po kokardę, panie. Tak, bardzo je lubię…

To był kierowca lawety, na której stało to Audi.

Dlatego tak tęsknimy — ja tęsknię — do tych starych, dobrych, solidnie robionych, niezawodnych aut. Przeważnie z lat 90.

Bo najbardziej wytrzymałe współczesne samochody produkowano pod koniec lat 80. i w latach 90.
Tak, to już ikony: Volkswagen Golf II, Audi 80, Mercedes 190, Volvo 240…

Owszem, może nie były ekologiczne te diesle, ale nie bądźmy hipokrytami. Lufthansa wykonała w 2021 roku 18 tysięcy lotów bez pasażerów. Wszystko dlatego, że przepisy Unii Europejskiej wymagają wykonania co najmniej połowy regularnych lotów, by zachować miejsca na lotniskach.

Poza jednostkami — i to z krajów bogatych — masy mają w dupie ekologię.
Póki nie zaczniemy się gotować we własnych wydzielinach, biznes i wygoda będą przed ekologią.

Dobra, dość!

I takie właśnie Volvo z lat 90. (mimo że produkowane od ’74) zatrzymało się gdzieś w latach 90. na poboczu wylotówki z Zakopanego…

To były czasy analogowe. Bezkomputerowe. Bezfacebookowe. Bezkomórkowe. Bezsensowne?

O nie!

Dużo czasu spędzało się w górach. A były to inne góry niż teraz, chociaż te same. Bez śmieci i tłumów bez rozumów.

Wtedy w Tatry wybierali się tylko „prawdziwi turyści”. „Stonka”, kozaczki, klapki, sandały i idioci bez koszulek… w górach tacy nie bywali. Jak był jaki bałwan, to tylko ulepiony ze śniegu.

Ludzie czuli respekt, szacunek i potęgę. Mądrzejsi byli trochę po prostu, bo wiedzieli — gdyż tylu gier komputerowych nie było — że rzyć i życie mają jedno. Z backupu się go przywrócić nie da.

Bywaliśmy w górach dużo. Ale my, okupanci tanich miejsc noclegowych typu „gleba”, beneficjenci „wrzątku”, biesiadnicy uczt z… hmm… kisielu? Cytrynowego? Teoretycy przejść zimowych palcem po mapie — chcieliśmy czegoś więcej!

Wspinać się. Taternikować. Łoić Ściany Giewontowe Północne. Wiedzieć, do czego służy cały ten czekan.

Chcieliśmy być jak ci, co umęczeni, ale szczęśliwi, dzwoniąc toną sprzętu, wieczorem do schroniska schodzili po zrobieniu Prawego Dziędzielewiczego VI, Zachodniego Kościelca, Zamarłej Turni czy innych Zadnich Mnichów.

Umieć obsługiwać te szpeja. Być w centrum uwagi wiast i niewiast. Jak kozak leszczy nie zauważać. Też pić piwa, a nie herbatę sześciokrotnie parzoną z pierwszej i jedynej torebki.

„Kurwa, to ja tam w kuchni, w tym schronisku, gary zmywam, bo mnie złapali na kimaniu bez zapłaty… A ci w tych swoich czołówkach nahełmianych wchodzą i opowiadają!”

Liny, uprzęże, karabinki, ósemki, przewieszki, 8+, nachwyt, grań… No, jak tak można?!

Cóż — człowieka młodego zwyczajnie stać nie było na sprzęt, na kurs, na… na nic.
Tylko tym autostopem, kanapka z serkiem topionym i nocleg za rozładowanie węgla lub ciuciubabka ze strażnikami po noclegu na dziko w parku.

I tak, po kolejnym wypadzie, marząc i marznąc, jakiegoś wieczoru jeden z tych młodych stopa powrotnego na wylotówce łapał.

Ciemno się robi, ale górale takich tanich łebków ze sobą nie zabierają. Busiane powietrze w Zakopcu ma swoją cenę. I nawet jak jedzie na pusto — nie weźmie, bo to ujma i potencjalna strata.

Ale w końcu zatrzymuje się…

Volvo. Kombi. Czerwone. Szwedzkie. Solidny czołg, nie auto… Czarny, potężny zderzak. Bagażnik, że się i traktor, i krowa zmieszczą. Ultra duża mydelniczka.
Ale kogo to obchodzi… Ciepło jest! I jazda jest! I siedzi tam gościu typu „chudy – bystre oko”.

Z nudów chyba wziął tego leszcza. Do Nowego Targu jechał. Twardy zawodnik.

Od słowa do słowa… wywiązała się rozmowa.

Że gór chcą młodzi, że wspinać się, że umieć, że „laski” się nie interesują, bo nie łoi się ścian z przewieszkami. I że taki los ciężki, młodego, małomiasteczkowego…

I — jak przeważnie bez nazwisk — tak teraz powiem. Muskat. Bo to Jan Muskat był, odpowiedzialny za wiele wspaniałych wejść, przejść i zejść. Prawdziwy Człowiek Gór, szef klubu wysokogórskiego Tatrzańskiego i takie tam.

Nakazał:

– Na jesień, we wrześniu, przyjechać. Aby w barterze, ku obopólnej radości i korzyści, wykorzystując młodzieńczy entuzjazm i siłę — bo o fachowości być mowy nie mogło — na zmianę: jeden dzień będzie się robić remont domu, a jeden wspinać po górach.

I tak — jesienią, jak się rzekło, bo kiedyś słowo coś znaczyło — przybyliśmy.
I uczył nas, wychodząc przy okazji z siebie: roboty, wspinaczki, życia.

Tak robiliśmy, aż się dorobiliśmy ksywy „Szarańcza”, bo zjadaliśmy wtedy wszystko, co nie zdążyło uciec.

Lata 90-te! Wtedy to robili samochody. I ludzi solidnych, z pomysłem!

Ale co sprawiało, że auta z tego okresu są aż tak długowieczne?

Dużą rolę odegrała trauma błyskawicznie, w oczach rdzewiejących aut z lat 70. Zanieczyszczona kolorowymi metalami stal z odzysku i (niby)ekologiczne lakiery. Rdza oznaczała uszczerbek na image’u firmy i drogie naprawy gwarancyjne.

Poza tym — był to czas ekspansji samochodów japońskich.

Szkoda, że producenci dość szybko zeszli z tej jakże słusznej drogi, bo nie tylko ja lubię ludzi i rzeczy wytrzymałe, takie na których niezawodnie i zawsze można polegać.

2 myśli na temat “Szarańcza

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑