Szłem

214/365 #szosopasta na 472 słowa, 2 minuty czasu czytania.

– Tato, Ta To! A ja poszłem dzisiaj sam na plac zabaw!
– Chyba poszedłeś? Mówi się „poszedłem”.
– Tato, ja chyba lepiej wiem, co zrobiłem.

Przypomniał mi się ten dialog, bo też sobie tu szłem.
Szłem, dumałem i – choć nic nie widziałem – pilnie się rozglądałem.

Gdyż… jak to szło?
„Jeśli nie możesz latać, biegnij.
Jeśli nie możesz biec, idź.
Jeśli nie możesz chodzić, czołgaj się.
Ale bez względu na wszystko – posuwaj się naprzód”?
Jakoś tak.

Latanie zostawmy ptac… tfu.
Bieganie również chwilowo odpadało, ale tego, co tu robiłem, chodzeniem też bym nie nazwał.
Tak więc – „szłem”, jak dzieci – tiptopkami – ale bez względu na wszystko, posuwałem się.

Byle naprzód.
Byłem zdeterminowany!

Mrok, od dawna czający się wkoło, teraz przytulił i mnie, a otuliwszy swoim przyjemnym, ciemnym i zimnym dotykiem, powoli przesączał się i do głowy.
Jest cudownie – niebo zasnute chmurami tak szczelnie, że tworzy całość z lasem.
A pośród tego ciemnego niczego tylko ja, drzewa i mrówki już szykują swe mandibule do recyclingu mych zwłok, jak już padnę tu w bólach.
I – o, ale fajnie – zaraz zacznie padać.

Ta sielska atmosfera totalnej alienacji, wyobcowania, pustki i samotności byłaby niemal skończenie doskonała, gdyby nie ptaki – te SKURWYSYNY, co zawsze od czwartej w nocy drą mordy, że okna nie otworzysz.
Teraz też, po zmroku, gdzieś tam sobie… doskonale cicho… siedziały, pewnie żeby mrówek nie dekoncentrować.

Nagle… coś trzasło gdzieś w mroku.
To wilcy!
Zamarłem w całości, wrazem z sercem.

Ach, nie – to pewnie tylko jakaś para zagubionych duszyczek w poszukiwaniu bocznego wejścia do raju przedziera się przez mroczną puszczę.
Niech idą – jak tak dalej pójdzie, to zaraz i ja tam pójdę, a kiedy dojdę, dołączę.
Ale…

Na razie sobie szłem, a za chwilę będę się czołgał.
Nic to – ważne, żeby do przodu.
Łatwo się nie poddam.
Tak, do tego właśnie doszłem, kiedy leniwa i przewidywalna wcześniej akcja nabrała nagłego rozpędu.

Gdy po kameralnym sprawdzeniu „czy rowery stoją”, rozprostowaniu członków i przeciągnięciu się z refleksją:
są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią – niebo ciemniste nade mną i prawo moralne we mnie –
zadecydowałem, że już czas iść, pójść i wracać, bo „się ściemnia”.

Wtedy właśnie zawadziłem o ten cholerny… ja wiem?
Korzeń, drąga, minę przeciwczołgową, pozostałości po sztolni, porzuconą kosę przerażonej kostuchy?
Czy co to się tam czaiło w tym dole.

Zaraz po powstaniu, otrzepaniu się i rzuceniu paru pań lekkich obyczajów, ruszyłem już raźno, i bez żadnej zwłoki, do auta.
A kiedy do niego doszedłem…

…Teraz szłem.
Zaraz będę się czołgał.
Ważne, żeby do przodu.

Upały dawno zelżały, ciemność w gęstwinie zgęstniała, zaczyna padać.
Komórko/latarko/łokitoki zostało w samochodzie.
W zamkniętym samochodzie.

Już nie szedłem ni szłem… teraz padłem i macałem – fak Mi_, no gdzie on leży, Borze Wszechogarniający, ten mój wypadnięto-upadnięty w ciemności samochodowy kluczyk.

2 myśli na temat “Szłem

Dodaj własny

  1. cytując klasyka….Przewróciło się niech leży, cały luksus polega na tym że nie muszę go podnosić, będę się potykał czasem…..

    Polubienie

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑