Obszerno-rzetelny tset opon wielosezonowych

220/365 #szosopasta na 1131 słów, 6 minut czasu czytania.

Na ten dzień, właśnie ten, czekałem długo.
Kiedy wiele miesięcy temu kupowałem opony wielosezon — funkiel nówki — wiedziałem, że nieprędko nadejdzie. Może nawet nigdy. Ale kiedy przybędzie, i nadejdzie, wtedy prawda się wydobędzie.

OK, jaja kobyły, wróć.
Ja, jako były zwolennik separatystycznych rozwiązań, dałem się podejść i ponieść, ale jako sceptyczny niedowiarek, nieulękły podaważacz wiek starych weków ze Surströmming, otwieracz puszek z Pandorą i wkładacz drągów w mrowiska mrówek Solenopsis invicta, nie mogłem uwierzyć — tak avista i aviso — w optymistyczne deklaracje niezawisłych i obojętnych na gratyfikacje finansowe rzetelnych motogumorecenzentów.

Byłem tych opon–entem.
Przecież tu idzie o moje zdrowie, o mienie moje, no i o terminowe docieranie do Klienów.
Ci, co prawda, woleliby, żebym terminowo nie docierał — nawet byłoby im na rękę, żebym wcale nie docierał — ale cóż… taka praca.
Traktuję ją śmiertelnie poważnie – skoro jest zlecenie, musi być dekapitac… ta… rekapitulując: realizacja.

Przez wszystkie te miesiące globalnego ocieplenia, na testowanych oponach jeździło się standardowo, czyli poprawnie, nienagannie, bez ekscytacji i zadziwień.
Jak to na oponach letnich.
Nic dodać, nic ująć — może tylko czasem trochę dziesiątych bara.

Egzamin letni zdany z wyróżnieniem, ale to żadna sztuka.
Teraz nadszedł Ten długo wyczekiwany Dzień.
Dzień prawdy.

Dzień, w którym — po wyjrzeniu zaspanym okiem przez zasypane okno — zaczynamy się zastanawiać, jeśli potrafimy:
Cóż jest to za globalne ocielenie, skoro piździ jak w Kieleckim (a nie jesteśmy w Kieleckim!)?
Gdzież są te dodatnie temperatury, skoro one takie ujemne, nawet wewnątrzbudynkowo?
Jakaż susza, skoro napierdala mokrym śniegiem?

A może to nie jest śnieg? Może to starty, stary styropian, który siedzący gdzieś tam zziębnięci budowlańcy trą, niszcząc elewacyjne elementy celem rozgrzewki, bo już od jutra nie piją?
Wątpię.

Jednym słowem, skoro:

  1. Płaskoziemcy sprawdzili krzywiznę jeziora w Chile i wyszło im, że jest płaskie jak stół,
  2. Skoro na karuzeli — im szybciej ona wiruje, tym bardziej odlatujemy — a Ziemia wiruje sobie ze skromnym 1670 km/h… i nie odleciał nikt poza Macierewiczem,
  3. Jak jest zima, to musi być zimno – jedna Ministra tak powiedziała, a chyba się zna, skoro tak mówi…

…to jakie i gdzie jest to globalne ocielenie?

Na pytania niech każdy odpowie sobie sam — ja mam teraz ważniejsze sprawy.
Gdyż ja nie jeżdżę na łatwiznę.
Skoro nam na biało nieźle doebało, w końcu udaję się na tset opon.

W tereny dzikie, nieprzystępne, zasypane i nieodśnieżone — a ostatnią piaskarkę widziano tam w epoce kamienia.
Można by ze śmiechem powiedzieć:
„O, czyli tam za najbliższy róg się udajesz?”

Nie, i dość żartów!
Wiem, że nie jechać trzeba daleko, aby znaleźć doskonale nieodśnieżone drogopodobne substytuty, ale to nie dla mnie.
Nie pojadę ja na łatwiznę, gdyż — aby tset był rzetelny — nie mogę się zdać na przypadek, iż napotkam jakąś nadgorliwą, zabłąkaną, zagubioną pługopiaskarkę w transie, i próbka zostanie skażona obcym, niepewnym elementem.

Natychmiast udaję się w tereny dzikie, górskie, nieprzyjazne.
Gdzieś tam, gdzie uda się odpowiedzieć prawidłowo i rzetelnie na nurtujące miliony pytanie: czy dają radę?

Po 300 km i 64 godzinach w końcu dotarłem na rubieże — oj, co to za zadupie, tak tu supcio, że normalnie aż nie wierzę!
Lasy dzikie i pewnie zbójców pełne.
Ciężkie śniegi przygniatają tu do ziemi wiekowe choiny, których nawet Siekierezadowi Siepacze rady nie dali wyciąć, a huraganowe wichry namiętności hulają po halach, szturchając truchła traw niestrawionych przez uwiędłe owce.

Tu trwa owieczna… tfu… odwieczna walka potęg żywiołów, tych z początków istnienia Ziemi.
To są Góry!

Ostatni pług, który trafił w ten górny paleolit, został uwieczniony naskalnym rysunkiem jakiegoś pradawnego artysty.
Szlaki wytyczane są tu ciupaskami ludów z lodów i węglarzy, co w niewyobrażalnym trudzie rzeżą drzewa, aby ogrzać zimne swe serca, mokre onuce i pierwszorzędny sprzęt przedwojennego przemysłu destylarskiego, w trwającym tu odwiecznym cyrku przyrody: śnieg – trochę mniej śniegu.

O jeti, ale będzie zabawa!

Tak, to jest TO miejsce, gdzie prawda wyjdzie na jaw jak druty ze zużytych opon od tysięcznych przejazdów testowych komisji smoleńskiej po aluminiowe puszki w okoliczne śmietniki.
Niecierpliwym nie czekam — od razu ruszam w pierwszy drift.

Rozpoczynam taniec ekscesów hamowań, esów przyśpieszeń i floresów zakrętasów.
Koniec — nie idę już na żadne letnie półśrodki!
Przeciążenia, które osiągam, są niczym te przy starcie rakiet w misji na księżyce Jowisza.

Maszyna ma — o mama mija — doskonale dogrzana, wyje od obciążeń, a różne w niej podzespoły typu The Sisters of Mercy wyją z głośników, podgłoszone na maksa w odtwarzaczu magnetofonowym.
Woda uprzednio wydestylowana ze związków wodoru i tlenu gotuje się w chłodnicy, a doskonałe oleje z pierwszego tłoczenia smarują swymi smarnymi właściwościami ruchome elementy silnika.

Od tej morderczej walki nawet wcześniej nieruchome części silnika, zdziwione, robią się ruchome!
Nawet nieruchawy wcześniej akumulator podryguje sobie radośnie na poluzowanych śrubach.

A ja?
Przed prawym zakrętem zacznij ostre hamowanie i przechodź lewy, dwójkowy zakręt pełnym gazem.
Na szczycie późno przyhamuj — prawy cztery dnem plus.
Taki jestem!

A opony?
Udzielają mi wskazówek, dobrych rad nie szczędzą, i kiedy ja ich nie szczędzę — one dają Mi_ radę!
Poprzez tę gumę, system przenoszenia napędu, sterowania, amortyzacji, podgrzewany fotel i oboma półdupkami na koniec — wyczuwam każdy niuans, każdy milimetr pokonywanej drogi.
Każdy płatek — bo każdy jest inny! — śniegu.

Wyczuwam, z jakiej wody powstała skorupa lodu, w jakim wieku utworzyła się warstwa śniegu, kto wtedy wygrał kończącą wojnę bitwę, i co pili uradowani wojowie, którzy tu z tupotem zwartym szeregiem śpiewając sprośne swe pieśni — sikali!

Opony, już nie nówki, ale nadal wielosezon, spełniły pokładane w nich nadzieje.
Pozwoliły oszczędzić na potwornych kosztach serwisu i realnie zaoszczędzić na czasie niespędzonym w kolejce — do którego to czasu podchodzimy przecież po gospodarsku.

Muszę przyznać, że moje wcześniejsze, sceptyczne podejście do produktów o przeznaczeniu uniwersalnym, w myśl pradawnego przysłowia: jak coś jest do wszystkiego, to jest do dupy — zostało zmienione.
Zmieniłem się też i ja…

W ramach mego tsetu sprawdziłem, czy ludzie pierwotni jedli obrzydliwe części ciała zwierząt, czy też je wyrzucali.
Fakt, że byli prymitywni, nie oznaczał przecież, że nie mieli smaku.
Miałem swój wierny scyzoryk!
Wykonałem nim kolekcję misternych pułapek, ale w trzecią noc zauważyłem, że poważnie myślę o zjedzeniu paru owadów.

Uciekły przed spożyciem.

Teraz — skoro czytasz tę recenzję — widocznie mrozy już zelżały, lody puściły, a śniegi są w odwrocie.
Udało się dotrzeć zahartowanym himalajskim ratownikom samobójcom w ten teren.

Wiedz, że już mnie tu nie ma.
Ale przed wyruszeniem w drogę spisałem tę reckę krwią i przybijam ją do drzewa swoim wiernym Leathermanem.
Przekaż go, proszę, moim dzieciom — ale nie przekazuj im, tak jak w Pulp Fiction kpt. Koons, kiedy wręcza małemu Butchowi złoty zegarek, gdzie go przez wojnę trzymał ojciec Butcha, jako i ja swój trzymałem, aby mi nie zamarzł i nie zardzewiał.

Tego wiedzieć nie muszą…
Ja również spróbuję zapomnieć.

Po przenocowaniu miesiąca w gawrze, zaprzyjaźnieniu się ze śpiącym niedźwiedziem, wyjedzeniu mu zapasów miodu — w końcu naszykowałem sobie śnieżne rakiety na paliwo stałe i udaję się na południe, mimo że ciągle w górę, ale jednak… na południe!

Tam ponoć jest cieplej.

A samochód?
A… niech pozostanie w tym cholernym rowie.

2 myśli na temat “Obszerno-rzetelny tset opon wielosezonowych

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑