221/365 #szosopasta na 779 słów, 4 minuty czasu czytania.
Wracałem kiedyś z gór typu alpejskiego. Z Tatr.
Nie było jeszcze dwupasmowych, równiutkich tras z szerokim poboczem, tunelów Znanego Imienia z odcinkowym pomiarem prędkości. O autostradach się słyszało, że hen, gdzieś tam są na Zachodzie… legendy jakieś, o.
Zamiast tego była noc, drogi nieoświetlone po prostu, a nie w ramach oszczędności, lasy gęste, zakręty – jak to tam, jesień zaawansowana, i uff, na szczęście na tyle późno, że wszystkie piątkowe nieoznakowane pijaczki znalazły już drogę do domu lub zległy w rowach.
Można cisnąć.
Szosy, którymi wiódł nas tamten szlag, to konglomerat tak bocznych tras, że piętnastej chyba kolejności odśnieżania. Ale na pokładzie – idealny rozkład mas: perkusja w komplecie, gitary ze dwie, czterech kolesi, którzy rosnąć już mogą tylko w szerz, pewnie z paletą roboczego towaru i w skali 1:1 kontrabas.
Kiedy wziąłem ostatni zakręt tej prawie 300-kilometrowej przeprawy, jedyny przytomny, który – śledząc, co robię – cały czas nie spał, zapytał z uznaniem:
– Ty znasz te wszystkie zakręty na pamięć?
No, i to się nazywa Komplement!
Jechaliśmy Fiatem 125p.
Z powyższego powodu, i wielu innych podobnych – ot, choćby palenie zimą ogniska pod Żukiem, żeby olej w jego silniku zmienił stan skupienia ze stałego w ciekły – kiedy po raz pierwszy wsiadłem do Fiata Ducato Made in Italy, poczułem się jak w pojedzie kosmicznym.
Zostałem jak James T. Kirk – kapitanem „Enterprise”!
Rany, no wyobraź to sobie!
Po latach spektakularnych wyczynów w pojazdach samochodopodobnych, nareszcie wsiadłem do Samochodu.
Prawda, jego jakość wykonania mogłem porównać jedynie do Żuka, przestronność kabiny do fiata 126p, a pakowność do fiata… „dużego”.
Poprzeczka nie była więc wysoko – nie Armand Duplantis styl – ale i tak był to przeskok cywilizacyjny… hmm, a może właśnie dlatego?
Wcześniej, w ramach łączenia młodzieńczej zajebistości w prowadzeniu pojazdów mechanicznych, obowiązków towarzyskich dla całej rzeszy znajomych bez biletu i transportowych perspektyw (których to ludzi nie można było przecież zostawić samych sobie!) i pracy oraz związanych z nią obowiązków zawodowych – dokonywałem cudów ekwilibrystyki i elastyczności w podejściu do czasu, przestrzeni i ogólnie załamywania fizyko-mechaniki pojazdami o napędzie suwowym.
I jakoś się to łączyło tugeder und cuzamen, a do teraz trwają badania podczas piwnych spotkań, jak do cholery udało się wtedy nikogo nie zabić, za wiele sobie nie nagrabić i zbytnio wielu nie „oszwabić” – w tych wiązanych przewozach łączonych, drogami, na których zapanowała moda na „zapierdalanie na trzeciego”.
Wsiadam do tego Nowego Ducato Fiata, a tu?
Drzwi się zamykają z audiofilskim dźwiękiem zasysanych uszczelek.
Silnik odpala od strzału i pracuje aksamitnie… jak jedwab.
Skrzynia biegów płynnie i przewidywalnie wrzuca biegi – i to takie, jakie chcesz!
Wspomaganie wspomaga kierowcę w kierowaniu kierownicą, zamiast być uzupełnieniem nieukończonej serii na biceps w siłowni.
Wentylacja wentyluje bez otwierania szyb, a fotele mają regulację!
No… gdybym miał skłonności, popłakałbym się z radości!
Lustra boczne – wielkości zwierciadeł kosmicznych teleskopów, ładowność – tira z naczepą, i słychać, co leci z radia!
A w radiu – prawdziwa Trójka!
Bosz – rozmarzyłem się – ile tam wlezie ludzi na tę pakę (ławki się jakieś porobi, i to nic, że nie ma okien), ile tam się doładuje towaru(!), jeszcze miejsca na słoiki wystarczy!
Byłem już wtedy kierowcą totalnym – standard, jak każdy w tym wieku!
W końcu miało się to prawko już kilka lat i dwadzieścia parę na karku.
Kto takiemu podskoczy?
Przecież po latach tytanicznych zmagań ze sprzętem o precyzji wykonania komunistycznej huty, na drogach przedunijnych i często przechodzących przez zero, mam już doświadczenie kierowcy Jelcza z naczepą w połączeniu z techniką lidera Formuły 1 i fantazją Fina, co po szutrach leci po flaszkę.
Teraz, w takim dostawczym Maxi Ducato, nowoczesnym jak w Star Trek, to ja mogę wszystko –
„To boldly go where no man has gone before”.
Driftować? Mogę!
Jeździć na dwóch kołach? Służę uprzejmie!
Wchodzić poślizgami w zakręty? No ba!
Sam nie wiem, czego nie mogę, bo mogę wszystko!
Z takimi lusterkami jak od kosmetyczki – to do centymetra pod rampę załadowczą podjadę,
Z takim silnikiem i hamulcami – to z pełnej nadświetlnej wstecznej idealnie w punkt się zatrzymam, gdyż…
Zresztą – potrzymaj mi piwo i patrz!
Plac duży i pusty, oczy precyzyjnie utkwione w lusterka i widoczną hen daleko rampę.
To będzie przysłowiowa bułka z pasztetem i ogórkiem kiszonym, która nie dość, że legendarnej smaczna, to jest banalnie prostata w wykonaniu!
Cegła na gaz, wsteczny i ogień!
Patrz jeden z drugim, jak to robią mistrzowie!
Ruszyłem (z piskiem opon w wyobraźni) tak, że przyśpieszenie rzuciło mną na kierownicę – i dokładnie tak samo, sekundę czy pięć później, tylko w odwróconym wektorze ciągu, przyebałem głową w zagłówek, kiedy mój kosmiczny pojazd zatrzymał się w miejscu…
Na jednym jedynym, samotnym słupku – pozostałości po czasach minionych – tego placu wielkości lotniska, którego to słupka budowlańcy dzień wcześniej zaczęli demontować.
Ech… całe życie zbieram doświadczenie.
I tak sobie myślę:
A na cholerę mi ono na starość.

tja,
a tym 126p sie przemierzało szlaki na oponach wielosezonowych, no boże na jakich
PolubieniePolubienie
Na wielosezonach, przez wiele sezonów
PolubieniePolubienie