Minimalizm w praktyce

230/365 #szosopasta na 678 słów, 4 minuty czasu czytania.

Filozofia minimalizmu nie jest mi obca.
Ba, lubię ją, tę filozofię, i uważam, że mądrze stosowana pozwala żyć lepiej.

Dobrze przygotowany minimalista łatwiej kontroluje zasoby – jeden pilot.
Mniej obciąża organizm – tylko piwo!
Spokojniej ogarnia rzeczywistość – jedynie TV.
No i mniej jest do sprzątania – sofa.

Kiedyś, w przyszłości, już w sumie… niedalekiej, będziemy na nią skazani.
Nie, nie na sofę! Od sof są sofiści.
Na minimalizm przecież skazani będziemy.
My, ludzkość.

Ale mniejsza z tym. Póki co minimalizm jest mi na tyle bliski, że kiedyś, gdy meandrując w zamulonych zakamarkach netu i FB trafiłem na grupę Prawdziwych Minimalistów, postanowiłem natychmiast się przyłączyć!

Unfortunatli – „Minimalizm w praktyce” – była elitarnie zamknięta dla obcych, co tylko pobudziło moją wyobraźnię (nie dało się podejrzeć, co tam się w środku odbywa, i można było jedynie mieć podejrzenia).

Zgłosiłem swój akces, a oczekując na akceptację przyjęcia i bębniąc nerwowo palcami po blacie z przejęcia, już widziałem oczyma wyobraźni te tam dysputy filozoficzne, ogniste rozkminy umysłów pochłoniętych deliberowaniem, spory – na pewno oszczędne w formie (w końcu minimaliści), ale celne w ripoście i o sprawach wagi globalnej.

Siedziałem, bębniłem, czekałem i się bałem – czy ogarnę, czy podołam, czy jestem godzien!?
Ale… co tam, byłem gotów zaryzykować i spróbować, gdy tylko nadejdzie ta cholerna zgoda.
I nadeszła.

Wchodzę drżąc, zerkam na ekran – i faktycznie!
Z miliard ludzi – ok, może tylko kilkanaście tysięcy kobiet – ostro debatuje tam… tzn. tu, nad problemem minimalizmu teoretycznego w zderzeniu z minimalizmem praktycznym.

Temat debat:
„Który ciuch i jak usunąć z szafy.
Gdyż teoretycznie każdy mogę, ale praktycznie to nie umiem.
Z szafy – ciuch!
No jak go mam usunąć, go jak, by praktycznie przysłużyć się planecie?!?
…A po cichu i na boku do siebie: tak, by zrobić miejsce kolejnemu.”

I w ten deseń 1450 ostatnich wątków, sporów i debat…
I o niczym więcej.
No, trzeba przyznać – jak na Minimalistów przystało – zminimalizowano tematykę radykalnie.

Cóż, napisałem coś po swojemu i, po wrzuceniu tam granatu w postaci krótkiego eseju o zastosowaniu minimalizmu w życiu i w czasie, „zminimalizowałem” do minimum swą tam obecność poprzez wypisanie się.
Trochę też musiałem – gdyż zaraz po tym nastąpiło istne fordemonium i prawie emocjonalne przebiegunowanie planety.

Cóż, internet załatwiony, w następnym kroku zdecydowałem się ograniczyć moje zapędy minimalistyczne do drogi i jeżdżenia.
Wziąłem przykłady z uśrednionego kierowcy „BMW”, handlowca i pani na kierowniczym stanowisku – też średniej (oj, niejeden by się zdziwił, co one potrafią):

– zminimalizowałem promienie skrętu – poprzez ścinanie zakrętów,
– zminimalizowałem opory powietrza – poprzez siedzenie na zderzaku,
– zminimalizowałem zużycie hamulców – i hamowanie w ostateczności,
– zminimalizowałem wykonywane gesty – poprzez niewłączanie kierunków,
– zminimalizowałem obciążanie pojazdu – poprzez jazdę na rezerwie rezerwy,
– zminimalizowałem zużycie kierownicy – poprzez trzymanie jej nachwytem, jedną ręką.

Minimum energii, a maksimum efektu.

I kiedy w końcu opanowałem tę sztukę do perfekcji, jechałem sobie, dumając, co by tu jeszcze zminimalizować, bo ceny już nie takie jak przed wojną, a rady pana „Glapy”… no cóż… warte są spuszczenia… klapy, kiedy wjechałem w las.

Wkoło drzewa, ciemnawo i od krzaków gęsto, przede mną leśny, ciasny i mało jasny – w sensie, że widoczny mało – zakręt.
Cholera, takiego sobie nie zetniesz.

Z obrzydzeniem i wbrew swym zasadom, jadę więc grzecznie po łuku, kiedy nagle dostrzegam, że:

Cofając – i to tyłem, po moim pasie – do tyłu jedzie sobie dostawczak.
Kawał wozu, i na wstecznym radośnie ciągnie do tyłu, ile fabryka dała.
W mnie.

Szybkim manewrem – dobrze, że drugim pasem nic nie jechało – mogłem go… hmm…
Wyminąć? Wyprzedzić? Ominąć? Oprzedzić?
A cholera wie, jak nazwać ten manewr.

Mimo dobrego ubezpieczenia i długiej wysługi lat mego wiernego pojazdu – no, musiałem coś zrobić.
Gdyż jakby to wyglądało w oczach przybyłych śledczych – kto tu nie zachował dystansu?
Przecież nie ten z przodu.

I kiedy już udało mi się pomyślnie wykonać ten nienazywalny manewr, pomyślałem z podziwem:

O, i oto jest Minimalista–mistrz!
Zjazd sobie przegapił i minął, lecz jako prawdziwy „Mistrzu Minimal” – on ani metra nie zmarnuje.
Sumienie mu nie pozwoli pojechać dalej, szukać szutrówki, nawracać na nawrotkach, bezzasadnie zasobów zużywać.
Ni opon, ni płynu we wspomaganiu marnować nie będzie!

Ten nie duma, nie teoretyzuje, nie rozkminia, na fora nie wchodzi.
W praktyce na drodze minimalizm wdraża!
I w myśleniu również.

2 myśli na temat “Minimalizm w praktyce

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑