Ankieta

233/365 #szosopasta na 1588 słów, 8 minut czasu czytania.

Byliśmy na rytualnej, cotygodniowej obiadowizytacji u mojej mamy.
Cóż, w końcu tylko po to sprowadziłem się do tego miasteczka – by być, bo po cóż by?
Obrońcy Granic i Tętnic usunęli tu ostatni dobry kebab, zostały tylko stare pierogi Umarty, co to kiedyś „ruskie”, do niedawna „ukraińskie” – a co dalej? Kto wie, negocjacje trwają.

Jemy, kiedy nagle, w pół łyżki pożywnego rosołu na nielidlowym bo niemieckie mięsie, wszystko się zaczęło.
Od dziwnego hałasu.
Przeszywający dźwięk po prostu się pojawił. Jak duch przeszłości i znikąd. I nie znikał.

Dziwny taki, jak z gier video lat 90., po syntezatorowej przeróbce Vangelisa i Jarra na specjalną edycję dla zegarków Casio z siedmioma melodyjkami, wrzuconą przez pomysłowych Chińczyków w kartonowy głośniczek.

Kiedy to usłyszeliśmy – cała nasza dwupokoleniowa rodzina siedziała w pokoju (mama wyszła) – wszyscy przeszyci dźwiękiem niczym dzidą, zamarli nad talerzami.

Nawet Strasburger w TV zmylił krok.
Gdyż nikt nie wiedział ani co to, ni skąd dochodzi. I dlaczego.
Z tym że ja wiedziałem.

Nie przestawało i wciąż, raz po raz, w równych odstępach czasu się odzywało, wprowadzając konsternację w młodą generację.
Kot gdzieś przepadł, papuga zaczęła udawać martwą, a może to kot zwietrzył okazję.

W nagłym zrywie wszyscy zaczęli szukać źródła tej udręki. Sprawdzali swoje smartelefony, zaglądali w kąty pomieszczenia i otwierali szafki. Ale nic to nie dało.

Zgromadzeni zaczęli się coraz bardziej denerwować, a rosół popuszczał oka w talerz.
Wszyscy słyszeli, nikt nie miał najmniejszego pojęcia – co to.
Z tym że ja miałem.

W końcu, skoro samo nie chciało przestać, podpowiedziałem:

— Dobra, to stary telefon stacjonarny Panascanics kupiony „na stadionie”, tam, w przedpokoju, pod kożuchem, dzwoni.

Tak, ktoś naprawdę dzwonił na telefon stacjonarny!
Na stary, stacjonarny, z dzwonkiem, którego nie mają nawet najnowsze smartfony stylizowane na najstarsze retro.
Coś takiego nie zdarzyło się tu chyba od czasów, gdy Verne napisał 20 tys. mil podmorskiej żeglugi.

Nic więc dziwnego, iż nikt (poza mną) nie rozpoznał dźwięku, że wydawał się taki dziwny i zdziwko.
Ba, nawet ja nie wiedziałem, że to jeszcze działa.

Poczułem się tak, jakby nagle zza grobu zadzwonił ojciec-jajcarz, który już dawno odszedł, a teraz kręci z pretensjami, dlaczego nie ma napisu na nagrobku tak jak prosił:
„i co się gapisz, też chciałbym leżeć na plaży”.

Facet był zdolny do różnych numerów, ale tak sobie po latach zadzwonić w trakcie obiadu? Szacunek. To zupełnie inny poziom.
Co też może tłumaczyć, dlaczego nikt nie chciał odebrać:

— Ja nie odbieram!
— Ani myślę.
— Ty odbierz.

Więc odebrałem. I byłem zawiedziony.
To nie był ojciec z informacją, że pije z przybyłym właśnie Ozzym O.
To była ankieta.

W sumie powinienem był się domyślić, naprawdę.

No kto – poza „wnuczkami” ze spuszczonym w kiblu telefonem, „synkiem” z aresztu po dzwonie, sprzedawcami magicznych koców z zaproszeniem na prezentację i instytutami badania opinii – nadal dzwoni na stacjonarne?

Bo dlaczego to raczej jasne.

Jedyni ostatni naiwni ludzie, których łatwo naciągnąć na udostępnienie oszczędności w reklamówce poprzez umieszczenie jej w koszu na śmieci dla oficera służb specjalnych w dresie i kapturze na bejsbolówce, to ludzie starsi.

I tylko oni jeszcze mają telefony na uwięzi.
Zresztą… teraz to i tak nieważne.
Ja należę do tych pozostałych, nielicznych ludzi, którzy lubią takie rozmowy.

Uwielbiam pogadać sobie o niesamowitej okazji, jaką jest uzyskanie zupełnie za darmo laptopa (już spakowany czeka, a RAM-u ma napakowane jak kulturysta książek w siatkę) pod warunkiem, że udam się do pobliskiej szkoły podstawowej, gdzie nabędę ultrawytrzymałe sztućce w komplecie dla 167 stołowników (na komunię, proszę pana, są w sam raz), a przy okazji przebadamy panu protezę, prostatę i plomby – infradźwiękami.

Po prostu mnie to fascynuje – co odpowiedzą na to, że już lecę, „biorę udział, proszę mnie zapisać na osiem spotkań i kiedy będą w Reykjavíku, gdzie aktualnie przebywam?”

Ciekaw byłem, skoro rosół już zimny, co tym razem chcą wiedzieć?
Jak ułożyli pytania?
Czy mogę zgadnąć, jakie odpowiedzi chcieliby usłyszeć?
A jeśli tak, to co się wtedy dzieje?

Być może to akcja służb kontrwywiadów połączonych ze służbami do zwalczania światków. Przestępczych świadków, światków i półświatków.

Zawsze mam mnóstwo opinii i chętnie też jakąś wymyślę na poczekaniu.
Tyle tego mam, że starczyłoby na całe metry sześcienne ankiet, spotkań na salach gimnastycznych i w aulach, na szkolenia botów lub testowanie nowicjuszy telesprzedaży.
Zawsze z przyjemnością pozbędę się kilku opinii, z którymi i tak nie wiem, co zrobić.
Niech biorą i smacznego!

A może to jakiś „wnuczek” w potrzebie?

Na samą myśl o akcji pomocy biednemu pomiotowi, zatarłem ręce, otarłem usta, wytarłem twarz i przywarłem do słuchawki.

Ledwie mężczyzna po drugiej stronie słuchawki powiedział, że dzwoni z instytutu badania opinii „Koalicja na Rzecz Zapobiegania”, a ja już krzyknąłem do słuchawki:

— Cudownie! Fantastycznie. Ankieta! Będzie super. Właśnie się zastanawiałem, czemu od dawna nikt mnie o nic nie pyta. I proszę, oto jesteście! W końcu mogę się podzielić swoimi opiniami! Mam nadzieję, że to jakaś wielka ankieta! I że potrwa wieki! Ja mam czas!

Większość ludzi i botów w tym momencie by się rozłączyła.
Trzask.
Zbytni entuzjazm to dziś bardzo cienka granica. Prowokacja! Wpadka! Niewypał, no co za przypał.

Cholera, trzeba bardzo uważać, żeby nie przestraszyć rozmówcy. Wystarczy odrobina przesady i już po wszystkim – „wnuczek” jednak nie stracił telefonu, a „syn” lub „córka” (niepotrzebne skreślić) nie miał straszliwego wypadku, po którym siedzi na dołku i tylko twoje pieniądze mogą mu pomóc.

Cóż, nawet bot z lat 90. i bez aktualnych updajtów od razu by się kapnął i rozłączył.
Ale nie ten facet. Zachował zimną krew.
Totalny spokój.
Zawodowiec.

Podczas gdy reszta rodziny po cichu opuściła pokój, mieszkanie, blok i szykowała się do opuszczenia miejscowości, wiedząc, że to może potrwać, on spokojnie zaczął mi tłumaczyć, o co chodzi w ankiecie.

Skoro facio się nie rozłączył, byłem pewien, że to jedna z tych specjalnych, ekskluzywnych ankiet. Nie taka, gdzie wystarczy się tylko zgodzić na udział i komplet nowych garów jest twój.

O nie. Jak już wykażesz zainteresowanie (nawet zbyt entuzjastyczne), to zaczynają cię naprawdę przepytywać.
Coś czułem, że najpierw muszę się zakwalifikować. Udowodnić, że jestem godny ich prestiżowej ankiety.
Pewnie zacznie się od pytań o pracę, liczbę domowników, płeć, dochód i na kogo głosowałem – takie rzeczy.
Ale nie, tego wcale nie chciał wiedzieć.

Zamiast tego zapytał, czy mam smartfona z rozpoznawaniem twarzy.
Tak, to – jak się okazało – był kluczowy warunek. Bo jeśli nie mam, to nie ma sensu kontynuować.
I tu pojawił się problem. Bo nie mam telefonu z rozpoznawaniem twarzy.
Po tym – jak w wielu próbach rozpoznania mi twarzy rozgrzał się do czerwoności, przepalił dłoń, podłogę i spadł kilka pięter na beton – szkło nie wytrzymało, i nie mam.
Powiedziałem mu to, co było dość niefortunne, bo od razu chciał mnie wykluczyć z badania.

Tak, to był mój pierwszy wielki błąd.

Cholera no, co za wtopa! I to na wejściu!
Gdy ankieter ewidentnie szykował się do rozłączenia, zacząłem go błagać:

— O nie, proszę! Ej, jak już odebrałem ten przykitrany telefon, rodzina sobie poszła, nie zjadłem rosołu i tak się ucieszyłem na tę ankietę, to nie da się nic zrobić?

Milczał chwilę, aż zacząłem buczeć w słuchawkę, i w końcu:

— Dobrze. Jeśli to dla pana takie ważne, niech pan rozejrzy się po domu, może ma pan inne urządzenie z rozpoznawaniem twarzy.

Byłem zachwycony i od razu wypaliłem:

— Tak, mam! Lustro!

To był mój drugi błąd.
Na początku w ogóle nie zrozumiał, co mam na myśli. Może zacząłem z nerwów bełkotać?
Więc cierpliwie wyjaśniłem mu, czym jest lustro:

— No wiesz. Lustro! Taki powszechny przedmiot domowego użytku. Zazwyczaj montuje się je na ścianach. Są płaskie. Gdy się obok nich przechodzi, mogą przestraszyć. Przynajmniej mnie. Działają zasadniczo jak selfie – tylko bez robienia zdjęcia. I rozpoznają twarze!
Gdy w końcu załapał, jego nastrój gwałtownie się pogorszył.

To się często zdarza, niestety. Tłumaczysz coś ładnie, nawet bardzo szczegółowo, a jak ludzie wreszcie zrozumieją, to nie wiem dlaczego, ale się na ciebie – tzn. na mnie – złoszczą.
Ten to samo. Wybuchł.

Powiedział, że ma już dość. Że to wszystko, mimo że poważne, robi się śmieszne. Rozmawiamy już chyba od wieków, a co najmniej 15 minut, a nawet nie zaczęliśmy ankiety.
I że, żeby ankieta zadziałała, urządzenie musi być elektroniczne.
Wtedy to poczułem: stracę go. Jeśli czegoś szybko nie wymyślę, ankieta przepadnie.

Pomyślałem: humor. Humor jeszcze może mnie uratować:
— Ma pan absolutną rację. Faktycznie nie mam urządzenia z rozpoznawaniem twarzy. To było głupie z mojej strony. Ale mam wagę – z rozpoznawaniem wagi…
…i to był koniec.
Od tej chwili nie było już ratunku. Wrzasnął do słuchawki:

— NIE!!! Mam dość! Koniec z panem! Już notuję sobie ten numer! Na czerwono, w specjalnym notesie i osobiście dopilnuję, żeby do pana już nigdy nie zadzwoniono! Nigdy!!! Tak, osobiście dopilnuję, żeby pana numer zniknął ze wszystkich baz danych! Wszędzie! Maile i fax też! A poczta dostanie oficjalny zakaz, na papierze tłoczonym z logo firmy, by nie dostarczać do pana listów! Wszystko przepadnie! Na zawsze! Nikt nigdy się z panem nie skontaktuje! Dopilnuję tego osobiście!

To naprawdę dało mi do myślenia.
Ciągle się zastanawiam: czy on naprawdę mógł to zrobić?
Tak czy inaczej – od tamtej pory nikt już nie zadzwonił z żadnego instytutu, ani od przejechanej wnuczki Ani.

Okej. Ale jeśli to naprawdę się stanie przez niego – jeśli ten On naprawdę ma taką władzę – to nasuwa się kolejne pytanie: czy można by na tym zarobić?

Ostatnio słyszałem, że Google pracuje nad specjalnym AI, które będzie odbierać niechciane rozmowy i prowadzić konwersację za użytkownika.

Wiele osób szczerze nienawidzi telemarketingu i sondaży. Badanie Uswitch wykazało, że ok. 25% osób w wieku 18–34 lat nigdy nie odbiera telefonu, a ponad połowa zakłada, że połączenie niespodziewane oznacza złe informacje.

A ja mógłbym po prostu siedzieć przy telefonie, nawet niestacjonarnym – przyjmijmy roboczo, że gdzieś na rubieżach cywilizacji (mogą to być Karaiby, Mauritius też ujdzie, pod warunkiem że na plaży) – czekać na połączenie z jakiegoś instytutu badawczego czy „Fundacji Propagowania Łątki Blogera” — puf! — i sprawiać, że dane danej osoby znikają ze wszystkich baz.

Tak, w tym popieprzonym świecie byłby na to popyt!
Pozostaje tylko ustalić, ile za to brać.
Chyba zamówię badanie rynku. Jakąś Ankietę.
Telefoniczną.

2 myśli na temat “Ankieta

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑