#szosopasta na 749 słów, 4 minuty czasu czytania.
Kiedy po arcymistrzowskich kontrach i ciętych ripostach Jan Paweł wynegocjował w końcu z Turkami liczbę 42, mnie – po obejrzeniu „1670” wersja 2 poprawiona – pozostały jedynie chaos, degrengolada, niesmak, i smak… na kebaba.
A mętlik zaprawdę miałem po tym taki, że chciałem pójść do lasu, nazbierać pęk suchych rózg i całą noc się chłostać, aby udobruchać Stworzyciela lub zabatożyć sobie mózg.
Zamiast tego udałem się mym powozem do najbliższej jadłodajni i – na szczęście – nie musiałem do niej jechać „tylko” trzy tygodnie, bo obwodnicą, do Turcji.
Była tuż obok, w miasteczku o typie wsi pańszczyźnianej, jakich bywało kiedyś wiele, a którego rozmiar się nie liczy, chociaż tak mówią tylko ci z małymi wsiami.
Ot, nasz typowy Poland-standard-powiat, gdzie przy placu centralnym – na którym kiedyś były dyby i kapliczka, a teraz już pięknie wybetonowanym, żeby błota nie naniosła z pola hołota – stoi przejanświętsza Trójca:
Dla mniej wymagających, utytłanych w błocie prozy życia a zaschniętym na ich ubraniach jak doczesny brak perspektyw – karczma, jak onegdaj u Żyda.
Dla pobierających jakiekolwiek świadczenia – mogą być te z babcinej renty lub pokątnego handlu ziemniakiem (bo kto nie ryzykuje ten nie je ziemniaków) – Żabka.
No i On, cel mój – punkt zborny, centrum kulturalno-oświatowe, ośrodek wymiany dóbr i informacji, oczywiście póki wszyscy pasożytniczy cudzoziemcy nie zostaną usunięci przez prawowitych i oryginalnych Polaków, uczestników wojen trójbitewnych (otwarcia, o wszystko i o honor) – Kebab.
Kiedy przybyłem do tego wypatrzonego na ruchomym obrazku przybytku serwującego esencjonalne sosy mieszane i mięsa wybrane razem w ciasto zawijane, faktycznie – ruch jak na bazarze w Stambule.
Wieczór już późnoniedzielny, więc i nerwowość przed dniem pracującym, nawet u bezrobotnych, była spora.
Przywitałem się od wejścia, zamaszyście podkręcając wąsa – gromko, ale kulturalnie, bo mając na względzie upadek obyczajów, staram się kultywować coś na kształt kultury.
Od XVII wieku obserwujemy bowiem koniec historii. To wtedy – są takie teorie – osiągnęliśmy najwyższy etap rozwoju jako ludzkość i nic więcej się już nie zdarzy.
I to się potwierdza.
Zamówiłem, zapłaciłem i oczekiwałem na swą kolej, a otaczająca mnie, ciągnąca się chyba od renesansu, ciągła degrengolada, upadek obyczajów i norm – były już tu wcześniej.
Tym przywitaniem zwróciłem na siebie powszechną uwagę, mimo rozkręconego na full arabicodisco granego gdzieś ze ściany na harfach, bałałajkach i mandolinach.
Może też dlatego, że przez nieuwagę nie dopasowałem stosownie swego ubioru do lansowanych tu mód.
Miast miastowego podkoszulka w typie „żonobijka”, stosownego dla mojego wieku i selekcjonowanego w najlepszych sekendhendach poliestru, swobodnych dresów czy obcisłych leginsów, lub zwyczajnie ujebanej, dawno niepranej koszuli – miałem na sobie sukmany w kolorach przepięknych, a z materiałów premium. W dodatku czyste.
I o Panie B. – Przywódco stabilnej korporacji o ugruntowanej i silnej pozycji na rynku – spodnie miałem w kantkę!
„O Jezusie w niebiesiech! O Perło z Lamusa! Co za czasy nastały, że pany w takich spodniach w kantkę kroczą po ziemi! Ach, biada! Biada! Niech mu Pan Bóg wybaczy, bo serce moje pęka od widoku takiej zuchwałości, a oczy łzami płyną same!” – jęczałby by na ten widok Płaczka.
Tu jednak trzeba oddać sprawiedliwość i jasno sobie wyjaśnić: mimo ciężkich warunków życia, braku szczepień, słabego dostępu do internetu, wysokiej pańszczyzny i zerowych szans na wyrwanie się ze swego stanu, mieszkańcy okolicznych zabudowań zawsze zainteresują się obcym i nie pozostają obojętni: – Masz jakiś problem?
Wzruszała mnie ta bezinteresowna troska, dlatego odrzekłem, że dziękuję i że są z nich swoi chłopi, mimo że nie moi, i że mam ich wiele (problemów, nie chłopów), ale dziękuję, poradzę sobie sam.
Co – nie wiem dlaczego – rozgniewało ich srodze.
Najpierw powiedzieli mi, że oni nie są chłopi, tylko Goście z Centrum. I że są dzielni, bo to ich jest dzielnia. A kiedy dopytali mnie – tradycyjnie – o barwy klubu mego i herb jego, wtedy pojąłem swój nietakt.
No tak!
Natychmiast przeprosiłem z pokłonem tak głębokim, że „kutasem” zamiotłem białymi kwadratami płytkowaną podłogę, i zapytałem, czy – skoro czekam na swój zawijany ciasno w ciasto mięsny zwój – mogę udać się do mego wehikułu i naprawić ten błąd, gdyż pojąłem już dyshonor, jakim się wykazałem.
Widać było, że to weterani.
Brali udział we wszystkich najważniejszych klęskach klubowych ostatniej dekady.
Siedem razy błagali wrogów o litość w polu karnym.
Sześć razy udawali spalonego.
O takich jak oni… piszą fejsbuki.
Prychnęli więc tylko z pogardą na znak zgody.
Wiedzieli, że kto raz kebabu spróbował, ten samowolnie na pastwę go nie zostawi, a mój opłaconym już był i przez kuchennych rychtowany.
Poszedłem, by po chwili wrócić.
Przeprosiłem ich raz jeszcze za swoje nietaktowne zachowanie, gdyż prawdą jest, iż nie godzi się przychodzić do Gości z pustymi rękami, i na znak zgody wyciągnąłem i rozłożyłem teleskopową pałkę.
I jakoś, hmm… rozeszło się, po kościach.
Acha, a liczba 42 to jest „odpowiedź”.
Komputer o nazwie Deep Thought, po milionach lat obliczeń, w końcu podał, że odpowiedzią na „Ostateczne Pytanie o Życie, Wszechświat i całą resztę” jest właśnie… 42.
Niestety, nikt jeszcze nie wie na jakie konkretnie pytanie jest to odpowiedź.
I jest to oczywiście również cena za Megakebab – mięsa mieszane, sos ostry, w zestawie cola, na wynos.

Zapisuję sobie.
PolubieniePolubione przez 1 osoba