Charlie Chaplin

Chaplin wziął kiedyś udział w konkursie na swojego sobowtóra.
I zajął 3 miejsce.

Niezupełnie bez związku z tym faktem jechaliśmy sobie kiedyś z kolegą gdzieś przez środek Europy. Atmosfera była doskonała, nastroje lux, gdyż, mimo że mamy już swoje lata, a może właśnie dlatego, ciągle zadziwiała nas możliwość tak łatwego przemieszczania się przez kontynent.

Mało kto wie, że Schengen to winiarska wieś w południowo-wschodnim Luksemburgu, leżąca na styku granic trzech państw – Luksemburga, Niemiec i Francji. Większości „Schengen” kojarzy się z układem, dzięki któremu podróżowanie po Europie stało się łatwiejsze. Nie zrozumie naszej radości ten, kto nie stał na granicy w zimie, w zimnym autokarze gdzieś w Karpatach, jakieś 5 godzin.

Wolność! Wspaniałe uczucie! Czasami jeżdżę za granicę tylko po to, żeby się przekonać, że jej tam nie ma, tzn. niby jest, ale te emocje, kiedy dowiadujesz się, że jesteś w innym kraju z powiadomień na smartfona – bezcenne.

Co komuna, raj obstawiony czołgami i drutem kolczastym, którego nie możesz opuścić dla własnego dobra, potrafi zrobić z człowiekiem!

Minęliśmy płynnie niewidoczne granice, gdy nagle coś się zacięło. W tym konkretnym miejscu na mapie, będąc w Austrii i żeby dojechać z Austrii do Austrii, najlepiej jest przejechać przez Niemcy. Tamtędy właśnie wiedzie najprostsza i najszybsza droga. Kiedyś byłby to może lekki problem – trzeba było odstać swoje na granicach.
Kolejka, kontrola: „Czy mają państwo coś do oclenia?”.

Ale teraz? Jest przecież Schengen! Wyprostowało wiele krętych, przygranicznych dróg. Można zasuwać na wprost i bez ogródek, niemalże komuś przez ogródek – granice przecież otwarte.

Bawaria, przez którą wiedzie najkrótsza droga Austria ➡️ Austria, to bogaty land, a szlaki komunikacyjne to arterie tego dobrobytu. Jechaliśmy grzecznie taką gładką, dobrze wyprofilowaną arterią w sznurze kilkudziesięciu pojazdów. Ruch, choć potężny, odbywał się miarowo, sukcesywnie przepychając nas jak krew do przodu.

Jednak w ostatnich czasach Bawarczycy swoich dóbr strzegą jakoś bardziej. Oczywiście prewencyjnie – nie zaczepiając nikogo. Ot, tylko stoją, z nudów popalając papieroski ukradkiem za radiowozem, zerkają bystro od czasu do czasu na ten ruch pierońsko duży, tętniczy, gdyż dobrobyt nie bierze się znikąd.

Mali z początku ci nasi policjanci, w miarę zbliżania się robili się coraz więksi i więksi, a ich broń, malutka z daleka, z całkiem już bliska okazała się całkiem okazałym, wielkokalibrowym działem zakoszonym z pokładu okrętu wojennego.

I gdy już, już przejeżdżaliśmy obok, jeden z policjantów, zasłonięty dyskretnie kominiarką (chyba przed słońcem), zastąpił nam drogę. A był to gość, którego ani nie jest łatwo przeskoczyć, ani objeść – z posturą zawodowego niszczyciela złomu na siłowniach, stał z przewieszonym przez plecy czołgiem, gdyż każdy inny sprzęt mógłby połamać swoimi zgrabnymi paluszkami.

I tenże funkcjonariusz, grzecznie acz stanowczo zastępując przejazd, nagle każe nam zjechać na pobocze i okazać dokumenty, potem wnętrze pojazdu, na koniec bagażnik.

Czekaliśmy spokojnie na nasze papiren, aż po wielokrotnych, wielosłownych konsultacjach, hakerskich metodach komputerowych, przetrząśnięciu baz danych, przeglądnięciu tysięcy zdjęć z podobiznami i podwozia lusterkami – wróciły.

Pan Grzeczny Acz Stanowczy z czołgiem na plecach zrobił siedmiomilowy krok w bok, odblokowując przejazd nam i ze czterem ciężarówkom przy okazji. Pomachał nam miło i już przestał się nami interesować, gdyż, chyba niechcący, powalił drzewo, udając się na przerwę.

Czas na zasłużony odpoczynek. Znalazł więc sobie miejsce na podłodze służbowego busa i się wyciągnął. Rewolwerek ukryty z tyłu w pasie, uwierający go w plecy, wyciąga i wtyka do kieszeni.

Ale uczucie dyskomfortu przenosi się teraz na sztylet Marine Raider, wyżej na plecy, między łopatki (działo typu czołgowe zostawił przed wejściem).

Widzi, że będzie chyba musiał zwinąć się w kłębek na boku – co mu się nie udaje, ponieważ do jednego boku ma przypięty standardowy wojskowy pistolet samopowtarzalny Colt a na drugim udzie – wzięte z domu Uzi.

Musi więc gdzieś upchnąć to wszystko i jeszcze rozmaite magazynki, ładownice i inne ustrojstwa. A także wyciągnąć przytroczony do łydki nóż V-44 Gung-ho do karczowania lasów i dekapitacji wrogów , oraz krótkolufowego derringera, przyczepionego do drugiej nogi dla równowagi. Zostawia tylko granaty w przednich kieszeniach, jako że nie planuje kłaść się na brzuchu.

Pojechaliśmy, a gdy tak dumałem, dlaczego spośród tysiąca podróżnych to właśnie nas wybrano do kontroli granicznej na granicy, której nie ma, spojrzałem na mojego kolegę i ujrzałem go w innym świetle.

Wtedy przypomniał mi się ten Charlie Chaplin, gdyż gdyby mojego kompana, rodowitego z dziadka pradziadka Polaka z centralnej Polski, postawić między Irano-Irańczyko-Syryjczykami, to by wygrał konkurs na najbardziej rodowitego przedstawiciela Bliskiego Wschodu.

Wypisz, wymaluj Pers.

I nie sądzę, by mógł kiedykolwiek na pokładzie samolotu w luźnej rozmowie na temat wakacji spędzonych w gorących klimatach użyć bez konsekwencji kolokwialnego określenia:
– Jak było?
-No, bombowo!


2 myśli na temat “Charlie Chaplin

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑